Najbogatszy kraj świata
Poprzedni Następny

 

Henryk Duda


Fot. Stefan Ciechan

Podług jednego ze znanych felietonistów, Polska należy już do grupy najbogatszych krajów świata. Dowodem na to jest liczba naszych rodaków cierpiących na depresję. Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia, epidemia zachorowań – jeśli wolno użyć takiego określenia – rozprzestrzenia się głównie w krajach najwyżej rozwiniętych. Siedemset tysięcy obywateli Rzeczpospolitej cierpiących na to schorzenie to jeszcze za mało, by wyprzedzić Szwecję lub Francję, ale wystarczająco dużo, by zaliczyć nasz kraj do ścisłej światowej czołówki.

Symptomów bogactwa jest zresztą w naszym kraju znacznie więcej. Gdy trzy lata temu byłem na stypendium w Kanadzie, nie mogłem się nadziwić panującej tam biedzie. Nikt nawet puszki po coli nie wyrzucał do kosza na śmieci. Szacowny uniwersytet, którego byłem gościem, zaangażował się w zbiórkę makulatury. W każdym pomieszczeniu kosz na zużyty papier. Nędznicy! Nigdy się do tej biedy nie przyznali. Owszem, podkreślali na każdym kroku, że to tylko w trosce o środowisko, że ekologia etc. Ale nie ze mną te numery!

Długo myślałem, jakie są źródła naszego dobrobytu i bogactwa. Olśnienie przyszło nagle i niespodziewanie. Jakiś rok temu wybrałem się na zakupy na tzw. Górkę (taki lubelski Stadion Dziesięciolecia). Zawsze to człowiek zaoszczędzi ze dwadzieścia złotych, a i na rowerze przejedzie się na drugi koniec miasta. Tam, wśród straganów z warzywami, mlekiem i cukrem prosto z cukrowni wypatrzyłem szacownego profesora jednego z lubelskich uniwersytetów. Uczonego cenionego nie tylko w „kozim” grodzie, autora kilku dobrych, chętnie czytanych i cytowanych książek. Z żoną. Pośród tłumu kupujących ciągnęli za sobą torbę na kółkach, bo oboje już nie najmłodsi. Przez chwilę zastanawiałem się, czy się uśmiechnąć i ukłonić, czy też dyskretnie udać, że ich nie widzę. Uniknąłem niezręcznej sytuacji, bo tłum szczęśliwie popchnął mnie w inną stronę. Tak, pomyślałem, w kraju, który ma takich profesorów, nie może być biedy. Nie pójdzie taki do drogiego sklepu w centrum miasta, nie zamówi dostawy do domu. Nie przetraci (słówko, zdaje się, lubelskie) dwudziestu złotych. I jeszcze młodzież nauczy, jak żyć oszczędnie.

Coś w tym jest. Bo czyż biedny kraj może sobie pozwolić, by dużej klasy fachowiec, profesor o specjalności dość rzadko spotykanej, miast siedzieć w pracowni i prowadzić badania, pisać książki etc., kluczył wśród straganów, by zaoszczędzić parę złotych? A chodzi o sumę, za którą hydraulik prawdopodobnie nie zechce nawet sprawdzić, dlaczego nam kran cieknie. W tym miejscu nie trzeba, jak sądzę, przypominać, że wykształcenie profesora to kosztowna inwestycja. I trwa latami. Z wielu absolwentów wyższych uczelni, rozpoczynających co roku karierę naukową, tylko nieliczni dorobią się profesury. Jeszcze mniej jest takich, których osiągnięcia są znaczące. Ustalając pensje profesorskie na niewiarygodnie niskim poziomie, państwo marnotrawi zainwestowany w ludzi kapitał. Nasze – przypomnijmy – podatników, pieniądze. A robi to właśnie dlatego, że tych pieniędzy nie zarabia. I gdy w kasie pusto, po prostu podnosi podatki lub drukuje więcej banknotów (zwiększa inflację).

Weźmy takiego prezesa klubu piłkarskiego. On wie, że zawodnikowi trzeba dobrze płacić, bo czy inaczej taki sfrustrowany gracz zechce strzelić zwycięskiego gola? Co więcej, dobry piłkarz to towar i klub może go kupić, sprzedać lub wydzierżawić (swoją drogą, dziwnie milczą o tym handlu żywym towarem obrońcy tzw. praw człowieka). Niemniej jednak, taki prezes wie, że zawodnik zarabia pieniądze dla klubu. 

Żarty na bok. W dobrze zarządzanej firmie potrzebne są dwie osoby: księgowy i menedżer. Ten pierwszy czuwa nad bilansem, który – inaczej niż w piosence – nie powinien wyjść na zero. Bilans ma być dodatni. Ten drugi jest odpowiedzialny za strategię firmy. To on odpowiada za straty ponoszone przez firmę. Gdy np. firma kupi śrubę za 90 gr a sprzeda ją za 1 zł i 10 gr, księgowy może zacierać ręce – w kasie przybyło 20 gr. Dla jasności obrazu pomijam tu oczywiście podatek. Analizując tę samą transakcję menedżer niekoniecznie musi być zadowolony. Możliwe przecież, że tę samą śrubkę można było sprzedać za 1 zł i 50 gr. Sprzedając ją za 1,10 zł firma straciła więc 40 groszy. W zarządzaniu państwem, na nasze nieszczęście, dominuje mentalność księgowego. Bilans powinien być dodatni. Rzadko się to rządzącym udaje, ale to już inna historia. Minister edukacji dostaje pewną gotówkę, która musi wystarczyć na utrzymanie podległych mu instytucji. I dzieli. Myśli przy tym jak księgowy – żadnych długów, bilans musi wyjść na zero. Dlatego właśnie profesor dostaje pensję taką, jaką dostaje. Ci, którzy przygotowują budżet państwa, nie zastanawiają się jednak, ile tracimy utrzymując niskie pensje pracowników naukowych, policjantów, nauczycieli. Kierują się przy tym jedną zasadą – deficyt budżetowy nie może przekroczyć x proc. dochodu narodowego. Przy takim podejściu do zarządzania finansami państwa, straty są w normie – jednocyfrową inflację rząd uznaje za sukces. Zadowoleni z siebie senatorowie, posłowie i członkowie kolejnych gabinetów udają, że wszystko jest OK. No, ale czy oni wybiorą się na zakupy na giełdę?

Przysłowia są mądrością narodów. „Skąpy dwa razy traci” – uczy nasza narodowa mądrość. Oto, dlaczego wszyscy jesteśmy niezadowoleni.

henryk.duda@mail.usa.com 

Uwagi.