Szkice do portretu uczonego
Poprzedni Następny

 

Postęp nauki wymusił ścisłą specjalizację. Nie ma już uniwersalnych mistrzów, 
którzy by z równą swobodą całkowali zawiłe równania, 
jak też lutowali układy scalone najnowszych generacji, 
a przy tym byli jeszcze natchnionymi wykładowcami.

Krzysztof Maślanka

Jakie jest dziś dla przysłowiowego szarego człowieka z ulicy, typowego podatnika, napiętnowanego rozlicznymi pesel-ami, NIP-ami, REGON-ami i innymi ROR-ami, wyobrażenie o współczesnym człowieku nauki? Na temat takich podatników George Gamow, amerykański fizyk – twórca tzw. modelu gorącego wczesnego wszechświata, skądinąd znakomity popularyzator nauki i zapamiętały kawalarz – napisał kiedyś, iż znajomość matematyki ogranicza się u nich do czterech podstawowych działań arytmetycznych, z których w swej pracy używają na ogół jedynie pierwszych dwóch. Jakie zatem reakcje i skojarzenia wzbudziłoby w nich czyjeś takie oto, naiwnie szczere, wyznanie: – Widzi pan, ja jestem uczonym. Mam doktorat (habilitację, profesurę). A zatem – kim? Pracownikiem znanego instytutu czy też jakiejś szacownej uczelni, który prowadzi tam tłumnie uczęszczane wykłady, dokonuje znaczących odkryć, sporo publikuje i którego zapraszają na poważne sympozja?
A swoją drogą, trudno mi powstrzymać się od gorzkiej refleksji nad krzyczącą niesprawiedliwością tytułów w krajowej hierarchii naukowej. Bo zważmy: magister to jest już coś, więcej niż sam prezydent Rzeczypospolitej, bo to np. aptekarka („pani magister”) lub groźny i sklerotyczny „profesor” liceum. Doktor także brzmi nieźle – prawie jak lekarz, choć na ogół trudno byłoby się leczyć np. u takiego dr. Watsona, dr. Oetkera czy, tym bardziej, u obleśnego dr. Goebbelsa. Z kolei profesor – mniejsza o to, czy ordynarny, czy tylko ekstraordynarny – to, rzecz jasna, szczyt wszelkich marzeń. Ale taki docent, czy to legalny, tj. habilitowany, czy tylko marcowy („docent magister”), to zjawisko jawnie przejściowe, stan niestabilny i pełen wewnętrznego rozdarcia. Docent to zawsze okres wytężonego gromadzenia dorobku w nadziei otrzymania nagrody, dyplomu lub medalu „za całokształt”; to czas pisania nudnych skryptów, przykrego polowania na nierozgarniętych doktorantów oraz... cierpliwego czekania na łaskawe wezwanie do stołecznego Belwederu, aby uścisnąć dłoń samego prezydenta.

IMPONUJĄCA WIZJA

Jeszcze niedawno tak w literaturze science fiction (i to nawet w tej najlepszej), a także w rozmaitych dziennikarskich relacjach funkcjonował z powodzeniem pewien papierowy model uczonego. Postać ta miała w sobie coś z idealnego detektywa: przenikliwa błyskotliwość w rozwiązywaniu najtrudniejszych zagadek przyrody oraz olimpijski wprost spokój i zrównoważenie w sytuacjach nieoczekiwanych i krańcowo niebezpiecznych. By nie być posądzonym o próby gloryfikacji takiego osobnika, dopuszczalna lub wręcz wskazana była odrobina roztargnienia w życiu codziennym, jednak bez przesady – nie karykaturalna, raczej sprzyjająca tworzeniu dla potomnych barwnych anegdot o nim samym.

