Poprzedni Następny

 

Piotr Müldner-Nieckowski

GRAFOMAN ZRZYNA

W latach 60. i 70. wśród młodzieży licealnej niezwykłą popularnością cieszyła się książka Tadeusza Kielanowskiego "Propedeutyka medycyny". Autor postawił sobie trudne, ale, jak się okazało, ziszczalne zadanie przedstawienia nauk lekarskich jako dziedziny humanistyki. Udało mu się zachęcić wielu młodych ludzi nie tylko do starań o indeks, ale także do myślenia o człowieku jako istocie złożonej z ciała i ducha. Zdaniem Kielanowskiego, wyróżnikiem szczególnym takiego spojrzenia jest kultura. To może nie było wielkie odkrycie, ale w czasach narastającej dehumanizacji dziedzin bezpośrednio związanych z człowiekiem, właśnie takich jak medycyna, miało jednak ogromne znaczenie. O niektórych aksjomatach łatwo się zapomina, zwłaszcza kiedy zaczynają nas wyręczać maszyny i przez to kontakty międzyludzkie redukują się do kilku znaczków na kwicie z wynikiem badania. Profesor Kielanowski niewątpliwie był w Polsce pierwszym wołającym na puszczy.
Dla mnie, początkującego wówczas medyka, było oczywiste, że lekarze w jakiś sposób wyróżniają się kulturalnie. Z historii, nie tylko XIX-wiecznej, wynikało, że brali oni udział w wielu ważnych przedsięwzięciach artystycznych, bywali wybitnymi pisarzami, malarzami, rzeźbiarzami, twórcami stylów i trendów w kulturze. Jeszcze przed drugą wojną nie było właściwie lekarza, który by nie wiedział, co się ostatnio pojawiło w księgarniach, co grają w teatrach całej Polski, jakiego muzyka warto posłuchać. Oni też nieśli ów kaganek oświaty między lud. Taki miałem w wyobraźni obraz typowego lekarza: znającego języki, umiejącego pisać, malować albo śpiewać.
Ze zdziwieniem więc jako student usłyszałem brzydką anegdotę o jednym ze znanych chirurgów. Zapytany, czy już czytał nową książkę Konwickiego, miał odpowiedzieć: "Nie. A w której klinice ten Konwicki operuje?" Niedługo musiałem czekać, żeby anegdota się potwierdziła w całej rozciągłości. Nie te czasy, inna epoka. Oni naprawdę nie mają dziś pojęcia ani o dobrej książce, ani o koncertach, a na wystawy chodzą okrzyczane. Świat sztuki stał się im nieznany.
Jest co prawda spora grupa lekarzy, którzy sami próbują coś robić, na przykład pisać wiersze, ale nikt, kto czytał większość tych autorów, nie przyzna, że, mówiąc delikatnie, są godni uwagi. Mają chęci, nie mają talentu. Trudno, zdarza się. Denerwujące jest jednak to, że ludzie ci, pretendujący do miana twórców i dopominający się uznania, nie potrafią nawet naśladować innych. Nie robią tego, co jest właściwe choćby licznym uczestnikom konkursów poetyckich: nie podpatrują, nie uczą się od mistrzów. Nie mogą tego robić, bo najzwyczajniej nie czytają i nie chodzą do teatru.
Nie jest tajemnicą, że wielu bardzo znanych i hołubionych przez krytykę pisarzy to grafomani, choć bardzo utalentowani warsztatowo. Tacy, co świetnie władają piórem, ale są niesamodzielni myślowo i niewrażliwi uczuciowo. Ci jednak przynajmniej realizują jakieś standardy kulturowe, upowszechniają to, co wymyślili inni, dodając zresztą również coś od siebie. Wiedzą, jak to robić, bo odbyli długą drogę samoedukacji. Doskonale wyławiają z cudzych dzieł składniki zamarkowane, ukryte lub w oryginale zlekceważone. Zarzut takiego postępowania postawiono kiedyś Pablo Picasso, który miał być zawsze drugi po to, żeby być pierwszym. Prawdopodobnie jedną z przyczyn samobójstwa Jerzego Kosińskiego było wykrycie w jego utworach gotowych wzorców fabularnych i psychologicznych (np. schematu Nikodema Dyzmy). Doświadczeni redaktorzy w wydawnictwach wiedzą, że takich ludzi rozpoznaje się po tym, czy upierają się przy każdym przecinku w swoim dziele, czy nie. Jeśli nie chcą słuchać życzliwych uwag językoznawcy-praktyka, to znaczy, że są zadufani i twórczość lokują w kategoriach ambicjonalnych, a nie artystycznych.
Są też twórcy z prawdziwego zdarzenia, którzy także coś komuś podbiorą, wykorzystają motyw (zjawisko niegdyś nagminne w muzyce), podpatrzą dowcip. Ci jednak nie czynią z tego sposobu na twórczość. Krzysztof Karasek zwykł żartować, że prawdziwy artysta kradnie, a grafoman zrzyna.
Te uwagi odnoszą się do ludzi, którzy wiele z siebie dają i którym do namalowania obrazu czy napisania wiersza nie wystarcza chwila otępiennego uniesienia. Stoi za nimi ogromna wiedza i bogate doświadczenie filozoficzne. Jestem nawet gotów chylić czoło przed gorliwym i pracowitym grafomanem, pod warunkiem, że zauważę w jego wysiłkach jakieś istotne podłoże. Bo może nie byłem sprawiedliwy? Może jednak przyzwoicie zrzyna? Niech tylko ma z czego, niech czyta!
Wciąż mi chodzi po głowie tytuł jednego z utworów Claudiusa Galena (ok. 130 - ok. 200): "Jako lekarz doskonały jest zarazem filozofem". Stary Grek (w Rzymie) niby palcem wskazywał, że lekarz to człowiek, który wie wszystko, interesuje się wszystkim i ze wszystkiego umie czerpać pożytki dla dobra podopiecznych. Z kultury zaś przede wszystkim.

e-mail: pmuldner@mp.pl

Uwagi.