Poprzedni Następny

 

Chcieliśmy pokazać, że nauka, bez względu na to, czy na Śląsku, w Edynburgu, czy w Południowej Afryce, jest nauką, i że warto inwestować w wiedzę.

Sposób na życie

Rozmowa z prof. Mieczysławem Chorążym, inicjatorem Festiwalu Nauki Śląsk 2000 i mgr. Arkadiuszem Samojednym, dyrektorem festiwalu

Jak się udał pierwszy na Śląsku Festiwal Nauki?
Mieczysław Chorąży: Według mnie, jak na początek, bardzo dobrze. Nie spodziewaliśmy się tak dużego zainteresowania, zwłaszcza młodzieży. Na niektóre wykłady przychodził taki tłum młodych ludzi, że nie można było znaleźć dla nich miejsca. Powtarzaliśmy część imprez i będziemy jeszcze powtarzać. Ogólne odczucie jest więc pozytywne. Społeczeństwo Śląska dowiedziało się o istnieniu nauki, laboratoriów, zobaczyło, że uczeni robią coś pożytecznego, a nie rzeczy wydumane i niezrozumiałe dla ludzi.
Arkadiusz Samojedny: Chcieliśmy pokazać, że nauka, bez względu na to, czy na Śląsku, w Edynburgu, czy w Południowej Afryce, jest nauką, i że warto inwestować w wiedzę. To miała być alternatywa dla młodych ludzi, aby wiedzieli, że zdobywanie wiedzy może być sposobem na życie.

Prof. dr hab. Mieczysław Chorąży
(ur. 1925) lekarz, specjalista biologii molekularnej nowotworów, członek rzeczywisty PAN, pracuje w Centrum Onkologii w Gliwicach. Jest absolwentem AM w Warszawie, doktorat 1958, habilitacja 1961, tytuł profesorski 1983. W latach 1960-95 kierował Zakładem Biologii Nowotworów Centrum Onkologii w Gliwicach. 1973-85 wykładał na Wydziale Biologii Uniwersytetu Śląskiego. Członek wielu towarzystw onkologicznych na świecie. Opracował metodę izolowania chromosomów metafazalnych, wykazał dodatni bilans azotowy u zwierząt obarczonych nowotworem i możliwość wnikania DNA do komórek zwierzęcych. Promotor 17 prac doktorskich. Wiceprzewodniczący oddziału katowickiego Polskiego Komitetu Walki z Rakiem. Popularyzator nauki i oświaty onkologicznej. Był członkiem Armii Krajowej, walczył w Powstaniu Warszawskim.
- Jak odbywa się finansowanie tak dużego przedsięwzięcia?
M.Ch.: Finansowanie nastręczyło wiele kłopotów organizacyjnych. Dostaliśmy dotację z KBN, dużo energii pochłonęły zabiegi u sponsorów.
A.S.: Żeby sobie wyobrazić, jak duża była ta impreza, warto podkreślić, że w ciągu czterech dni mieliśmy ponad dwieście zdarzeń: wykładów, pokazów, wycieczek.
Duża część środków pochodziła z KBN, nie wystarczyło to jednak na pokrycie wydatków. Do uzupełnienia budżetu przyczyniły się samorządy Katowic i Gliwic, a także Fiat, Węglokoks, władze województwa śląskiego, KSK Dystrybucja i inni sponsorzy.
Osiemdziesiąt procent imprez odbyło się w Gliwicach i Katowicach, wiele miało miejsce w Częstochowie, która włożyła też niemały wysiłek organizacyjny. W festiwalu brały także udział takie miasta jak Bielsko-Biała, Sosnowiec, Chorzów i Pszczyna.
M.Ch.: Ten region ma swoją specyfikę. Uczelnie i instytuty są rozproszone na dużym terytorium. To nastręcza wiele trudności przy organizowaniu takich imprez.

- Czy wszystkie śląskie uczelnie przyczyniły się do organizacji festiwalu?
A.S.: Z dużych uczelni wszystkie, z wyjątkiem Akademii Ekonomicznej, przy czym, mimo że Akademia nie podpisała umowy, wielu studentów tej uczelni pomagało przy organizacji festiwalu. Spośród studentów różnych uczelni, studenci Akademii Ekonomicznej najbardziej nam pomogli.

