Poprzedni Następny

Znam przypadki działalności naukowej, w których pracowitość nie przyniosła oczekiwanych efektów, ale nie znam ani jednego, w którym efekty pojawiłyby się bez pracowitości.

Zbigniew Drozdowicz

Pracowitość uczonego

W obiegowej opinii uczony to ktoś tak pochłonięty swoją pracą, że w ogóle nie ma tzw. wolnego czasu. Rzecz jasna, myślę tutaj o uczonym z powołania, tj. kimś takim, kto traktuje to co robi jako najlepszy z możliwych sposobów samorealizacji. Rzecz nie w tym, że owa pracowitość jest jakimś mitem, lecz w tym, że nie wszystko w niej jest takie proste, jak mogłoby się zdawać, a i jej efekty nie zawsze są takie, jakich można byłoby sobie życzyć.


Skąd ta pracowitość?

Łatwiej jest odpowiedzieć na pytanie, skąd się biorą uczeni, niż na pytanie, skąd się bierze ich pracowitość. Każdy, kto miał okazję bezpośrednio zetknąć się z tym środowiskiem, może stwierdzić, że biorą się oni - poza wszystkim innym - z rzadko spotykanej i raczej trudnej do masowego upowszechnienia pracowitości. W ten jednak sposób wracamy do punktu wyjścia. Stwierdzenie, że bierze się ona z ich pasji badawczej, zaciekawienia światem i pragnienia jego poznania jest już krokiem do przodu. Jednak lepiej nie pytać, skąd się bierze owe zaciekawienie oraz pragnienie, bo można się znaleźć na niepewnym gruncie pseudonaukowych spekulacji. Odnotujmy zatem, że ona jest i dobrze, że jest, bo gdyby jej zabrakło całkowicie lub w stopniu wystarczającym do tego, aby z uporem drążyć "swój" naukowy problem, to można byłoby się zająć wszystkim innym, tylko nie nauką. Przekonali się o tym ci, którzy uwiedzeni społecznym prestiżem uczonego spróbowali tego zajęcia, nie mając przy tym niezbędnych do osiągnięcia na tym polu sukcesów talentów (niestety, nie jestem w stanie powiedzieć, co to takiego) ani gotowości do poświęcenia się nauce (na ten temat sporo powiedzieć może każdy, kto coś istotnego w niej osiągnął), ani też owej "iskry bożej", która sprawia, że wie się i robi "swoje" - niejednokrotnie na przekór temu, co wiedzą i robią inni. Przekonali się o tym zresztą również ci, którzy wprawdzie już do czegoś doszli w nauce, ale później z różnych względów - czasami dosyć prozaicznych (jeśli tak można nazwać wyczerpanie sił fizycznych i psychicznych), a czasami trudnych do racjonalnego wyjaśnienia - stracili zapał do zajmowania się badaniami naukowymi. Powiedzmy zatem krótko: niezbędną do osiągnięcia istotnych wyników naukowych pracowitość autentyczni uczeni mają w sobie. Rzecz jasna, dobrze jest, gdy wspierają ją z zewnątrz różne czynniki motywacyjne (np. przyzwoite wynagrodzenie). Z tym jednak było i jest różnie. Gdyby uczony miał się głównie nimi kierować, to może wyszlibyśmy już z epoki kamienia łupanego, ale raczej nie zaszlibyśmy dużo dalej.


