|
|
|
Zasada Antropiczna wywodzi się bezpośrednio z zasady nieoznaczoności, która zakłada, że cząstka elementarna wchodzi w posiadanie własności dopiero wtedy, gdy jakiś umysł obserwuje ją. Jeśli zasadę tę ekstrapolować na całą materię, to należy uznać, że wszechświat musiał stworzyć człowieka, żeby mieć jakieś własności. Piotr Skórzyński CO JEST CELEM W PRZYRODZIE?Zasadniczym problemem epistemologii jest dokładność naszego poznania rzeczywistości. Wedle powszechnego (w istocie jeszcze scholastycznego) odczucia, osiągamy ją dzięki matematyce. Zastanówmy się jednak, ile zjawisk i procesów naszego życia poddaje się opracowaniu matematycznemu? Dwa procent? Trzy? Pięć? Najwyżej. A zatem 95 proc. naszego bytowania w tak rozumianej gnoseologii pozostałoby wieczną tajemnicą. świat w nawiasieAbsurd tej tezy - znanej jako scjentyzm - jako jeden z pierwszych wybitnych uczonych dostrzegł Konrad Lorenz, twórca etologii, noblista i autor tłumaczonych na większość języków książek: Scjentyzm możemy w uproszczeniu zdefiniować jako wiarę w realność tego tylko, co można wyrazić w terminologii nauk przyrodniczych i udowodnić za pomocą kwantyfikacji. Zgodnie z tym więc, jedyną prawomocną dla człowieka metodą poznania jest mierzenie i liczenie. Pogląd, jakoby poznanie stawało się bardziej "obiektywne" przez wyłączenie z rozumowania aparatu poznawczego, jest błędny. Dla porównania, jest to tak, jak gdyby uważało się kolorowe rąbki pojawiające się na wszystkich konturach oglądanych przez stary, niechromatyczny obiektyw za właściwości przedmiotu a nie aparatu optycznego. (...) Termin fenomenologia znaczy dla nas właśnie owo potrzebne do każdej próby obiektywizacji poznanie subiektywnego przeżywania i cechujących go prawideł.Przypomnijmy, że termin ten jest autorstwa Edmunda Husserla, twórcy tak właśnie nazwanej gałęzi filozofii. Husserl odnowił myśl idealistyczną, która wtedy, na początku XX w., zdawała się anachronizmem w obliczu dekretowanej przez intelektualistów omnipotencji pozytywizmu. Jego zdaniem, podstawowe pojęcia logiki nie tłumaczą się same lecz mają źródło w rzeczywistości pozaczasoprzestrzennej. Prawdziwy sens zjawisk jest pozazmysłowy - żeby go znaleźć trzeba wykroczyć poza nasz świat, trzeba "wziąć go w nawias". Nieoczekiwanie zyskał (niedługo przed śmiercią) wsparcie ze strony największego geniusza matematycznego XX w. Kurta Gödla. Podał on genialny w swojej prostocie przykład takiej antynomii, o jakiej pisał Husserl: "To zdanie jest fałszywe". Jak łatwo spostrzec, albo stwierdza ono prawdę, a więc jest fałszywe, albo jest fałszywe, a zatem stwierdza prawdę. Po dorzuceniu jeszcze parunastu takich paradoksów Gödel wykazał, że w logice sensu stricto, czyli matematyce, zawsze będą istniały twierdzenia, których poprawności nie da się uzasadnić zasadami arytmetyki. Udowodnił, że każdy wywód matematyczny musi odnosić się do pewnego sztucznego założenia, to znaczy, że nie istnieje matematyka odbijająca platoński świat idei, "naturalna". Jeżeli spojrzymy na ortodoksyjną fizykę - pisze Rupert Sheldrake - to stwierdzimy, że fizycy w żaden sposób nie czują się skrępowani, jeśli chodzi o wprowadzanie tylu pól, ile uznają za konieczne. Każdej cząstce subatomowej odpowiada pewne pole: elektronowo-pozytonowe, protonowo-antyprotonowe itd. Myślę, że