Poprzedni Następny

 

Szkolnictwo akademickie, które tak często mówi o etycznym zachowaniu, o ponadczasowych wartościach, posuwa się niejednokrotnie do działań, które nie mają nic wspólnego z tymi wartościami.

Andrzej Jamiołkowski

Marzenia a rzeczywistość

Od kilku lat trwają dyskusje o konieczności zmian w obowiązującej ustawie o szkolnictwie wyższym z 12 września 1990 r. (DzU nr 65, poz. 385, ze zm.) lub też o stworzeniu zupełnie nowego prawa w odniesieniu do szkolnictwa wyższego i sfery nauki potraktowanych łącznie. W tym czasie pojawiła się nowa ustawa z 26 czerwca 1997 r. o wyższych szkołach zawodowych (DzU nr 96, poz. 590, ze zm.). Porządkowanie dyskusji i przechodzenie od słów do konkretnych propozycji nowych rozwiązań ustawowych rozpoczęło się w 1996 r., gdy zespołowi działającemu pod kierownictwem byłego przewodniczącego Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego, prof. Jerzego Osiowskiego, zostało powierzone przygotowanie podstawowych założeń nowego prawa. Od tego czasu powstało wiele wersji ustawy, przygotowywanych przez różne gremia, przy czym cechą charakterystyczną tych propozycji było ubożenie wizji, która była na początku. Każda kolejna wersja okazywała się nieco mniej ambitna od swej poprzedniczki. Bardzo szybko okazało się, że ze względu na olbrzymie różnice poglądów, potrzeb i interesów instytucji szkolnictwa wyższego, instytutów PAN oraz JBR-ów, nie ma mowy, aby mogła powstać ustawa obejmująca całość spraw szkolnictwa wyższego i nauki. Następnie dały o sobie znać olbrzymie różnice poglądów w obrębie samego szkolnictwa wyższego, np. okazało się, że nie jest możliwe wspólne działanie (połączenie) akademii medycznych i uniwersytetów. Wreszcie pojawiła się przemożna ochota zinstytucjonalizowania Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) i naturalne w takiej sytuacji pytanie o zakresy działania KRASP i RGSzW. I tak oto, idea stworzenia nowego prawa o szkolnictwie wyższym i instytucjach naukowych, prawa, które naprawdę na nowo porządkowałoby podstawy działania poszczególnych instytucji, kariery naukowe pracowników, dostępność studiów finansowanych przez budżet państwa, zaczęła rozpływać się w morzu spraw szczegółowych, żeby nie powiedzieć: partykularnych interesów poszczególnych grup, instytucji i osób. Złożoność całej sytuacji pogłębiły wymykające się spod kontroli MEN szkoły niepubliczne, z których spora część prowadzi działania, do których nie jest upoważniona ani przygotowana.
Pogląd, prezentowany często w innych krajach, że środowiska akademickie są tak konserwatywne, iż nigdy nie zreformują się same, i że konieczne jest działanie z zewnątrz, niestety zaczął pojawiać się także u nas.

Potrzeba zmian

Tymczasem nowa ustawa o szkolnictwie wyższym jest rzeczywiście konieczna. I choć zwolennicy tego poglądu wymieniają wiele argumentów, to naprawdę istotne są dwa. Po pierwsze, obecnie obowiązujące ustawy nie zapewniają żadnych praktycznych możliwości kontroli jakości kształcenia oferowanego przez działające w naszym kraju publiczne i niepubliczne szkoły wyższe, co już doprowadziło do olbrzymich patologii (Rada Główna ma możliwość zapoznania się z działaniami niektórych szkół, gdy występują one o rozszerzenie zakresu swojej działalności).
Po drugie, konieczne jest także, i to jak najszybciej, uregulowanie ustawowe odpłatności za, jak to formułuje Konstytucja RP, usługi edukacyjne świadczone przez publiczne szkoły wyższe.
Wobec odsuwania się w czasie szans na uchwalenie przez parlament nowej ustawy, obejmującej swym zakresem obie ustawy z 12 września 1990 r. i 26 czerwca 1997 r., Prezydium Rady Głównej uznało za sprawę nie cierpiącą zwłoki przynajmniej nowelizację obecnie obowiązujących uregulowań (możliwość takiego biegu spraw dopuszcza także kierownictwo MEN).