Wybrańcy losu

Nie znajduję lepszego określenia dla tej nielicznej grupy osób, stanowiącej promil wśród tych, z którymi przychodzi jej na co dzień żyć i współżyć. Autentycznych uczonych nigdy zresztą nie było zbyt wielu. Ich siła nie tkwi jednak w ilości, lecz w jakości, jaką w szczególności stanowią ich nieprzeciętne uzdolnienia i kwalifikacje. Z tymi pierwszymi trzeba się urodzić, a przynajmniej trzeba otrzymać w darze od natury predyspozycje do osiągania znaczących wyników w nauce. Natura jednak nigdy nie jest aż tak szczodra, aby wyposażyć kogokolwiek w uzdolnienia nie wymagające doskonalenia. Jak to wygląda pokazują biografie wielkich uczonych. W niejednej z nich powtarza się informacja, że byli tak zdolni, iż przerastali o głowę swoich rówieśników, a czasami również nauczycieli (co prawie zawsze było źródłem różnego rodzaju konfliktów). Niejednokrotnie jednak biografie te przedstawiają późniejszych wielkich uczonych jako całkiem przeciętnych uczniów. Jest to tak częste, że przyjęło się brać niemal za regułę, iż ze szkolnych prymusów nie wyrastają wybitni uczeni. Podchodziłbym jednak do takich reguł z dużą ostrożnością (łatwo mogą zaprowadzić na manowce nieuctwa). Zresztą uważniejsze przyjrzenie się drogom życiowym wielkich uczonych przekonuje, że same uzdolnienia nie wystarczą, trzeba przy tym trafić na nauczycieli potrafiących je rozpoznać i właściwie pokierować ich rozwojem. Gdy ich brak pozostaje oczywiście samokształcenie, zawsze wymagające wiele czasu i wysiłku oraz niosące ryzyko popełnienia błędu w trudnej sztuce poruszania się po obszarze z wieloma niewiadomymi, jakim jest edukacja. Trzeba zresztą wyraźnie powiedzieć, że nawet z najlepszym nauczycielem niełatwo jest ominąć pojawiające się na tej drodze niebezpieczeństwa (takie chociażby, jak zadowolenie z tego, co już się osiągnęło). Nikt nie jest w stanie zliczyć talentów, które zbyt szybko i zbyt łatwo uwierzyły w swoją "gwiazdę". Sam spotkałem nieprzeciętnie uzdolnionych studentów, którzy później dobrze zapowiadali się jako młodzi pracownicy naukowi i, niestety, niewiele z tego wynikło zarówno dla nauki, jak i dla nich samych. Przynajmniej część owych wybrańców losu ma jednak świadomość grożących im niebezpieczeństw i nie tylko nie jest skłonna zadowolić się stanem posiadania, ale pragnie osiągnąć znacznie więcej. Jest dla nich oczywiste, że raczej należy się wiele uczyć niż być nieukiem (nawet wówczas, gdy jest się wyjątkowo uzdolnionym), że posiadane kwalifikacje jutro mogą okazać się niewystarczające do pokonania kolejnego progu w nauce, że nauka to w gruncie rzeczy wytężona praca.


Nieustające "święto"

Dla zwykłych ludzi świętami są oczywiście te dni, w których nie muszą iść do pracy lub - co na jedno wychodzi - mogą zrobić coś dla siebie. Natomiast uczeni nie traktują tego, co robią jako pracy dla innych, lecz przede wszystkim dla siebie. Przekonania tego nie jest w stanie zachwiać fakt, że z reguły kierowane są pod ich adresem określone oczekiwania społeczne i ich niespełnienie stawia pod znakiem zapytania całą działalność. Przeciwnie, niejednokrotnie jeszcze je wzmacnia, zwłaszcza wówczas, gdy udaje im się zrobić to, czego się od nich oczekuje (i za co im się płaci). A to, że łączą osobiste pasje z wykonywaniem obowiązków społecznych, nie jest przecież żadnym nadużyciem. Tak czy inaczej, dla uczonych świętami nie są dni, gdy mogą się oderwać od zwykłych zajęć, lecz te, gdy mogą je wykonywać z pełnym zaangażowaniem. Przeżywają wówczas stany, jakie towarzyszą świętom, tj. spokój, skupienie, zadowolenie itp. Im dłużej one trwają, tym oczywiście lepiej nie tylko dla nich samych, ale także dla osiąganych przez nich wyników. Rzecz jasna, nigdy lub prawie nigdy nie jest aż tak dobrze, aby nic nie przeszkadzało im w pracy. Mają jednak uczeni sprawdzone sposoby na pokonywanie lub omijanie różnorakich przeszkód, np. nie zawsze przystających do ich działalności przepisów czy nie zawsze dobrze rozumiejących specyfikę ich pracy i dyscypliny naukowej różnego szczebla administratorzów i zarządzających nauką. Sposoby omijania tych przeszkód są dosyć proste i jednocześnie skuteczne. Uniwersytecki uczony potrafi przez całe lata omijać uczelnianych decydentów, u których nie ma najwyższych notowań, lub którzy u niego nie cieszą się najlepszą opinią. Często zresztą jest to "układ sprzężony" negatywnych ocen oraz opinii i niczego nie można w nim zmienić dopóty, dopóki współtworzący go antagoniści tkwią na swoich stanowiskach.