Mgr Arkadiusz Samojedny
(ur. 1973), absolwent Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Ukończył studia w Katedrze Biofizyki i Biologii Komórki. Pracował w Instytucie Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej PAN w Warszawie, obecnie asystent naukowo-badawczy w Instytucie Onkologii w Gliwicach. Zajmuje się badaniami nad nowotworami płuc, w szczególności genami odpowiedzialnymi za naprawę uszkodzeń DNA oraz genami cyklu komórkowego.
- Które instytuty włączyły się do prac organizacyjnych?
A.S.: Główny Instytut Górnictwa, Instytut Onkologii, mający dużą rolę jako inicjator festiwalu, Instytut Ekologii Terenów Uprzemysłowionych, muzea, teatr. Największą rolę odegrały jednak Instytut Onkologii w Gliwicach i Uniwersytet Śląski. W tych dwóch miejscach prowadzone były biura festiwalu. Należy podziękować dyrektorom i rektorom tych instytucji za udostępnienie telefonów, faksów, papieru.
Wszyscy, którzy prowadzili spotkania festiwalowe, robili to gratis, choć wiemy, że na innych festiwalach płaci się wykładowcom honoraria. Doszliśmy do wniosku, że pokazywanie nauki to misja naukowców. To dobry gest ze strony świata nauki.

- Jakie były bezpośrednie wzorce? Warszawa, Wrocław czy Edynburg?
M.Ch.: Ideę festiwalu nauki przywiózł do Polski prof. David Shugar. Chcielibyśmy o tym pamiętać. Korzystaliśmy z różnych wzorców, a warunki śląskie - przede wszystkim wspomniane rozproszenie - narzuciły specyfikę naszego festiwalu.
A.S.: Zadecydowało też położenie geograficzne, układ i liczba uczelni oraz specyficzna sytuacja, w jakiej znajduje się Śląsk. Kończy się tu hegemonia przemysłu ciężkiego, a zaczyna czas, gdy trzeba pokazać potencjał intelektualny, który na Śląsku jest nie gorszy niż w innych regionach.
M.Ch.: Powstaje tu pustka. Są uczelnie i instytuty, ale nie ma żadnego programu, żadnej wizji przyszłości. Jak zapełnić ten obszar innymi formami życia? Nam się wydaje, że należy więcej mówić o nauce, rozpowszechniać wiedzę z tej czy innej dziedziny, może z tego wyłoni się dyskusja pożyteczna przy opracowywaniu programu rozwoju naszego regionu. W tej chwili czuje się społeczny niepokój: co będzie z tym regionem w przyszłości? Supermarkety, handel, tania siła robocza? To wszystko nie bardzo odpowiada ambicjom mieszkańców Śląska. Przyrodzone Ślązakom zdolności warto w przyszłości wykorzystać. Młodzież, z którą się stykamy, np. absolwenci Wydziału Biologii Uniwersytetu Śląskiego, to naprawdę bardzo zdolni ludzie. Byłoby wielką stratą, gdyby nie znaleźli tutaj dla siebie miejsca, a na to się zanosi. Państwo odpycha od siebie odpowiedzialność za losy młodych, utalentowanych ludzi.

- Ile było imprez festiwalowych?
M.Ch.: Około dwustu. Wliczamy w to wykłady, pokazy, "drzwi otwarte", wycieczki.
A.S.: Nie liczymy natomiast pojedynczych imprez kulturalnych, które miały miejsce ostatniego dnia. Był to jarmark nauki. Wszystko działo się w jednym miejscu, w Katowicach, na placu Sejmu Śląskiego. Na estradzie przez cały dzień występowały różne zespoły, z boku fizycy prezentowali swoje doświadczenia, na piętrze działała kawiarnia internetowa, gdzie indziej można było wykonać eksperymenty fizyczne, pobawić się ciekłym azotem, własnoręcznie wykonać grafikę komputerową, ulepić garnek z gliny. Pokazano start balonu na ogrzane powietrze. Z jarmarcznym charakterem tego dnia kontrastowało oficjalne zakończenie w katowickim Teatrze im. Stanisława Wyspiańskiego, kiedy to na scenie gościliśmy premiera Buzka, profesorów Kornela Gibińskiego, Tadeusza Sławka, Tadeusza Skośniewicza, Mieczysława Mąkoszę, ks. Szymika i senatora Kazimierza Kutza.