Czesne w szkołach publicznych

W sprawie odpłatności za usługi edukacyjne publicznych szkół wyższych Rada Główna popiera rozwiązania przewidziane w ministerialnym projekcie ustawy o szkolnictwie wyższym (w wersji z 24 maja 2000 r.) i opowiada się za wprowadzeniem tych rozwiązań do obecnie obowiązującej ustawy (dotyczy to w szczególności art. 85 projektu). Warto w tym miejscu powiedzieć, że wobec ograniczonych środków, jakie są przeznaczane corocznie na opłacenie kształcenia prowadzonego przez publiczne szkoły wyższe (w 2000 r. jest to 5 554 mln zł, plany z września br. wskazują, że w 2001 r. ma to być kwota 5 855 mln zł - a wraz ze szkołami wojskowymi ok. 6 380 mln zł - tzn. wzrost w wielkościach porównywalnych byłby tylko o 5,4 proc.), liczba miejsc oferowanych przez szkoły publiczne musi być ograniczona. Miejsca te są rozdzielane poprzez system konkursowych egzaminów wstępnych na tych kierunkach, które cieszą się dużym powodzeniem u młodzieży lub też poprzez konkurs świadectw tam, gdzie zainteresowanie młodzieży jest mniejsze, ale ze względu na interes społeczny przygotowanie specjalistów jest niezbędne. Tak więc, miejsca w publicznych szkołach wyższych rozdzielane są mechanizmami konkursowymi i w tym sensie zasada równości dostępu do wykształcenia na poziomie wyższym jest realizowana. Natomiast ze względu na fakt, że pracownicy uczelni publicznych są skłonni, otrzymując dodatkowe wynagrodzenie, prowadzić zajęcia wykraczające poza zakres ich obowiązków w formie zajęć wieczorowych i zaocznych, jest niezwykle racjonalnym wykorzystaniem możliwości, które dodatkowo mogą zaoferować szkoły publiczne. Oczywiście, zajęcia tego typu muszą być opłacane dzięki czesnemu, płaconemu przez tych, którzy chcą korzystać z tej dodatkowej oferty, a którzy wcześniej nie uzyskali wyników uprawniających do korzystania z miejsc opłacanych z budżetu państwa. Dlatego nie mogę zgodzić się z poglądami prezentowanymi przez prof. Józefa Szabłowskiego ("Forum Akademickie" 9/2000), iż nie można pozwalać, aby część studentów uczelni publicznych wnosiła opłaty, a część była finansowana z budżetu państwa. Otóż, opłacenie przez budżet państwa czesnego tych studentów, którzy poprzez system egzaminów lub innych działań o charakterze konkursowym otrzymali miejsce w uczelniach publicznych, jest formą równie naturalną, jak nagradzanie najlepszych w każdym innym konkursie. Liczba miejsc, które mogą być oferowane dzięki środkom publicznym, zawsze będzie ograniczona, zarówno ze względu na szczupłość tych środków, jak i inne uwarunkowania (liczbę nauczycieli akademickich, ustalone pensum dydaktyczne, infrastrukturę poszczególnych uczelni). Dlatego też, także po wprowadzeniu nowych matur, wstęp na poszczególne uczelnie publiczne będzie musiał być rozstrzygany w konkursie świadectw i wyników maturalnych. Jeśli pracownicy uczelni publicznych, otrzymując dodatkowe wynagrodzenie, będą gotowi prowadzić zajęcia wykraczające poza zakres ich obowiązków, przyczyni się to do poszerzenia możliwości podejmowania studiów przez młodzież i będzie niezwykle korzystne dla szybkiego rozwoju naszego kraju.