Dokąd pędzi lokomotywa?

Porównanie do lokomotywy odnosi się tylko do części osób funkcjonujących w środowisku naukowym. Inni bowiem pracownicy naukowi to raczej wąskotorowe "ciuchcie". Nie jest to zresztą żadnym zarzutem pod adresem tych, którzy posuwają się do przodu powoli, "posapując" i narzekając przy pokonywaniu każdego "wzniesienia", a gdy je w końcu "zaliczą", muszą odpoczywać przez dłuższą chwilę, bo zużyli na wykonanie tej pracy niemal całą nagromadzoną w sobie energię i prawie wszystek zapał badawczy. Zresztą nawet ci, których można uznać za "lokomotywy" nauki, nie od razu się nimi stali. Najpierw musieli przygotować się do tej roli. Jednym z nich zabrało to więcej czasu, innym mniej, ale żaden z nich nie urodził się wielkim uczonym. Musieli mieć czas i miejsce dla nabrania właściwego "rozpędu". Wiele wówczas zależało od mistrzów i mentorów w zawodzie, a także od właściwego ułożenia własnego życia rodzinnego.
W różnych naukach występują rozmaite cele (od czysto poznawczych, po praktyczne i użytkowe), a uczeni nawet w tych samych dyscyplinach stawiają sobie różne cele (np. w tzw. naukach teoretycznych jedni swój punkt docelowy widzą w sformułowaniu nowej teorii, inni natomiast raczej w podważeniu którejś z już istniejących). To, co na początku drogi badawczej zdaje się posiadać tyle uroku, że warto mu poświęcać energię i czas, potem wiele z niego traci ukazując tzw. drugą twarz, znacznie mniej przyjemną od pierwszej.
Odwołam się do skrajnego, ale dającego do myślenia przykładu badań prowadzonych przez Roberta Oppenheimera i jego zespół uczonych zgromadzony w Los Alamos. Dokumentalny film na ten temat stanowił zresztą jedną z inspiracji do napisania tego artykułu. Chodzi o badania, które doprowadzić miały do skonstruowania bomby atomowej. I doprowadziły, tyle tylko, że nie poprzestano ani na wykorzystaniu jej do zwycięskiego zakończenia II wojny światowej, ani tym bardziej na skonstruowaniu tej jednej broni. Następna była bomba wodorowa - już bez udziału Oppenheimera i części uczonych z jego zespołu, którzy nagle przebudzili się nie w tym świecie, w którym chcieli się przebudzić. Mocno utkwiła mi w pamięci ponura twarz Oppenheimera, który na kilka lat przed śmiercią pytany przez dziennikarza, czy można zapobiec użyciu tej straszliwej broni, odpowiedział z rezygnacją, że jest na to o 20 lat za późno.
Rzecz jasna, nie zawsze to wygląda tak dramatycznie. Niemniej nie było i nie ma dyscypliny naukowej, w której dałoby się całkowicie przewidzieć bliższe i dalsze punkty dojścia. Nie było również i nie ma takich uczonych, którzy z pełnym przekonaniem mogliby powiedzieć, że wiedzą dokładnie zarówno to, do czego ich badania mogą doprowadzić, jak i to, jak zapobiec ich niewłaściwemu wykorzystaniu. Nie znaczy to oczywiście, że nie mają prawa ich podejmować. Znaczy natomiast - zwłaszcza dzisiaj, gdy tak wiele oczekuje się od nauki i może ona tak wiele dać - że w pędzie ciągnących ją "lokomotyw" potrzebna jest w większym stopniu niż dawniej refleksja nie tylko nad sensem badań naukowych, ale także nad ich społecznym funkcjonowaniem oraz wykorzystywaniem. Są to tzw. wielkie słowa. Jednak w końcu chodzi tutaj o tak wielką sprawę, jak przetrwanie lub samozagłada gatunku ludzkiego.