- Jakie imprezy cieszyły się największym zainteresowaniem?
A.S.: Związane z biologią, medycyną, nowoczesną techniką i komputerami oraz fizyką. To ciekawe, że tak wiele osób interesuje się pokazami fizycznymi, a tak mały nabór mamy na studia fizyczne. Jest to dyscyplina porywająca, ale perspektywy pracy po fizyce nie są najlepsze.

- Czy dałoby się policzyć liczbę uczestników festiwalu?
A.S.: Około 40 tys. osób czynnie odwiedziło nasz festiwal.

- To ogromna liczba, jak na pierwszy raz. Impreza wrocławska w pierwszej edycji zgromadziła 20 tys., w drugiej 35 tys. osób.
M.Ch.: Zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę trudności komunikacyjne. Trudno przyjechać z Katowic do Gliwic, np. na imprezę w naszym instytucie. Trzeba na to zużyć pół dnia.
A.S.: Często ponad dwie godziny jazdy pociągiem, np. z Częstochowy do Gliwic.

- Na festiwalu warszawskim miałem ten sam problem. Trudno było uczestniczyć w kilku interesujących spotkaniach w ciągu dnia, nawet dysponując samochodem.
M.Ch.: To jest argument w dyskusji na temat innej organizacji festiwali. W USA dzieli się imprezy według gałęzi nauk. Np. Narodowy Instytut Zdrowia organizuje odrębną imprezę z dziedziny biologii i medycyny.

- Czy spotkania festiwalowe mają dla poszczególnych placówek funkcję promocyjną?
M.Ch.: W pewnej mierze tak. Na rozpoczęcie i zakończenie przyszło wielu polityków, samorządowców, prezydentów miast. Obecność tutaj pomogła im wyrobić sobie zdanie na temat pracy naszych placówek. Niektórzy z nich byli tu po raz pierwszy. Festiwal jest okazją do zainteresowania ludzi władzy sprawami nauki i edukacji.

- Festiwale nauki mają z konieczności charakter miejski. Czy pojawiła się tu młodzież ze wsi?
M.Ch.: W ubiegłym tygodniu rozmawiałem ze starostą gliwickim. Dowiedziałem się, że szkoła oddalona o 30 km od Gliwic miała trudności z dowozem młodzieży na festiwal. Szkoły są biedne, nie mają autobusów.
A.S.: Mimo to zjeżdżały szkoły z Cieszyna, z miejscowości pod Częstochową, wielu uczestników pochodziło spoza tych miast, w których odbywały się imprezy.

- Czy istnieją kontakty między organizatorami festiwalu a nauczycielami?
A.S.: Weszliśmy w kontakt z Wydziałem Edukacji Urzędu Marszałkowskiego i w ten sposób do wszystkich szkół dotarły nasze informatory z programem oraz plakaty. Każda szkoła województwa śląskiego wiedziała, że odbędzie się festiwal i znała jego program. Od decyzji dyrektora zależało to, czy uczestniczyła w nim, czy nie. Nasza akcja promocyjna polegała też na wystawieniu programu we wszystkich EMPiK-ach, mieliśmy reklamę w radiu, a podczas trwania festiwalu w regionalnej telewizji działało studio festiwalowe. Codziennie przedstawialiśmy to, co się wydarzyło danego dnia i zapraszaliśmy na dzień następny. Prowadziliśmy i prowadzimy własną stronę internetową www.festiwalnauki.silesia2000.pl.

- Jak wyglądała obsługa prasowa imprezy?
A.S.: Naszymi patronami medialnymi były: "Trybuna Śląska" "Nauka i Przyszłość", "Wiedza i Życie", "Gość Niedzielny", "Nowy Przemysł" oraz TVP Katowice i Radio Katowice. Również inne obecne na rynku gazety drukowały program i pisały o festiwalu. Było to tak ciekawe zjawisko, że interesowała się nim większość dzienników.

