Poprzedni Następny

Ludowe przysłowie powiada: każda baba doktor. Dzisiaj, kiedy dostęp do Internetu osiągnął swoistą "masę krytyczną", stał się modny, okazuje się, że każdy się na Sieci zna. W dodatku niektórzy swoją "wiedzą" łaskawie dzielą się z masami ludu polskiego.

Paweł Misiak

Komunizm internetowy, czyli kucharki do portali

W czasie wakacji spędzanych od lat mniej więcej tak samo, w kraju, nie tylko mam szansę przeczytać zaległe książki, ale też uważniej niż na co dzień postudiować prasę i posłuchać, co mówią w radiu. O ile książki zwykle inspirują i rozwijają intelektualnie, coraz mniej można to samo powiedzieć o prasie czy radiu. Te wywołują przede wszystkim emocje negatywne, nie tylko z powodu tego co, ale i jak robią.
Adiunkt P. powiada, że nie ma powodu, by dziennikarze reprezentowali, średnio biorąc, wyższy poziom niż samo społeczeństwo. Ich grupa jest na tyle liczna, że stanowią dość reprezentatywną próbę. Znajdzie się więc wśród nich i jednostki wybitne, i średniaków, i miernoty. Zdarza się, że wybitny specjalista w jednej dziedzinie plecie bzdury na temat innych spraw. Tak bywa czasem w nauce, kiedy na przykład profesor medycyny próbuje rewolucjonizować teorię cząstek elementarnych (przykład bez konkretnych odniesień!).
A jednak u dziennikarzy sprawa nie jest taka jasna, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z "gwiazdami medialnymi", twarzami czy piórami znanymi, pojawiającymi się często i w rozmaitych kontekstach. Dziennikarz niejako z zawodu powinien znać się na wielu sprawach, a przynajmniej dokształcić się, jeśli ma zamiar zająć się takim czy innym tematem, a kontakt z nim miał raczej dorywczy.


Wszyscy o Sieci

Do narzekania na poziom dziennikarstwa skłoniła mnie m.in. lektura prasy, a dokładniej wydawanego w Poznaniu fachowego miesięcznika "Press". Pismo w ogólności dobre i ciekawe - to oczywiście ocena subiektywna. Wszelako pod nagłówkiem Raczek w sieci pojawiają się tam teksty Tomasza Raczka, znanego głównie z roli krytyka filmowego, a ostatnio gwiazdy mediów rozmaitych. Wypowiada się tenże w wielu miejscach na temat filmu, telewizji i show-businessu, a w "Pressie" - o Sieci.
Że w "Pressie" mówi się sporo o Internecie - nie dziwota. Jak już kiedyś pisałem w tym miejscu, jest to doskonałe narzędzie dla dziennikarza. Czy jest coś ważniejszego dla żurnalisty niż mieć dostęp do ogromnego źródła różnorodnej informacji i możliwość natychmiastowej komunikacji z każdym niemal zakątkiem świata? W dodatku postępująca konwergencja mediów sprzyja wejściu "telewizorów", pismaków i ich kolegów po fachu w świat globalnej Sieci.
Niektórzy idą jednak dalej i z narzędzia pracy czynią sobie jej przedmiot. Są tacy, którym się zdaje, że sprawne poruszanie się po hipertekście przy pomocy kliknięć w przeglądarce, umiejętność e-mailowania albo podglądania grup dyskusyjnych czyni z nich internetowych guru. A jeśli na dodatek ktoś taki jest współzałożycielem tzw. portalu, czyli czegoś w rodzaju bramy do cyberkosmosu, łatwo o syndrom omnibusa. Mam wrażenie, że to właśnie dotknęło wspomnianego krytyka filmowego, jednocześnie dyrektora polskiej edycji "Playboya", a także dyrektora programowego portalu ahoj.pl.