Stacje przystankowe

Do postawienia tego problemu skłoniła mnie m.in. zainicjowana na łamach "Forum Akademickiego" dyskusja o kryzysach przeżywanych przez uczonych w ich działalności badawczej. Można oczywiście "zaklinać się", że nic takiego nie ma, a przynajmniej nie powinno mieć miejsca, zwłaszcza wówczas, gdy dotyczy to nas samych lub tych, którzy powinni być przykładem dla innych. Można również traktować kryzys jak katar, który może przydarzyć się każdemu, ale z reguły od niego się nie umiera. Można w końcu szukać w nim pozytywów, bo przecież uczony należy, a przynajmniej powinien należeć, do tej grupy osób, które nawet z najtrudniejszych sytuacji potrafią znaleźć dobre wyjście. Powiedzmy jednak wyraźnie, że całe to "zaklinanie się" oraz bagatelizowanie kryzysów przeżywanych od czasu do czasu przez uczonych jest usprawiedliwione tylko wówczas, gdy inne podejście do nich prowadziłoby do demobilizacji lub "dreptania" w miejscu. W każdym innym przypadku jest to niestety działalność mitotwórcza, tzn. prowadzi do kreowania wizerunku uczonego jako istoty, której obce są ludzkie słabości. Nie chciałbym jednak specjalnie się rozwodzić nad tymi słabościami. Chciałbym natomiast powiedzieć parę słów na temat czegoś, co dla odróżnienia od zwykłych kryzysów nazwałem "stacjami przystankowymi" w działalności badawczej uczonego.
W moim przekonaniu, kryzys jest nie tylko rzeczą naturalną, ale dobrze, że w ogóle jest. Pozwala bowiem na dokonanie bilansu dotychczas przebytej drogi, uważniejsze i bardziej krytyczne przyjrzenie się temu, co znajduje się jeszcze w "rozkładzie jazdy" oraz wprowadzenie do niego niezbędnych korekt. Daje też możliwość dokonania przeglądu dotychczasowych współpracowników, sojuszników i przeciwników (bez nich ani żaden uczony, ani też żadna nauka nie może się rozwijać) oraz dokonania w ich szeregach koniecznych i możliwych do przeprowadzenia zmian. Posługując się "kolejową" metaforyką można powiedzieć, że takie "stacje przystankowe" dają dobrą okazję do odczepienia "wagonów", które znalazły się w "składzie" przez nieporozumienie lub niedopatrzenie oraz doczepienia tych, które ułatwią dalszą jazdę lub przynajmniej nie będą jej utrudniały. Wszystkim natomiast owe "stacje" dają okazję do wytchnienia oraz regeneracji sił. Rzecz jasna, u różnych uczonych różnie to wygląda w praktyce. Nie o wszystkich tych praktykach warto i trzeba mówić publicznie. Niejednokrotnie zresztą nie różnią się one niczym specjalnym od praktyk zwykłych ludzi, bo w końcu, czy można w tej mierze wiele nowego wymyślić i czy w ogóle warto coś nowego wymyślać? Nie powinno zatem specjalnie dziwić, że w przywoływanym już tutaj filmie dokumentalnym o twórcy bomby atomowej, jego główny bohater szukał wytchnienia w przejażdżkach konnych z przyjaciółmi, urozmaicanych dyskusjami oraz alkoholem. Nie jest to oczywiście żadna reguła. Tylko tytułem przykładu przywołam tutaj postać innego wielkiego fizyka Alberta Einsteina. Według jego biografów R. Highfielda i P. Cartera, miał on otwarcie przyznać, że "nie znosi przebywania z ludźmi", "nieopisaną radość" sprawiały mu natomiast samotne spacery po lesie oraz pływanie na łódce.