u podstaw współczesnej nauki występuje silny element pitagorejski. Ludzie uważają, że liczby są w jakimś sensie fundamentalne. Myślę, że znaczenie liczb jest przeceniane. Pragnienie zredukowania przyrody do kilku racjonalnych zasad, równań bądź formuł jest dla pewnego typu umysłowości bardzo pociągające, ale matematyzacja w biologii okazała się zadziwiająco nieskuteczna. W książce Umysł i przyroda Gregory Bateson stara się przekonać swoich materialistycznych kolegów, że nauka, posługując się kartezjańskim dualizmem "materii" i "umysłu", pozbawia się w istocie możności opisu wszelkich zjawisk jakościowych. Nie poznamy świata posługując się liczbami i behawioryzmem, nie jesteśmy nawet w stanie porządnie zrozumieć pytań, jakie przed nami stawia. To idee są jedyną rzeczywistością, jaką możemy poznać. Bateson podkreśla przy tym, że mechaniczne wzory dedukcji z góry sprawiają, że nieprzenikalna dla nich jest cała ogromna klasa zjawisk nieregularnych. boskie proporcje kosmosuW istocie zdaje się, że odkrycie naukowe wymaga pewnego napięcia umysłu, które siłą rzeczy musi wyrastać z emocji, by objąć intelekt. Napier, który rozpoczął rewolucję naukową XVII wieku, wynalazł logarytmy ponieważ... nie był w stanie inaczej obliczyć liczby diabłów (służących jego wrogom papistom). Derek de Solla Price zwrócił uwagę, że rewolucyjne dzieło Kopernika było tak naprawdę przez co najmniej stulecie jedynie nową ideą. Wszystkie astronomiczne obliczenia zarówno on, jak i jego bezpośredni następcy przepisywali z Ptolemeusza: co więcej, każda zmiana, jaką wprowadził, odbijała się ujemnie na adekwatności do obserwacji. Kopernik przeczuł, co prawda, że to jednak nie traktowane przezeń niemal mistycznie koło jest obrazem orbit planetarnych. Artur Koestler (który po zerwaniu z polityką wrócił do swojego pierwszego zajęcia, tzn. popularyzacji nauki) odkrył w rękopisie De Revolutionibus fragment skreślony przez autora lub wydawcę: Trzeba zresztą zauważyć, że jeśli dwa koła mają różne średnice, wypadkowa nie będzie linią prostą (...), lecz elipsą.Ale ta myśl wydawała się już zbyt obrazoburcza. Odważył się na nią dopiero Kepler, częściowo zainspirowany dziełem fromborskiego kanonika, lecz głównie oddany szaleńczej pasji znalezienia mistyczno-geometrycznego wzoru, który posłużyłby jednocześnie teologii, astrologii i numerologii. Opętany myślą o "boskich proporcjach kosmosu" próbuje wskrzesić pitagorejską ideę harmonii sfer. Do końca życia będzie dowodził, że układ nut w gamie odpowiada odległości orbit planet. Przy tej okazji, niejako na marginesie swoich ponad 30-letnich jałowych wysiłków, odkryje, że orbity są elipsami, a potem, że ich relacja do Słońca jest ta sama dla wszystkich i wynosi sześcian odległości od Słońca do kwadratu okresu obiegu. Nigdy w pełni nie uświadomił sobie, że jego odkrycia są przełomem w dziejach nauki. Kilkadziesiąt lat później Newton oprze na nich swoją wielką teorię. Ale znów zrobi to obok innych prac, które okresami zajmują go znacznie bardziej: opracowywania systemów astrologicznych, studiów nad Biblią, wgłębiania się w traktaty okultystyczne. Nie sformułowałby swoich praw, gdyby nie to, że szukał sensu świata, tajemnicy egzystencji. Był wielkim uczonym, ale dlatego, że najpierw był filozofem i, niekiedy, okultystą. Być