Piotr Müldner-Nieckowski
ZAMIAST NOWOMOWY
Językoznawcy alarmują, że nasz piękny język jest coraz bardziej zaśmiecany. Słuchający tych lamentów nie bardzo wiedzą o co chodzi, bo rzeczywiście wobec dużej liczby różnych środków przekazu, a w nich bezmiaru bełkotliwych informacji, nawet fachowiec może stracić rozeznanie. W ciągu minionego dziesięciolecia nastąpiło tyle zmian w naszym życiu, przewartościowań ideologicznych, filozoficznych, materialnych, że szum w głowie musi być ogłuszający. Gdzież jeszcze tu miejsce na jakieś problemy językowe!
Jeden z moich znajomych Amerykanów (rodem z Teksasu, uważanego za zagłębie prostactwa) używa czasownika "być" tylko w jednej formie: "is". Znany cytat z Hamleta wypowiada po swojemu: "Is or not is". Na pytanie, jak się czuje, odpowiada "Is good". Czasowniki zastępuje słowami posiłkowymi: "has", "got" i "put". Jego słownik ograniczył się do 800 wyrazów. A jest to człowiek z dyplomami uniwersyteckimi i można od niego wymagać, żeby mówił nieco poprawniej. On jednak wszelkie uwagi na ten temat kwituje następująco: "To jest OK. Słowo robi dla kontakt, a nie dla piękno".
Oto niezaprzeczalna logika. Istotnie, język powstał z potrzeby porozumiewania się, wyrażania tego, czego nie da się pokazać i jeśli spełnia tę funkcję, to wszystko wydaje się w porządku. Ale jednak warto zdać sobie sprawę z tego, że istnieją różne poziomy komunikacji międzyludzkiej. Ów Amerykanin wybrał poziom najniższy. Do dziś nikt go nie przekonał, że w formach językowych zawiera się możliwość przedstawiania samego siebie i że sposób wyrażania się jest rodzajem wizytówki. Prymitywne sygnały dźwiękowe są mało wyraziste, opisują zdarzenia tylko podstawowe, bez szczegółów i odcieni. Niewiele się różnią od gestykulacji. W krańcowej postaci sprowadzają się do mruknięć i westchnień.
W radiu czy telewizji taki język byłby niezrozumiały, dlatego każdy, kto tam trafi, stara się zabłysnąć talentem oratorskim. Zauważmy, jak wiele osób, które nagle zobaczyły przed sobą mikrofon, zaczyna się silić na styl oficjalny, urzędowy lub, ich zdaniem, właściwy środowisku dziennikarzy i polityków. Przypadkowe gwiazdy telewizyjne chcą choćby na chwilę przedzierzgnąć się w znanego spikera lub posła i zaskoczyć całą Polskę zwrotem typu "na dzień dzisiejszy", z którego kiedy indziej podkpiwają. Słowem, wpadają w pułapkę pretensjonalności wzorowanej na "mowie medialnej".
A mają z czego czerpać. Co chwila słyszymy i czytamy niewybaczalne błędy w rodzaju: "póki co" (zamiast "tymczasem, na razie"), "czy pani używa Calgon" (zamiast Calgonu), "duża ilość ludzi przestrzega ten przepis" (zamiast "liczba ludzi" i "przestrzega przepisu"), "pięcioro Polaków" (zamiast "pięciu"), "nie w listopadzie, a grudniu" (zamiast "ale w grudniu"), "zrównanie dnia z nocą" (zamiast "dnia i nocy"), "do późna w nocy" (zamiast "w noc"), "do widzenia dla państwa" (zamiast "do widzenia państwu"), "jak państwo widzicie" (zamiast "widzą"), "głupi jak pień" (zamiast "głuchy jak pień"), "odnośnie czegoś" (zamiast "odnośnie do czegoś") i tak dalej.
Dziennikarze zapomnieli takich słów, jak "mówić", "powiedzieć", "rzec", "odpowiadać" itd., i nietrafnie zastępują je wyrazami "tłumaczyć", "przekonywać", "stwierdzać", "zauważyć", "relacjonować", "komentować". Nieraz brzmi to komicznie, kiedy indziej wręcz obraźliwie, jak na przykład w zdaniach: "Jeśli chodzi o przedmioty odrażające przewożone samochodami - relacjonuje ŤŻyciuť komendant - to policja ma tu na myśli płyny żrące lub łatwopalne" lub: "Tylko w Bogu można szukać ukojenia - komentuje ŤGazecieť Prymas".
Słuchacz albo czytelnik (zwłaszcza młody), bombardowany taką mieszanką błędów gramatycznych i pomyłek semantycznych, traci orientację i przestaje zwracać uwagę na znaczenie słów, logikę wypowiedzi. Zadowala się samym mówieniem i dba jedynie o to, żeby nie wypaść z rytmu bełkotu. Język dziennikarski obfituje w dziwaczną frazeologię, która w istocie jest językiem skrótów i ogólników, tworzących takie łamańce, jak w słynnych zdaniach: "Zawodnik ten dawniej uprawiał królową sportu", "Tamta połowa była skuteczna dla Hiszpanów", "Teraz jego zespół nadaje ton na boisku" (Andrzej Zydorowicz i Dariusz Szpakowski w czasie Igrzysk Olimpijskich) albo: "Czy wasza partia nie powinna bardziej nadsłuchiwać, o czym się nie mówi niż mówi?", "Póki co, panowie nic nie robią, a tam się jednak dzieje właśnie dzięki panom" (Jolanta Pieńkowska w "Monitorze-Wiadomościach" TVP 1). Odbiorca odruchowo przyswaja te bzdury, gdyż jest przekonany, że skoro tak nadano, to nadano słusznie. Nie uśmiechnie się. Teraz już nie zrozumie nawet żartów językowych, bo wciąż słyszy niezamierzone kalambury.
Można odnieść mylne wrażenie, że mamy do czynienia z powstawaniem nowomowy. Nie jest to jednak język spójny, jak nowomowa komunistyczna, nie ma on też żadnych określonych zadań, nie służy nawet tworzeniu złudnego świata wyobrażeń. Działacze PZPR byli mistrzami ozdobnego mówienia o niczym, a dziś nijak mówi się o rzeczach ważnych. Pojawiło się niechlujstwo umysłowe, razi niezdolność zapamiętywania znaczenia słów i zwrotów, dziwi nieumiejętność korzystania ze schematów gramatycznych i wzorów odmiany wyrazów.
Na pochyłe drzewo i koza nie naleje, chciałoby się tu rzec. Przypomina się też stary dowcip: "Czy pani mąż używa perspektywy? Nie, albowiem jest on plenipotentem".
E-mail: pmuldner@mp.pl
Uwagi.