Uczony ów, mimo zdecydowanie ścisłych zainteresowań, naznaczony był wyraźnym piętnem humanizmu, przejawiającym się m.in. w skłonnościach do niekontrolowanych stanów rozmarzenia lub nawet w całkiem profesjonalnych umiejętnościach artystycznych. Na co dzień zwykł krzątać się w białym kitlu po królestwie swego laboratorium, z tajemniczym notesem pełnym zawiłych obliczeń, planów i wykresów (obowiązkowa wszechstronność: połączenie teoretyka z eksperymentatorem). Wskazana też była obecność inteligentnego komputera olbrzymich rozmiarów, najważniejsze zaś – liczne ekrany oscyloskopów w tle, wraz ze swymi zagadkowo trzepoczącymi krzywymi. Z owych ekranów, niby ze szklanych kul, sprawnie, fachowo i bez emocji odczytywał uczony kluczowe dla dalszego rozwoju wydarzeń wskazówki. Jeśli rzecz działa się w rakiecie kosmicznej, wtedy poczynania te były na ogół decydujące dla dalszych losów całej wyprawy. Była to wizja imponująca, działająca na wyobraźnię, pełna licznych zalet. Godna podziwu, zachęcająca do naśladowania. Niestety – nieprawdziwa.
skrzypce einsteina

A jak jest dziś naprawdę? Innymi słowy: co w przedstawionej powyżej wizji trzeba by zmienić, aby uczynić ją bardziej realistyczną? Czy wystarczy jedynie niewielki retusz, czy też może niezbędna jest bardziej gruntowna przeróbka? A może obraz należałoby raczej w całości namalować zupełnie od nowa, w całkowicie odmiennym stylu? Naiwne pytania. Oczywiście, liczne zmiany narzucają się same. Postęp nauki wymusił ścisłą specjalizację. Nie ma już uniwersalnych mistrzów, którzy by z równą swobodą całkowali zawiłe równania, jak też lutowali układy scalone najnowszych generacji, a przy tym byli jeszcze natchnionymi wykładowcami. Dziś nawet astronom zwany obserwatorem zwykle nie wykonuje osobiście obserwacji za pomocą teleskopu. Po prostu zleca je technikowi i zasypia potem snem sprawiedliwego. Jeśli więc nawet ocalała gdzieś jeszcze staromodna fajka Einsteina, to na jego przysłowiowe skrzypce zupełnie nie ma już miejsca.

Typowy naukowiec przychodzi dziś do swego instytutu (chyba że chwilowo uczestniczy w jakiejś zagranicznej konferencji lub nudnej lokalnej nasiadówce pod kryptonimem „rada wydziału”) i przede wszystkim sprawdza pocztę elektroniczną od kolegów po fachu, która przez noc niechybnie spłynęła do jego skrzynki pocztowej – zabezpieczonego tajnym hasłem mailboxu. Jeśli stwierdzi, że nic nie przyszło, bo sieć komputerowa akurat „padła”, np. z powodu nieoczekiwanej burzy, wtedy pomstuje na lokalnego administratora Internetu: – Przecież w takich warunkach nie da się w ogóle pracować! Gdy tylko sytuacja wróci do normy, wówczas nowoczesny uczony zaczyna zapamiętale buszować wśród rozrzuconych po całym świecie obszernych zbiorów wspomnianego Internetu, po rozmaitych bazach danych i obfitych pokładach publikacji, a w końcu sam preparuje swój skromny do tych pokładów publikacji przyczynek.