może zatem nie oburzyłaby go teza Sheldrakea, iż grawitacja jest rodzajem pola kształtotwórczego. wiedza hipotetycznaW swojej ostatniej, wydanej przed śmiercią, niewielkiej rozmiarami książce A World of Propensities z 1990 r., Karl Popper zwrócił uwagę na nieświadome założenia filozoficzne obecne w nauce, rzekomo całkowicie obiektywnej, przypominając kategorie Kanta: Filozofowie a nawet uczeni przyjmują często, że cała nasza wiedza wywodzi się ze zmysłów, z "danych zmysłowych". (...) Jednak z biologicznego punktu widzenia takie stanowisko jest kolosalną pomyłką. Nasze zmysły bowiem nic nam nie mówią - musimy posiadać uprzednią wiedzę. Aby móc dostrzec jakąś rzecz, musimy wiedzieć, czym są "rzeczy": to, że można je ulokować w przestrzeni, że niektóre spośród nich mogą się poruszać, podczas gdy inne nie, że niektóre z nich mają dla nas bezpośrednie znaczenie i dlatego są one dla nas dostrzegalne i będą przedmiotem postrzegania. (...)Stanowisko Kanta - podówczas rewolucyjne - było następujące: A) Większość naszej wiedzy szczegółowej o chwilowych stanach naszego otoczenia ma charakter a posteriori. B) Jednakże taka wiedza a posteriori jest niemożliwa bez wiedzy a priori, którą musimy jakoś posiadać, zanim zdobędziemy wiedzę obserwacyjną lub wiedzę a posteriori: bez niej informacje zdobywane przez nasze zmysły nie miałyby dla nas żadnego sensu. Musimy ustanowić ogólny schemat odniesienia, ponieważ musi istnieć jakiś kontekst umożliwiający nadanie sensu naszym dociekaniom (...) Zamierzam jednak pójść znacznie dalej niż Kant. Sądzę, że ok. 99 proc. wiedzy wszystkich organizmów ma charakter wiedzy wrodzonej i że jest ona ucieleśniona w naszej biochemicznej budowie. Uważam również, że 99 proc. wiedzy, którą Kant uznawał za wiedzę a posteriori, w rzeczywistości jest wiedzą a priori. Nasze zmysły bowiem mogą nam dostarczyć (co Kant doskonale rozumiał) tylko odpowiedzi tak lub nie, które są odpowiedziami na nasze pytania; pytania te my sami formułujemy i zadajemy je a priori. Ponadto nawet odpowiedzi tak lub nie dostarczane przez nasze zmysły muszą być przez nas interpretowane - interpretowane w świetle idei posiadanych przez nas a priori. Mogą one zatem być - i często oczywiście są - dezinterpretowane. A zatem cała nasza wiedza jest hipotetyczna. duchowa podstawaPopper, zaznaczmy to wyraźnie, opisuje tu mechanizm intelektualny, nie fizjologiczny. Neguje XVII-wieczną teorię tabula rasa tak radykalnie, jak tylko to możliwe. Ponieważ jest to najtrudniejsza z epistemologicznych kwestii (dotyczyła jej przecież przełomowa dysputa między Kartezjuszem a Berkeleyem), trzeba wyraźnie określić, że poruszamy się tu na dwóch płaszczyznach, filozoficznej i neurologicznej, które dopiero na wyższym poziomie pokrywają się ze sobą. Ernest Gombrich poruszył w swojej znanej książce Sztuka i iluzja problem, w jakim stopniu spostrzeganie struktur jest wrodzoną właściwością naszego aparatu percepcyjnego. Jak pisze: Przekonanie to budzi coraz większe sprzeciwy, szczególnie po zaobserwowaniu wypadków dzieci od urodzenia niewidomych, które po odzyskaniu wzroku - najczęściej czasowo - nie dostrzegały żadnych struktur: nie umiały nic wyróżnić z otaczającego je chaosu. Były przerażone - i pragnęły powrócić do spokojnej ciemności. Te dzieci i nastolatki nie potrafiły nawet wyróżnić trójkąta: musiały w tym celu liczyć boki danej figury.Jacob Bronowski w cyklu wykładów Źródła wiedzy i wyobraźni tak natomiast reasumował uwieńczone Noblem badania Walda, Hartlinea i Granita na temat fizjologicznych mechanizmów wzroku: Może się wydawać czymś bardzo przemyślnym, iż oko jest z góry przysposobione do postrzegania prostych i zakrzywionych konturów, kontrastów świetlnych itp. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że każde urządzenie tego rodzaju zawsze płaci jakąś cenę za swoją przemyślność. Cena polega na tym, że nie jest zdolne uczynić niczego innego. Otóż oko nie jest zdolne postrzegać otoczenia świeżym, niczym nie zapośredniczonym wzrokiem; tak jakby nie szukało z góry prostych krawędzi czy kontrastów barw. Zwodzi nas zatem nieustannie co do natury zewnętrznego świata - interpretujemy go bowiem w kategoriach wbudowanego mechanizmu. (...) Bez wnioskowania pośredniego nie jesteśmy więc w stanie uzyskać nawet wrażeń wzrokowych. Tak więc, u podstaw wszystkich naszych czynności mentalnych, nawet tych, które dokonują się bezpośrednio przez zmysły, leżą wnioskowania. George Wald, na którego odkrycia powołuje się Bronowski, uznawany jest za najwybitniejszego specjalistę od fizjologii widzenia. Oprócz tego jednak zajmuje się teorią nauczania i problematyką teoriopoznawczą. Podsumowując swoje blisko 60-letnie doświadczenia i przemyślenia, napisał w 1984 r.: Jestem dziś pewien, że Artur Eddington miał rację twierdząc, że podstawą naszego życia jest "materiał duchowy". Jestem też pewien, że wbrew temu, co głosi się dziś z licznych katedr, świadomość nie wyłoniła się jako późny wytwór ewolucji życia, ale że istniała ona zawsze (...) będąc źródłem i warunkiem rzeczywistości fizycznej. To właśnie świadomość skomponowała fizyczny wszechświat. zadziwiające przypadkiNależy sobie uświadomić, że wkraczamy tu na teren najstarszego teorematu filozofii: jak to się dzieje, że w świecie odkrywamy jakiś porządek? Odpowiedź materialistów jest najprostsza: zrobił się sam. Rzecz w tym, że zarówno teoria, jak praktyka pouczają nas, że z chaosu tworzy się tylko chaos, który, wg II prawa termodynamiki, ustala się w końcu na poziomie zastygłej równowagi, jaką jest śmierć cieplna kosmosu. Odpowiedź materialistów byłaby do przyjęcia tylko pod jednym warunkiem - że całość świata prezentowałaby się nam jako struktura konieczna i oczywista. Ale jak wytłumaczyć nieprawdopodobny nadmiar możliwości, jaki napotykamy na każdym poziomie organizowania się materii?Jednakże w ciągu ostatniej dekady uczeni zmuszeni byli przyznać, że kosmos jest skonstruowany w sposób, który ujawnia coś, co zostało wyklęte przez pozytywistów: celowość. Związki organiczne powstają na bazie węgla, który z kolei powstaje - w dwustopniowym procesie - z jąder helu: najpierw dwa z nich łączą się, dając w rezultacie jądro berylu, a potem dołącza do nich jeszcze jedno (nazywane w fizyce cząstką alfa) i dopiero wtedy powstaje jądro węgla. Jak widać, jest to dość wyszukany sposób, jeśli przyjąć, że zachodzi za sprawą ślepej materii i z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że zachodzić winien niezwykle rzadko i - co za tym idzie - powoli. Tymczasem okazało się, że w drugiej fazie występuje rzadka własność zwana rezonansem, która ogromnie