Poprzedni Następny

 

Pamięć jest podstawą rozwoju kultury i cywilizacji. Pamięć nie tylko żywych ludzi, ale i ta utrwalona w najrozmaitszy sposób. Dziś technologia - wytwór cywilizacji - daje nam nowe narzędzia utrwalania wszystkiego. Ale po co?

Paweł Misiak

Pola pamięci

Jednym z teoretycznych modeli pamięci jest tzw. model magazynowy. Wedle niego, pamięć człowieka składa się z obszarów przechowujących informację w różny sposób i przez różne okresy. Mówi się o pamięci ultrakrótkotrwałej, krótkotrwałej i długotrwałej. Dwie pierwsze służą głównie przetwarzaniu informacji docierającej do człowieka, ostatnia jest pamięcią jako taką, gromadzącą rozmaite dane. Anonimowy internetowy autor streszczając tę teorię pisze: Zakłada się, iż pamięć długotrwała charakteryzuje się nieograniczoną pojemnością. Powiało optymizmem! Ale czy tak jest rzeczywiście? Czy można na przykład zapamiętać wszystkie przeczytane w życiu książki, a przynajmniej te, które uznamy za warte pamiętania?
Problem pojemności ludzkiej pamięci pośrednio stawia przed nami najpierw szkoła. Właściwie stawiała, jeszcze kilkadziesiąt czy kilkanaście lat temu. Obecnie coraz mniej muszą się dzieci uczyć na pamięć. Podobno w nauczaniu chodzi dziś bardziej o rozumienie niż wkuwanie "na blachę". To podejście stoi w całkowitej sprzeczności ze stanowiskiem Platona. Ten krytykował zanik zwyczaju pamięciowego opanowywania dużych ilości informacji spowodowany rozpowszechnieniem umiejętności czytania. Obszerne pamiętanie ma być, wedle autora Fajdrosa, podstawą prawdziwej mądrości. Zastępująca pamiętanie tekstów erudycja jest jedynie pozorem mądrości. Dziś nikt już chyba nie neguje dobrodziejstw, jakie przyniosła umiejętność czytania i pisania w procesie rozwoju naszej cywilizacji. Ale inne zjawiska, związane z technologiami informacyjnymi, szczególnie zaś techniką powielania i zapisu informacji, wywołują podobne obawy. Umberto Eco odnosi się do technik reprograficznych: Wprawdzie fotokopia jest narzędziem niezwykle pożytecznym, ale często stanowi także intelektualne alibi; ten bowiem, kto wychodzi z biblioteki obarczony plikiem fotokopii ma zwykle pewność, że nigdy nie zdoła ich wszystkich przeczytać, nie będzie nawet w stanie ich odnaleźć, gdyż już teraz panuje w nich bałagan, ale jednocześnie ma poczucie, że zawładnął treścią ksiąg. (O bibliotece). To samo można powiedzieć o elektronicznych mediach cyfrowych, za pomocą których jeszcze łatwiej mnożyć i utrwalać duże porcje informacji. Jednak zapisanie jakiegoś tekstu na dysku czy uczynienie internetowej zakładki do tej lub innej strony WWW nie oznacza poznania zawartych w nich treści. Aliści te same technologie digitalne pozwalają to poznawanie przyspieszyć.

Przyswajanie megabajtów

Ktoś kiedyś powiedział, że książki, do której nie warto wrócić, w ogóle nie warto było czytać. To kryterium wyboru lektury wygląda rozsądnie, ale w zastosowaniach praktycznych ma istotną słabość - działa ex post. A zdając sobie sprawę z czysto ilościowych ograniczeń ludzkich możliwości czytania, chciałoby się mieć kryterium aprioryczne. Jakie? Chyba tylko poleganie na autorytetach - jakiekolwiek by były - które recenzują słowem lub czynem te czy inne dzieła. Autorytetem takim może być zarówno wydawca, umieszczający na książce znak dobrze cenionej przez nas serii, jak znajomy o zbliżonym guście, polecający tę czy inną pozycję. Mogą być i autorytety negatywne.
Dla człowieka czytającego świadomie czas jest pierwszym wrogiem. Wszak ars longa, vita brevis, czyli świat produkuje o wiele więcej książek niż można w ciągu życia przeczytać. A ile można? Policzmy. Jeśli damy sobie na czytanie sześćdziesiąt lat i zobowiążemy się - sami przed sobą - do czytania jednej średniej (pod względem objętości) książki dziennie, to poznany w ciągu życia księgozbiór będzie liczył nieco ponad dwadzieścia tysięcy woluminów. Czy to dużo? Tyle gromadzi na przykład niewielka biblioteka publiczna. A jeśli spojrzeć na jedną z największych książnic na świecie, bibliotekę amerykańskiego Kongresu, będzie to zaledwie jedna tysięczna zgromadzonych w niej tomów.
Przy okazji trzeba sobie powiedzieć, jaka jest owa "średnia książka". Otóż, gwoli wygody przyjmuje się, że ma ona około miliona znaków. Wygoda ta płynie z charakterystycznego dla współczesności podejścia informatycznego, w którym informację zwykło się mierzyć wielokrotnościami bajtów. Zatem nasza średnia książka zawiera jeden megabajt tekstu. Sprawny czytelnik może "połknąć" około stu kilobajtów na godzinę. Średnia książka zajmie mu zatem cały dzień - dziesięć godzin czytania.