Ocena jakości kształcenia

Drugim niezwykle pilnym problemem, który musi znaleźć swoje rozwiązanie w najbliższych miesiącach, jest stworzenie systemu oceny jakości kształcenia. Grzechem pierworodnym ustawy z 12 września 1990 r. były zbyt powierzchowne uregulowania prawne dotyczące powstawania, przekształcania, a przede wszystkim nadzoru nowo tworzonych i już istniejących szkół wyższych. I nie ma to nic wspólnego z chęcią ograniczenia autonomii poszczególnych szkół (głównie przecież dotyczącej badań naukowych), lecz jest koniecznością wynikającą z obserwacji patologii, do których dochodzi zarówno w szkołach już działających, jak i przy tworzeniu nowych uczelni. RGSzW jest ciałem społecznym, złożonym z przedstawicieli szkół publicznych i niepublicznych, które dla ministra edukacji narodowej opiniuje wnioski poszczególnych szkół o rozszerzenie zakresu działalności oraz wnioski założycieli o utworzenie nowych uczelni. Gdybyśmy chcieli i byli uprawnieni do stworzenia raportu podobnego do tego, który przed kilku miesiącami przedstawiła Najwyższa Izba Kontroli, to powstałoby opracowanie o zupełnie wstrząsającej wymowie. Oto szkolnictwo akademickie, które tak często mówi o etycznym zachowaniu, o ponadczasowych wartościach, posuwa się niejednokrotnie do działań, które nie mają nic wspólnego z tymi wartościami. Wielokrotnie mamy do czynienia z jawnym łamaniem ustalonych reguł, przy jednoczesnej biernej postawie MEN, wynikającej ze słabości uregulowań ustawowych. Dlatego też niezbędne jest powstanie - mającej umocowanie ustawowe - Komisji Akredytacyjnej, działającej permanentnie i oceniającej ofertę edukacyjną zarówno szkół publicznych, jak i niepublicznych.

Dwa sektory

Warto w tym miejscu odnieść się do - widocznej dla każdego obserwatora sceny akademickiej - rywalizacji szkół niepublicznych i publicznych. Każda rywalizacja, jeśli jest prowadzona czysto i według ogólnie przyjętych reguł, prowadzi do wyników pozytywnych. Jeśli jednak cel zaczyna uświęcać środki, to rywalizacja może prowadzić do nieprawidłowości. W moim przekonaniu, wiele uczelni niepublicznych w swoich działaniach marketingowych, reklamując swe usługi, przekracza dopuszczalne granice, wprowadzając w błąd dziesiątki tysięcy młodych ludzi. Przykre jest także to, że często nawet osoby uprawnione do reprezentowania całego środowiska uczelni niepublicznych przedstawiają osiągnięcia tego środowiska (niewątpliwie istniejące) w sposób wymuszający natychmiastową replikę. Oto prof. Szabłowski, przewodniczący Konferencji Rektorów Uczelni Niepaństwowych, pisze ("Forum Akademickie" 9/2000), że uczelnie niepaństwowe zgromadziły 1,5 mln woluminów, zatrudniają 4,5 tys. samodzielnych pracowników naukowych, kształcą taniej niż uczelnie państwowe. Otóż, niejeden uniwersytet ma więcej woluminów niż 170 uczelni niepaństwowych razem wziętych (np. UMK ponad 2 mln dla 30 tys. studentów). Ważne jest także, dla ilu z tych 4,5 tys. pracowników zatrudnionych w uczelniach niepaństwowych są one pierwszym miejscem pracy (tzn. nie są oni jednocześnie mianowani w uczelniach państwowych). Mam nadzieję, że MEN zgromadzi takie informacje w br. Wreszcie, nie porównujmy wielkości nieporównywalnych - uczelnie państwowe kształcą także setki tysięcy młodych ludzi na kierunkach, których kosztochłonność jest wielokrotnością kosztochłonności w stosunku do takich dziedzin, jak prawo, ekonomia, pedagogika. Naprawdę nie można porównywać kosztów kształcenia lekarzy i prawników, fizyków i pedagogów, inżynierów i filologów. W nowoczesnym państwie absolwenci wszystkich tych kierunków są niezbędni i obowiązkiem państwa jest finansowanie tych kierunków studiów, na których opłacenie czesnego przez studentów całkowicie przekracza ich możliwości.

Dr hab. Andrzej Jamiołkowski, prof. UMK, fizyk, był rektorem UMK w latach 1993-99. Jest wiceprzewodniczącym Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego.

Uwagi.