ją przyśpiesza. Jest on możliwy tylko dlatego, że występuje odrobinę wyżej od całkowitej energii początkowej wnętrza gwiazdy, która by go inaczej wchłonęła. Jeszcze bardziej niesamowite jest tworzenie się tlenu. Powstaje on - znów za pomocą rezonansu - z dodania do jądra węgla kolejnej cząstki alfa. I znowu, jest to możliwe tylko dzięki temu, że jego poziom leży powyżej całkowitej energii cząstki, jądra węgla i otoczenia, co chroni atomy węgla przed zniszczeniem. Parametry tych opatrznościowych dla życia rezonansów wynikają ze stałych fizycznych. Roger Penrose tak to opisał w swojej znanej książce Nowy umysł cesarza (1989): Chodzi o to, że między różnymi stałymi fizycznymi, takimi jak stała grawitacyjna, masa protonu, wiek wszechświata itd., istnieją zdumiewające związki numeryczne. Najdziwniejsze jest to, że niektóre z tych związków zachodzą tylko w obecnej epoce historii Ziemi, a więc okazuje się, że dziwnym zbiegiem okoliczności żyjemy w wyjątkowym okresie historycznym (mierzonym w milionach lat). Brandon Carter i Robert Dicke zwrócili uwagę, że okres ten pokrywa się z długością życia tak zwanych gwiazd ciągu głównego, czyli takich jak Słońce. George Greenstein wyliczył zaś te zadziwiające "przypadki", które musiały zaistnieć, by na Ziemi mogło powstać życie: 1. Ładunki elektronu i protonu muszą mieć taką samą wartość, lecz przeciwne znaki. 2. Neutron musi być o ułamek procenta cięższy od protonu. 3. Aby mogła zachodzić fotosynteza, musi istnieć odpowiedni związek między temperaturą Słońca i absorpcyjnymi właściwościami chlorofilu. 4. Gdyby oddziaływania silne były nieco słabsze, Słońce nie mogłoby produkować energii w reakcjach jądrowych, a gdyby były nieco silniejsze, paliwo potrzebne do jej wytworzenia "spalałoby" się zbyt gwałtownie. 5. W reakcjach między nukleonami zachodzących w jądrach czerwonych olbrzymów występują dwa niewytłumaczone jak dotąd rezonanse, bez których nie powstałyby pierwiastki cięższe od helu. Sam Greenstein, zaprzysięgły ateista, poczuł się przytłoczony tą listą: Im więcej o tym czytałem, tym bardziej się upewniałem, że takie "zbiegi okoliczności" chyba nie mogły być dziełem przypadku. (...) Dosłownie znosiłem katusze. (...) Czyżbyśmy niechcący znaleźli nagle dowód istnienia Najwyższego Bytu? zasada antropicznaNa podstawie tych ustaleń powstała tzw. Zasada Antropiczna, która mówi, ni mniej ni więcej, tylko to, że struktura i prawa kosmosu zostały z góry dostosowane do wytworzenia rozumnego życia.Na każdym etapie - pisze fizyk i kosmolog John Barrow - ewolucja życia i umysłu mogła wkroczyć w ślepą uliczkę. We wrogim i złożonym otoczeniu ewolucja biologiczna może się załamać z tak wielu różnych powodów, że czystą arogancją byłoby twierdzenie, że wszystko jest możliwe przy dużej ilości węgla i w długim okresie czasu. Co więcej, założenie, że życie musiało powstać z jakiejś odpowiedniej chemicznej mieszaniny, wyrasta dokładnie z tego samego teleologicznego myślenia, które biolodzy jakże słusznie odrzucają. Nie ma jakiejś racji, która by sprawiała, że ewolucja życia była konieczna. (...) Wiarygodne jest jedynie twierdzenie negatywne: gdyby wartości stałych przyrody różniły się nawet o jeden procent od wartości obserwowanych, to we wszechświecie nie istniałoby wystarczająco dużo podstawowych cegiełek