Historia nauki jest dzieckiem niechcianym
Poprzedni Następny

 

Historia nauki jest częścią historii kultury. Rozszerzenie horyzontów myślowych 
człowieka jest wystarczającym powodem do uprawiania tej dyscypliny.

Rozmowa z prof. Andrzejem Śródką, historykiem medycyny
i z doc. Bolesławem Orłowskim, historykiem techniki

 
Prof. dr hab. med. Andrzej Śródka (ur. 1946), lekarz, patofizjolog, historyk medycyny i historyk nauki polskiej, jest dyrektorem Instytutu Historii Nauki PAN w Warszawie. Kieruje Zakładem Historii Nauk Medycznych w tym Instytucie. Związany był także z warszawską Akademią Medyczną jako pracownik Zakładu Historii Medycyny i Filozofii oraz prodziekan II Wydziału Lekarskiego. Jest autorem czterotomowego słownika Uczeni polscy XIX i XX stulecia, serii Biogramy uczonych polskich oraz współautorem Dziejów kardiologii w Polsce, Albumu chirurgów polskich i Dziejów nauczania medycyny i farmacji w Warszawie. Redaguje serię Historia nauki polskiej. Wiek XX. Jest sekretarzem zarządu Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. 

Kiedy zaczęła się w Polsce historia nauki?
Bolesław Orłowski: Poszczególni badacze uprawiali ją od bardzo dawna.Andrzej Śródka: Właściwie już w pismach Kopernika, który dyskutuje z poglądami Klaudiusza Ptolemeusza i Arystarcha z Samos. To już jest historia nauki.
B.O.: Historia techniki jest znacznie późniejsza. Pierwszym historykiem techniki był Feliks Kucharzewski, który żył na przełomie XIX i XX wieku.
A.Ś.: Rozgraniczmy dwie rzeczy: historię nauki uprawianą jako dyscyplinę i relacjonowanie wcześniejszych rozwiązań przy badaniu jakiegoś problemu. Instytucjonalnie historia nauki zaczyna się z końcem XIX wieku w Akademii Umiejętności w Krakowie, kiedy powstała komisja historii nauki. Byli tam fizycy jak Ludwik Natanson, który pasjonował się historią fizyki, Józef Rostafiński, historyk botaniki, nieco później Adam Wrzosek, lekarz i historyk medycyny. W tamtych czasach każdy prawie światły lekarz miał na tyle dobrą wiedzę ogólnohistoryczną, że mógł zajmować się con amore historią medycyny.

– Ten Instytut powstał zaś w roku 1954.
A.Ś.: Wszystko zaczęło się od komitetu. Jego geneza była taka, że zmierzano do ukazania idei nauki odrodzeniowej w tzw. postępowym kształcie. Miano pokazać postępową naukę odrodzenia na zasadzie kontrastu z „ciemnym” średniowieczem. Organizował to, oczywiście z przyczyn czysto politycznych, Zygmunt Modzelewski, działacz partyjny. Był to człowiek nieszablonowy, lepiej wykształcony niż reszta komunistów, świetny organizator, znał języki kongresowe, co, poza rosyjskim, było rzadkie w tych kręgach. Z komitetu wyłonił się potem zakład, który miał się zajmować profesjonalnie historią nauki. I wtedy pojawił się prof. Waldemar Vois?, lwowianin, który do Warszawy trafił z Torunia.

– Jakie wielkie postacie historii nauki związane były z tym Instytutem?
A.Ś.: Światowe nazwisko to Aleksander Birkenmajer, historyk nauki i bibliotekoznawca, syn Ludwika Antoniego, historyka nauk ścisłych.
B.O.: Który był może pierwszym tak wielkiego formatu historykiem nauki w Polsce.
A.Ś.: Drugą taką osobą był Bogdan Suchodolski, wieloletni dyrektor tego Instytutu, człowiek różnie oceniany, który potrafił jednak zrobić wiele dobrego dla Instytutu. Jego umiejętności dyplomatyczne, nazwisko i duże powiązania otwierały wiele drzwi.
B.O.: Ważną postacią był także Eugeniusz Olszewski, historyk techniki, osoba mocno związana z władzą, ale zasłużona dla dyscypliny. Należał on do grupy założycieli ICOHTEC-u, międzynarodowej organizacji historyków techniki. Dyscyplina ta była popularna nie tylko na Zachodzie, ale i w Rosji. Po październiku 1956 Olszewski założył katedrę historii techniki w Politechnice Warszawskiej. Chciałem u niego pracować, ale on już miał asystenta. Skierował mnie na ul. Freta, do prof. Vois?. Pamiętam pierwszą z nim rozmowę. „Będzie pan musiał być dwa razy w tygodniu na dyżurach, ale gdyby panu wypadło coś ważnego, np. randka, to oczywiście można zatelefonować i to przełożyć.” To był cały Vois?!

 
Doc. dr hab. Bolesław Orłowski (ur. 1934), inżynier, historyk techniki, kieruje Zakładem Historii Nauk Ścisłych i Techniki Instytutu Historii Nauki PAN. Zajmuje się m.in. osiągnięciami polskimi na obczyźnie. Habilitował się w roku 1993 na podstawie książki Osiągnięcia inżynierskie Wielkiej Emigracji. Autor popularnych książek z dziejów techniki, m.in. Księga odkryć i Księga wynalazków (obie wspólnie ze Zbigniewem Przyrowskim), Najkrótsza historia wynalazków, Groźba i nadzieja. Sensacje z dziejów techniki. Ostatnio wydał książkę Technika w serii Ossolineum Zrozumieć Europę. Tłumacz książek popularnonaukowych.