Na firmamencie

Wygląda na to, że niełatwo być gwiazdą. Media wciąż nagabują o wypowiedzi, opinie, uczestnictwo, bo gwiazdy przyciągają widownię, czyli robią dla mediów pieniądze. Mediów zaś coraz więcej, więc zapotrzebowanie na gwiazdy rośnie. Tym samym o gwiazdorstwo coraz łatwiej. Od niego zaś już tylko krok do syndromu omnibusa - postaci wypowiadającej się na każdy temat z głębokim poczuciem znajomości rzeczy.
Taką postawę można by pewnie zaakceptować u dobrego filozofa. Wynika to poniekąd z jego profesji. U polityków zachowania takie są tolerowane z przyzwyczajenia, głównie chyba dlatego, że i tak mało kto ich naprawdę słucha. Jednak gwiazda publicystyki powinna sobie na autorytet zasłużyć.
W lipcowym numerze "Pressu" Tomasz Raczek chwali się, że korzysta z Internetu. Cóż, jeśli wierzyć niedawnym badaniom OBOP-u, prawie 5 milionów naszych rodaków również. A przecież nie wszyscy, na szczęście, wypowiadają się publicznie na ten temat. Tomasz Raczek pisze dalej, że używa poczty elektronicznej i korzysta z portali, także polskich. Te ostatnie ocenia niezbyt dobrze. Mam wrażenie, że interaktywność nie jest ich mocną stroną. Generalnie przypominają katalogi, w których zmuszony jestem przeszukiwać niekończące się wykazy tematów i klikać, klikać, klikać. Zdecydowanie wolę portale, które przypominają interaktywne magazyny; bliżej im do kolorowej prasy i telewizji niż bibliotecznej fiszki. Czyli preferuje podejście: więcej obrazków, mniej tekstu. Czyżby inteligencja obrazkowa? Znającemu uwarunkowania (autora) czytelnikowi nasuwa się przypuszczenie, że ta krytyka polskich portali nie jest całkiem bezinteresowna i że można znaleźć przynajmniej jeden, który nie ma wspomnianych wad.


Sztuczny inteligent

Dalej jest jeszcze ciekawiej - o wyszukiwarkach. Te jedne z ciekawszych narzędzi internetowych pozwalają wyłowić z bezmiaru cyberkosmosu potrzebną informację. Są to programy, które przeglądają strony dostępne w Sieci i tworzą bazy danych, kojarzące rozmaite wyrażenia z adresami internetowymi, w których się one pojawiają. Od sprawności i konfiguracji tych programów, "silników" wyszukiwarek, zależą uzyskiwane za ich pomocą wyniki poszukiwań.
Tomasz Raczek pisze: Nie podzielam zachwytu dla wyszukiwarki Infoseek (ma go np. www.arena.pl). Gdy zada się pytanie, wyświetla długie zestawienie wszystkich stron, gdzie pojawiły się podane słowa, ale bez kontekstu. Jeśli zapiszę "Oscar, Wajda", otrzymam spis publikacji na temat Wajdy, na temat nagród Oscara, a może także jakieś informacje o Oscarze Wilde! Ten spis będzie liczył wiele tysięcy pozycji. Korzystam więc z nowej generacji wyszukiwarek inteligentnych, wśród których najbardziej lubię www.google.com. Tutaj, jeśli napiszę "Oscar, Wajda" otrzymam spis wyłącznie tych publikacji, których tematem jest przyznanie Oscara Andrzejowi Wajdzie.
Widać tu naiwny zachwyt internetowego neofity nad tym w gruncie rzeczy, że ktoś pomyślał za niego. Wyszukiwarka to tylko program, a ten, choćby najbardziej "inteligentny", podobnie jak i każda maszyna, sam nie odczyta intencji odwołującego się doń człowieka. By działał zgodnie z potrzebami, wymaga podania odpowiednich poleceń. Dlatego zarówno do maszyn, jak i do programów dołącza się instrukcję obsługi, z którą użytkownik powinien się zapoznać przed użyciem. Pisząc na temat Infoseeka jak wyżej autor okazuje, że nie chciało mu się przeczytać nawet paru prostych wskazówek na temat sposobu zadawania pytań tej wyszukiwarce.