życia. Co więcej - zmiany wartości stałych przyrody odbiłyby się negatywnie na stabilności pierwiastków. Nie tylko spowodowałyby zmniejszenie ich liczby, ale sprawiłyby, że pożądane pierwiastki w ogóle by nie istniały. Te zdumiewające koincydencje nazwano Zasadą Antropiczną. Jej rodowód wywodzi się bezpośrednio z zasady nieoznaczoności, która zakłada, że cząstka elementarna wchodzi w posiadanie własności dopiero wtedy, gdy jakiś umysł (wyposażony w przyrządy) obserwuje ją. Jeśli zasadę tę ekstrapolować na całą materię, to należy uznać, że wszechświat musiał stworzyć człowieka, żeby mieć jakieś własności. Każdy, kto pobieżnie choćby uczył się filozofii, pamięta, że był to fundament solipsyzmu Berkeleya, który dowodził, że nigdy nie zdołamy sami z siebie odróżnić jawy od snu, jeśli nie przyjmiemy istnienia miernika absolutnego, jakim jest Bóg. Zasada Antropiczna to po prostu wprowadzenie człowieka na miejsce Boga. Steven Weinberg zauważył coś niezwykle ważnego - otóż ów "antropiczny" pierwiastek można (w pewnym stopniu) odnaleźć w mechanice kwantowej, która wyznacza dziś 99 proc. projektów badawczych. Stwierdził on: Według pozytywistów nauka powinna zajmować się wyłącznie tym, co może być zaobserwowane. Dobrym przykładem niebezpieczeństwa kryjącego się w nadmiernie poważnym traktowaniu pozytywizmu jest konkluzja, do jakiej doszedł John Wheeler. Przykłada on szczególną wagę do faktu, że zgodnie ze standardową kopenhaską interpretacją mechaniki kwantowej nie można stwierdzić, że pewien układ fizyczny ma określone wartości wielkości takich jak energia i pęd, jeśli wielkości te nie zostały zmierzone przez obserwatora. Według niego, jakieś życie inteligentne jest konieczne, aby mechanika kwantowa miała sens. Ostatnio Wheeler poszedł dalej i wysunął twierdzenie, że życie inteligentne nie tylko musi istnieć, ale musi przenikać każdą część wszechświata, tak aby wszystkie źródła informacji o jego stanie zostały wykorzystane w odpowiednich obserwacjach. Kropkę nad i postawił fizyk Freeman Dyson: Gdy spoglądamy na wszechświat - napisał - i spostrzegamy w fizyce i astronomii wiele przypadków, które w sumie okazały się dla nas korzystne, wydaje się, że wszechświat musiał w pewnym sensie wiedzieć, że nadchodzimy. Ale w jakiż to sposób wszechświat może cokolwiek wiedzieć? Tego już Dyson, jak i pokrewni mu wyznawcy Zasady, nie wyjaśniają. Uchwyciliśmy tu moment, który od czasu XVIII-wiecznych deistów powtarza się tak często, że pokorni czytelnicy i słuchacze uznali to za zwykłą, choć nieco malowniczą praktykę: naukowiec-materialista, kiedy napotyka na metodyczno-logiczną przeszkodę, wykonuje akrobatyczny skok i ląduje na trapezie poezji. Jak łatwo spostrzec, powróciła tu tym samym cyrkowym sposobem wyklęta teleologia: cel w przyrodzie jednak istnieje i to on nadaje jej sens. To Człowiek. Czyżby więc fizycy i kosmolodzy wrócili po 400 latach do filozoficznego geocentryzmu? Czyżby ponad 300 lat napięcia i otwartej wrogości między większością uczonych a Kościołem miało w rezultacie przynieść zwycięstwo nowej religii: religii "świadomego wszechświata" i jego inkarnacji, jaką jest człowiek? Dr Ryszard Herczyński, specjalista w zakresie mechaniki płynów, fizyki statystycznej, matematycznych problemów w fizjologii, obecnie na emeryturze. |
|
|