Średnia - która to?

By to suche, techniczne określenie jakoś zobrazować, przywołajmy dwie, znane przynajmniej niektórym przedstawicielom czytającej połowy naszego społeczeństwa, książki: Sienkiewiczowskie Quo vadis i Olgi Tokarczuk Dom dzienny, dom nocny. Pierwsza jest niewątpliwie dłuższa od drugiej. Jak jednak mają się obie do wspomnianej jednomegabajtowej średniej? Sienkiewicza mam przed sobą w starym wydaniu. Metryczka książki - jak to kiedyś mieli wydawcy we zwyczaju - zawiera różne dane, między innymi objętość książki w arkuszach wydawniczych. Wiedząc, że jeden arkusz to - mówiąc językiem współczesnym - czterdzieści kilobajtów, obliczam informacyjną objętość Quo vadis na około 1,3 megabajta.
Książkę Olgi Tokarczuk mogę oszacować znacznie nowocześniej, ściągnąwszy jej tekst z Internetu. Plik w formacie najbardziej rozpowszechnionego w naszym kraju edytora tekstów zajmuje prawie dokładnie jeden megabajt. Ale nie daje to pojęcia o wielkości zapisanego w nim tekstu. Po wczytaniu do edytora i wykonaniu dwóch kliknięć myszką widzę, iż tekst (z uwzględnieniem spacji) ma nieco ponad pół megabajta. Przy okazji refleksja: ileż dodatkowej informacji, związanej z formatowaniem, pamiętaniem poprawek i wielu innymi rzeczami, dodaje edytor do "nagiej treści" zapisanej w tekście.
Zatem, chcąc trzymać się ściśle naszego czytelniczego regulaminu, w ciągu dwóch dni powinniśmy przeczytać Quo vadis i Dom dzienny, dom nocny i jeszcze coś niezbyt obszernego, na przykład numer "FA", od deski do deski.

Zakamarki mózgu

Liczmy zatem, że w całym intensywnym życiu czytelniczym przed naszymi oczyma przesunie się ze dwadzieścia gigabajtów tekstu. Pytanie następne: ile z tego możemy zapamiętać? Inaczej: jaka jest pojemność ludzkiej pamięci? A jeszcze dokładniej: ile bajtów zmieści się w naszej pamięci długotrwałej?
Na tak postawione pytanie odpowiadano już dawno i dość różnie. I tak, w latach czterdziestych John von Neumann, jeden z twórców pierwszego nowoczesnego, elektronicznego komputera, oceniał ją na około stu trylionów bitów, czyli mniej więcej dziesięć eksabajtów. Przyjął przy tym, że zapamiętany może być każdy impuls nerwowy przechodzący przez ludzki mózg w ciągu całego życia. Wielkość ta jest ogromnie przeszacowana. Nieco później Alan Turing, jeden z ojców współczesnej informatyki i twórca idei komputera zwanego maszyną Turinga, otrzymał wielkość między dziesięcioma a tysiącem terabajtów (bilionów bajtów). Liczba ta odpowiada całkowitej liczbie komórek nerwowych, potraktowanych en bloc jako "komórki pamięci".
Najbardziej zbliżone do rzeczywistości wydają się wyniki Thomasa Landauera, opublikowane w Cognitive Science, uzyskane w połowie lat osiemdziesiątych w ramach laboratoryjnych badań procesów zapamiętywania. Podają one liczbę zaskakująco niską - nieco ponad dwieście megabajtów. Zatem ktoś, będący opisanym wyżej maniakalnym czytelnikiem, może - teoretycznie - zapamiętać w postaci dosłownych cytatów co najwyżej jeden procent przeczytanych w ciągu całego życia tekstów. Albo inaczej - pełny tekst zaledwie dwustu średnich książek.