- Wracając do wątku szkolnego, czy nauczyciele mieli jakiś udział w przygotowywaniu festiwalu, czy tylko naukowcy?
M.Ch.: Nie było tu raczej takiego aktywnego współudziału, ale nasz instytut ma od wielu lat kontakty z nauczycielami gliwickich szkół. Co roku przyjmujemy kilka wycieczek klas zorientowanych na nauki przyrodnicze. Nauczyciele wiedzą, co się u nas dzieje i czego mogą oczekiwać.
A.S.: Pokazaliśmy, co robimy, daliśmy pewien materiał do przetrawienia i ogłosiliśmy, że jeśli coś będzie się cieszyło wyjątkowym zainteresowaniem, postaramy się to powtórzyć czy przystosować specjalnie na zamówienie szkół. Są imprezy, które można przeprowadzić na miejscu w szkole. Festiwal był ofertą środowiska naukowego, w której można teraz wybierać.

- W czym Śląsk był oryginalny w stosunku do festiwalu warszawskiego, wrocławskiego czy poznańskiego?
A.S.: Był to pierwszy festiwal w Polsce, może w Europie, który odbywał się w kilku miastach. Jako uczestnik dyskusji Nauka i kultura na przełomie wieków wystąpił premier Jerzy Buzek, co chyba nigdzie się nie zdarzyło.

- Czy oryginalność nie polegała też na wprowadzeniu akcentów regionalnych?
M.Ch.: Tak, zwłaszcza w obszarze nauk humanistycznych i górnictwa.
A.S.: Jedną z imprez Głównego Instytutu Górnictwa był zjazd do eksperymentalnej kopalni i doświadczenie "na żywo" wybuchu pyłu węglowego pod ziemią. Było tam dwieście osób.

- Proszę wymienić jeszcze kilka takich szczególnie ekscytujących spotkań.
A.S.: W Instytucie Onkologii można było zobaczyć, jak działa tomograf. Nie w laboratorium, lecz w szpitalu, w trakcie badania pacjenta.
M.Ch.: Zorganizowano też w naszym instytucie pokaz, jak od komórki wątroby szczura dochodzi się do genu. Uciecha uczestników była nie do opisania, gdy w probówce otrzymali wyizolowane geny. Szkoda, że nasze szkoły średnie są słabo wyposażone i nie przygotowane do takich eksperymentów. Brakuje też aktywnych muzeów nauki, gdzie można nie tylko obejrzeć eksponaty w gablocie, ale też dotknąć, pomajstrować, nawet coś zepsuć.
Odwiedzającym Bibliotekę Śląską pokazywano, jak funkcjonuje obsługa nowoczesnej biblioteki.
A.S.: Pokazano, jak się konserwuje stare książki i odbyła się aukcja starych książek.

- Mówi się, że uczeni nie potrafią opowiadać o swojej pracy. Czy festiwal objawił talenty popularyzatorów?
M.Ch.: Myślę, że tak. U nas w instytucie takim przykładem były wspomniane zajęcia laboratoryjne dr. Piotra Widłaka, który w bardzo przystępny sposób opowiadał o drodze od komórki wątroby do genu. Prowadzący wykazał duży talent w przekazywaniu, co w danym momencie się dzieje, a uczestnicy mogli sami wykonać pewne proste procedury.

- Czym trzeba dysponować, żeby zorganizować tak ogromną imprezę, która dzieje się jednocześnie w siedmiu miastach?
A.S.: Trzeba dużo zapału i zacięcia, trochę pieniędzy i bardzo dużo dobrej woli. Festiwal kosztował nas półtora roku przygotowań. To się wydaje długo, ale trzeba było stworzyć na Śląsku precedens. W przyszłym roku będzie łatwiej, festiwal już zaistniał, wytyczył sobie ścieżki. Początkowo nad organizacją pracowały dwie osoby, na miesiąc czy dwa przed festiwalem - kilkanaście osób. Udało się nam stworzyć dobry zespół, cieszymy się, że się spotkaliśmy. Była to duża satysfakcja. Nie było z tego pieniędzy, ale my jesteśmy takimi "wariatami", którzy są szczęśliwi, gdy uda się coś zrobić.

Rozmawiał Grzegorz Filip

Uwagi.