MYŚLOWY EKSPERYMENT

Czy po takich poprawkach obraz naszego uczonego jest już bardziej realistyczny? Zapewne. Można by więc na tym poprzestać. Jednak, z wrodzoną przekorą, pozwolę sobie posunąć ten retusz znacznie dalej – aż do świadomie przerysowanej karykatury. W tym celu przytoczę tu – z niewielkimi jedynie zmianami – pewną, opowiadaną mi przed laty, autentyczną anegdotę. Otóż, pewien znany krakowski fizyk-teoretyk – jego nazwisko pominę z powodów, które staną się jasne już za chwilę – wygłosił kiedyś dłuższy i zdecydowanie szczery wywód, w którym starał się przekonać swą żonę, dlaczego to absolutnie nie może się udać do lekarza (był wtedy na tyle chory, że zdrowy rozsądek nakazywał takie właśnie rozwiązanie). Jak wiemy, od czasów Einsteina modne są w fizyce rozmaite gedanken Experimenten – doświadczenia myślowe. Równie lub nawet bardziej pouczające niż eksperymenty realne, a przy tym znacznie mniej od nich kosztowne, jeśli, oczywiście, nie uwzględniać problematycznej ceny samej wyobraźni. Rozumowanie wspomnianego fizyka było mniej więcej w stylu takiego właśnie, mocno rozbudowanego doświadczenia myślowego: Wyobraźmy sobie, że z jakichś przyczyn ludzie – jak do lekarzy – chodzą po rady do fizyków. Komuś np. zrobiła się w piwnicy antygrawitacja i z tego powodu wszystkie kartofle niespodziewanie uciekły na sufit. Albo też ktoś nagle natknął się w swej szafie na osobliwe topologiczne przejście do sąsiedniego wszechświata, przez które w tajemniczy sposób i bezpowrotnie znikają rozmaite cenne przedmioty. (Trzeba podkreślić, że w tym wypadku nie jest to bynajmniej czysta fikcja – współcześni kosmologowie całkiem poważnie rozważają obydwa wspomniane fenomeny na łamach poważnych czasopism fizycznych. Oczywiście, mogą one występować w warunkach energii i temperatur skrajnie odmiennych od tych, z jakimi mamy do czynienia na Ziemi.)

Nie mając, oczywiście, najmniejszego pojęcia o tak skomplikowanej kwestii, zmartwiony pechowiec zmuszony jest uciec się do pomocy wykształconych fachowców. Wyszukuje więc wśród spisów rozmaitych straży pożarnych, policji i innych służb specjalnych telefon do lokalnego instytutu fizyki, nerwowym głosem, najlepiej jak potrafi, opisuje swój przypadek, czeka aż po tamtej stronie linii łaskawie znajdą jego kartę i biurokratycznie spiszą wszelkie dane personalne, po czym niecierpliwie wygląda przyjazdu pierwszego lepszego fizyka dyżurnego. (Bardziej zamożni dzwonią, oczywiście, do stosownego Zespołu Prywatnych Fizyków, gdzie uprzejmość oraz skuteczność proporcjonalna jest do ceny usług; skrajnie nadziani, poprzez sieć znajomości, starają się dotrzeć do samego Profesora Fizyki z Akademii Nauk.) Wkrótce więc przyjeżdża samochodem na sygnale specjalista, strojąc uczone miny wygłasza tajemniczo brzmiące, a w istocie zupełnie niezobowiązujące i równie nieskuteczne formułki, zostawia receptę z koszmarnymi wzorami matematycznymi, na koniec inkasuje regulaminową kwotę (plus ewentualnie coś tam jeszcze) i zadowolony odjeżdża. Jak łatwo zgadnąć, przykra sytuacja nie poprawia się specjalnie dzięki takiej wizycie, ale w końcu jakoś sama się rozwiązuje.

– Ten pierwszy lepszy fizyk nie wie absolutnie nic ani o kwantowej antygrawitacji, ani o topologicznie nietrywialnych modelach kosmologicznych – oświadczył szczerze wspomniany teoretyk. – Ja przecież ich wszystkich dobrze znam, więc wiem, że to na ogół ignoranci w takich sprawach. Dlaczego więc wśród lekarzy miałoby być inaczej? Dlaczego pierwszy lepszy wezwany miałby akurat wiedzieć wszystko o konkretnym, nietypowym i indywidualnym przypadku mojej choroby?!

Gdzież zatem leży prawda o współczesnych uczonych? Oczywiście, gdzieś pomiędzy obydwoma opisanymi powyżej, skrajnymi przypadkami modelowymi: tym idealnym z powieści science fiction a tym ignoranckim z eksperymentu myślowego pewnego krakowskiego fizyka. Ale „pomiędzy” to, rzecz jasna, niekoniecznie pośrodku. W zależności od konkretnie napotkanego osobnika może się okazać, że przypomina on nieco to jeden, to drugi z opisanych modeli.

Dr Krzysztof Maślanka pracuje w Obserwatorium Astronomicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Uwagi.