Telewizor dziaŁa lepiej, jeśli jest podŁĄczony do prĄdu

Z dostępnej w Infoseeku instrukcji można się dowiedzieć, że domyślnie z wpisanych "jak leci" słów tworzy on logiczną alternatywę. Każdy student po elementarnym kursie logiki wyciągnie stąd wniosek, iż zapytanie w postaci podanej przez pana Raczka da wszystkie adresy internetowe (zindeksowane przez Infoseeka), na których albo pojawia się słowo "Oscar", albo "Wajda", albo oba razem. Wynik oczekiwany przez dyrektora programowego portalu ahoj.pl dostaniemy, gdy każdy wpisany wyraz poprzedzimy znakiem "+". Jaka różnica? Infoseek portalu arena.pl na pytanie "bez plusów" znajduje prawie 10 tysięcy adresów, a "z plusami" - tylko 621. Te drugie to właśnie publikacje na temat Oscara dla Andrzeja Wajdy. Przy okazji ciekawostka. Infoseeka używa także portalu onet.pl. Na takie same dwa pytania odpowiada jednak obszerniej, dając odpowiednio ponad 13,5 tysiąca odpowiedzi oraz ponad 1200 adresów.
Są w polskojęzycznym Internecie i inne wyszukiwarki, także inteligentne (za użytkownika?). Na przykład netoskop.poland.com, o którym w cytowanym tekście ani słowa. Baza danych nie jest tu tak bogata, jak we wspomnianych Infoseekach, ale za to wstawia on między podane słowa kluczowe logiczne "i", czyli wyszukuje w pierwszej kolejności strony, na których pojawiają się wszystkie podane słowa i w podanej formie. Przy wyszukanych adresach podaje ocenę mówiącą, na ile dobrze odnaleziona na danej stronie fraza pasuje do podanej sekwencji wyrazów. Ponadto na marginesie wyświetla zestaw haseł dodatkowych, skojarzonych z przedstawionymi słowami kluczowymi, dzięki którym można (klikając na odpowiednie) uściślić pytanie. Na pytanie "Oscar Wajda" Netoskop podaje około 250 adresów sieciowych, dotyczących nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej dla polskiego reżysera.
Wspomniana w cytacie anglojęzyczna wyszukiwarka Google jest rzeczywiście jedną z lepszych w Sieci. Jej zalety to ogromna, ogólnointernetowa baza danych, duża szybkość działania i szybki dostęp. Zachwyt nią ze strony Tomasza Raczka nie wydaje się jednak - znowu - całkiem bezinteresowny. Tę właśnie wyszukiwarkę podłączono bowiem do portalu ahoj.pl. Kryptoreklamka?
W temacie wyszukiwarek zrobiłem przy okazji mały eksperyment. Rzuciłem do kilku z nich hasło "Tomasz Raczek". Tu mała dygresja: wpisanie ciągu słów dokładnie w ten sposób - w cudzysłowie powoduje, że znajdowane będą literalnie takie sekwencje. A oto wyniki: Infoseek Areny - ok. 120 adresów, Infoseek Onetu - ok. 200, Netoskop - niespełna 50, Google - nieco ponad 80. Większość odszukanych adresów prowadziła do tych samych treści (reklama książki, ten sam tekst prasowy). Jaki stąd morał? Warto używać różnych wyszukiwarek, by znaleźć jak najwięcej poszukiwanej informacji.


Teleinternet?

Naiwno-neofickie podejście do Sieci usłyszeć też można było w radiowej Trójce, z ust znanej skądinąd dziennikarki, która przekwalifikowała się z prasy i TV na Internet. Pracuje teraz w jednym z największych polskich portali. Jej słowa naiwnego zachwytu nad możliwościami Sieci nie wiadomo do kogo były skierowane. Dla internautów, nawet tych niedzielnych, brzmiały dość banalnie, nie mający zaś kontaktu z Siecią i tak niewiele mogli zrozumieć. Może teraz takie czasy, że każdy może się wypowiedzieć publicznie na każdy temat? W Internecie to naturalne, ale żeby tak w prasie i w radiu...
A co do tezy, że internetowe portale winny mniej przypominać biblioteczne fiszki, a bardziej kolorowe magazyny, warto przedłużyć ciąg skojarzeń i dodać jeszcze telewizję, której Tomasz Raczek poświęcił książkę. Czyni w niej uwagę na temat pytań stawianych w programach typu talk-show: Pytania te powinny natychmiast dotrzeć do świadomości odbiorcy. Wszelkie komplikacje, niuanse, psychiczne rozterki źle wypadają podczas szybkich rozrywkowych rozmów, na które nastała moda. (cyt. za D. Zaborek, Talk-show jako cyrk końca XX wieku, Odra 7-8/2000). Czy taki poziom mają reprezentować portale internetowe, przez które szarzy internauci będą wstępować w wirtualny

świat?

Moda na tworzenie portali jest teraz w Polsce ogromna. Powstają jak grzyby po deszczu, potrzebują ludzi do pracy, m.in. specjalistów od mediów, więc także dziennikarzy. W tle widać wielkie pieniądze - na giełdzie, która reaguje hossą na wiadomość, że jakaś obecna na parkiecie fabryka słoików albo butów zainwestuje w działalność internetową. Pieniędzmi można przyciągnąć znane nazwiska. Ale prócz entuzjazmu i nazwiska przydaje się też choć odrobina fachowej wiedzy. I może jeszcze świadomość, że cyberkosmos to nowa, inna rzeczywistość, nie dająca się zredukować do nowego rodzaju gazety czy "innej telewizji".
pm@wroclaw.com


Uwagi.