Pro domo sua

Dopóki mówi się o sprawach uczonych i nauki w sposób filozoficzny, tj. maksymalnie ogólnie, a przynajmniej bez odniesień do konkretnych sytuacji i osób, mało kogo może to poruszyć na tyle, aby poczuł się osobiście "wywołany" do odpowiedzi. Niestety, nie da się o tym mówić wyłącznie w ten sposób, nawet wówczas, gdy jest się zawodowym filozofem o sporym doświadczeniu filozoficznym. Nawet filozof musi od czasu do czasu odwołać się do konkretu, a te najłatwiej jest znaleźć we własnym otoczeniu. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Chciałbym zatem powiedzieć parę słów o tym, co mnie w moim własnym środowisku czasami tylko zastanawia, a czasami również irytuje i zasmuca. Dodam, że swoje doświadczenie miałem szczęście gromadzić w całkiem przyzwoitym uniwersytecie (jestem przekonany, że spełnia on europejskie standardy) oraz w, generalnie rzecz biorąc, więcej niż przyzwoitym zespole filozofów (w końcu świadectwo przyzwoitości wystawia im nie to, co mówią osoby nie będące filozofami i prawdopodobnie nie znające się na filozofii, lecz to, co oni sami mają do powiedzenia i co jest udokumentowane publikacjami oraz udziałem w międzynarodowym życiu naukowym).
Po pierwsze zatem, zastanawia mnie, jak wielki jest w tych czasach, kiedy częściej stawia się na "mieć" niż "być", pęd do filozofii, dyscypliny raczej mało praktycznej, a przynajmniej nie tak łatwo dającej się "przełożyć" na konkretne korzyści. Zjawisko to występuje nie tylko w Polsce. Miałem okazję zobaczyć jak to wygląda w Uniwersytecie Rennes I - kilkuset studentów na pierwszym roku filozofii to doprawdy zdumiewające. Zastanawia jednak również jak niewielu spośród nich (i tam, i u nas) kończy studia filozoficzne w ogóle, a jeszcze mniej z dyplomem magisterskim. Przyczyną takiego stanu rzeczy są w jakiejś mierze nieporozumienia związane z wyobrażeniami młodzieży o filozofii i studiach filozoficznych. Niestety, zbyt często filozofia jawi się im jako rodzaj "rozważań pod gruszą", zaś jej studiowanie jako coś, co tym rozważaniom ani specjalnie zaszkodzić, ani pomóc nie może. Korektę do tych wyobrażeń wprowadza już pierwszy rok studiów, na którym z reguły trzeba wykazać trochę autentycznych uzdolnień filozoficznych i włożyć ogromnie dużo pracy. Później potrzeba jej jeszcze więcej. Przyczynę tak dużego "odsiewu" na studiach filozoficznych widzę jednak również w pewnej niefrasobliwości nauczających, w szczególności w nieuczeniu efektywej pracy. Nie bez wpływu na taki stan rzeczy pozostaje również upowszechnianie przez niektórych nauczycieli akademickich negatywnych opinii na temat pracowitości - np.: "pracowity, bo mało zdolny" albo: "pracowity, ale mało zdolny". To już nie tylko zastanawiające, ale i irytujące.
Po drugie, zastanawia również znaczny procent tych filozofów, którzy po dojściu do progu profesjonalizmu (w życiu akademickim wyznaczany on jest z reguły osiągnięciem kolejnych stopni naukowych) skłonni są zadowalać się tym, co osiągnęli i nie starają się już o więcej - jeśli nie liczyć "rozmieniania na drobne" dotychczasowego dorobku (w postaci kolejnych publikacji pod nowym tytułem, ale z tą samą lub jedynie lekko zmodyfikowaną treścią). Nie jest to oczywiście udziałem jedynie filozofów. Ale właśnie oni powinni w największym stopniu mieć świadomość historycznego faktu, że do uprawiania naprawdę wielkiej filozofii (nie nazwę jej "naukową", bo trudno byłoby mi powiedzieć co to znaczy) dochodzi się latami wytężonej pracy, a i to nie zawsze osiąga się to, co w niej najistotniejsze (np. wzniesienia się ponad to, co partykularne oraz zbliżenia do tego, co uniwersalne). Winę za taki stan rzeczy ponosi w pewnej mierze modne dzisiaj lekceważenie historii filozofii. W świetle tego podejścia autentycznie wielki filozof to osoba, która niedużo czyta (zwłaszcza "historycznych ramotek"), wiele natomiast myśli i to możliwie najbardziej samodzielnie oraz niezależnie od tego, co myśleli i myślą inni filozofowie. Wprawdzie z reguły po jakimś czasie okazuje się, że to, co oni myślą i co "wymyślili" w filozofii już dawno ktoś inny myślał i wymyślił, ale trudno jest im pogodzić się z tym faktem i wymyślają coraz nowe nazwy dla tego samego. To już nawet nie tyle irytujące, co wręcz zasmucające.
Zupełnie na koniec chciałbym powiedzieć wyraźnie, że znam co prawda przypadki działalności naukowej, w których pracowitość nie przyniosła oczekiwanych efektów, ale nie znam ani jednego, w którym efekty pojawiłyby się bez pracowitości. Dotyczy to również filozofii, bez względu na to, czy uznamy ją za naukę, czy też nie. Stąd nie mam większych oporów, aby napisać swoistą pochwałę naukowej pracy i pracowitości.

Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu.



Uwagi.