Głowy na dyski

Tymczasem dzisiejsza technologia oferuje nam nośniki pamięci o zupełnie niewyobrażalnych pojemnościach. Na popularnej, małej i poręcznej pecetowej dyskietce bez trudu zapiszemy cały tekst Quo vadis. CD-ROM - błyszcząca płyta kompaktowa - może pomieścić w postaci czytanych promieniem lasera "plamek" wszystko, co zapamiętają trzy ludzkie głowy. Na dysku przestarzałego już komputera, służącego mi do pisania między innymi niniejszego tekstu, zmieści się zawartość głów całej klasy pilnych uczniów. Wreszcie, na twardym dysku, który za pół pensji może sobie kupić nauczyciel, można zapisać wszystko, co nasz fantastyczny czytelnik zdołałby przeczytać przez całe życie.
Ocenia się, że łączna pojemność wszystkich istniejących na świecie komputerowych nośników danych, czyli wszelkiego rodzaju dysków, taśm i "kości" jest rzędu stu eksabajtów. To o wiele więcej niż byłoby potrzebne do zapisania w postaci cyfrowej wszystkich istniejących na Ziemi zbiorów bibliotecznych - tekstowych, ikonograficznych i audiowizualnych. Dla porównania, globalna pamięć ludzkiego wetware’u (określenie analogiczne do hardware’u, stosowane w odniesieniu do mózgu), przy założeniu sześciu miliardów żyjących osobników, wynosi raptem 1,2 eksabajta. Na istniejących nośnikach można więc wielokrotnie zapisać wszystko, co ktokolwiek gdziekolwiek na Ziemi zdołał zapamiętać.
Wspomniana na początku biblioteka Kongresu USA, prócz kilkudziesięciu milionów woluminów, posiada w swych zbiorach również około trzynastu milionów fotografii, cztery miliony rozmaitych map, ponad trzy i pół miliona zapisów dźwiękowych i pół miliona sekwencji filmowych. Wszystko to w postaci cyfrowej, przy założeniu dobrej jakości digitalizacji, dałoby się zapisać w objętości kilku petabajtów - ułamka eksabajta. Podobne szacunki informatycznej objętości całej informacji, którą świat produkuje w ciągu roku, z uwzględnieniem wszelkich mediów, także audiowizualnych, dają w wyniku pojedyncze eksabajty. Teoretycznie więc możemy na bieżąco zapisać w postaci cyfrowej wszystko, co ludzkość tworzy w sferze informacyjnej.

Futurologia kongresowa

Zapis zapisem, ale komu miałby on służyć? Nasza cywilizacja nie jest już w stanie skonsumować produkowanych przez siebie informacji. Wchodzimy w etap rozwoju, gdy większość wypuszczanych w świat bajtów będzie czytana nie przez ludzi, lecz przez maszyny. Ludzka zdolność przyswajania i przetwarzania informacji jest zbyt mała, nawet gdyby świat zaludniali wyłącznie opisani wyżej maniakalni czytelnicy, oglądacze czy słuchacze. Tylko maszyny mogą zanalizować ten ogromny strumień informacji i wyłowić z niego elementy interesujące lub ważne dla człowieka, by przekazać mu odpowiednio spreparowany ekstrakt informacyjny. Posunęliśmy się więc jeszcze kilka kroków dalej na drodze, o której już Platon pisał źle. Także do "czytania" zaprzęgamy komputery. One zwracają naszą uwagę na ewentualnie ważne "kawałki". Nieco tylko rozwijając ten obraz wyobraźmy sobie wygodę, jaką może dać notebook, wyposażony w mikrofon i system rozpoznawania mowy. Na bieżąco zapisuje on i analizuje "słyszaną" treść wykładu, referatu czy przemówienia. Gdy ze słów prelegenta wyłowi interesujący temat, delikatną wibracją (jak to czynią np. telefony komórkowe) obudzi nas z konferencyjnej drzemki i zwróci naszą uwagę na słowa mówcy.

pm@wroclaw.com

Uwagi.