– Na czym polega polska koncepcja historii nauki?
A.Ś.: Można ją sprowadzić do dwóch rzeczy. Pierwsza to historia nauki jako część historii kultury, na którą składa się historia obyczaju, historia wojskowości, historia wojen. Bez poznania rozwoju nauki nie można mówić o rozwoju społeczeństwa.
Nasza specyfika polega na tym, że jako jedyni w Polsce stawiamy problem historii nauki w kontekście filozoficznym i metodologicznym. Temu służą np. comiesięczne seminaria: Filozofia i metodologia nauki w kontekście historycznym. Przyjeżdżają na nie ludzie z całej Polski, nierzadko również z zagranicy.
Druga sprawa, to mocne akcentowanie kwestii biografistyki, którą uprawia się u nas w Instytucie bardzo żywo, a biografistyka historycznonaukowa nie jest popularna w Polsce. Pisze się wspomnienia pośmiertne, rocznicowe laurki albo wzmianki czysto encyklopedyczne, natomiast biografia jako praca naukowa nie jest u nas popularna.
B.O.: Wiele z tych problemów, które wymagają wielostronnego spojrzenia, uprawia się jednak bardzo jednotorowo. Nie chodzi mi już nawet o to, że nie dostrzega się historii techniki w historii ogólnej, ale o to np., że nad historią odkryć i wynalazków rzadko współpracują historycy nauk przyrodniczych z technikami. Mówi o tym Donald Cardwell w książce, którą przełożyłem i która ukaże się wkrótce nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka. Znakomita książka, tylko pisana z brytyjskiego punktu widzenia. O Polakach ani słowa, mimo że jest tam dwie i pół strony na temat Enigmy.

– To już tradycja. Czy kogoś za granicą interesuje historia nauki w Polsce?
A.Ś.: Przy okazji polsko-niemieckich sympozjów historyków medycyny mówię Niemcom o takiej np. sprawie: są komórki Browicza i Kupffera, siateczkowo-śródbłonkowe komórki w wątrobie, pierwszy układ odpornościowy odkryty u człowieka, czyli coś bardzo ważnego. Odkrył je Tadeusz Browicz w Krakowie w 1898 roku. K.W. Kupffer też je odkrył, ale źle zinterpretował. Browicz przeczytał pracę Kupffera i napisał do niego list: „Pracujemy nad tym samym problemem, tylko źle wybarwiłeś i źle utrwaliłeś preparat. Zrób tak, jak ja.” On tak zrobił, podziękował Browiczowi i jest autorem odkrycia. W Niemczech nie ma komórek Browicza, są komórki Kupffera! Podobnie z innymi Polakami, nawet o Wróblewskim i Olszewskim nie zawsze się pamięta. Wina leży w części po naszej stronie, bo za mało publikujemy po angielsku w czasopismach zachodnich. Skąd mają na świecie wiedzieć, że adrenalinę odkrył Polak Napoleon Cybulski? Moglibyśmy przedstawić Anglikom, przekonanym, że autorami tego odkrycia są brytyjscy badacze E.A. Sch?fer i G. Oliver, wymianę korespondencji, jaka w 1894 roku nastąpiła między Krakowem i Londynem. Mamy te listy w ręku.
B.O.: To prawda, że nas nie doceniają. Z drugiej strony, było w przeszłości wiele idiotycznych zabiegów hurrapatriotycznych. Już nie mówię o propagandzie, którą robili Rosjanie, na skutek której nie wierzy się w prawdziwych wynalazców rosyjskich. Ale przysłano mi kiedyś z Interpressu do recenzji książkę, która miała tytuł Jan Szczepanik wynalazca telewizji. Takiej książki nikt by nie wziął do ręki, bo wiadomo, że Szczepanik nie wynalazł telewizji. Istnieje jednak coś takiego jak kartel wielkich narodów. Jeśli się jest Amerykaninem czy Niemcem, to jakoś łatwiej dostać się na łamy gazet i do historii. Kto wie np., że Węgrzy mieli jedenastu laureatów Nobla w naukach przyrodniczych?

– Czy nie za mało wiemy o polskim wkładzie w rozwój techniki światowej?
B.O.: Panuje stereotyp Polaka, co to szarżuje pod Somosierrą, ale prochu nie wymyśli. W związku z tym powstają różne dowcipy, jak ten o tupaniu nogą jako polskim wykrywaczu min. Tymczasem w czasie II wojny światowej nastąpiła eksplozja polskich wynalazków związanych z wysiłkiem zbrojnym. To nie tylko Enigma. Polski wykrywacz min Koseckiego używany był przez całą armię brytyjską, bo był ośmiokrotnie lepszy niż wcześniejsze rozwiązania. Polski peryskop czołgowy Gundlacha był pierwszym peryskopem na 3600, dającym pełne pole widzenia.

– Jakie miejsce wśród dyscyplin historycznych zajmuje historia nauki?
A.Ś.: Historia nauki jest dzieckiem niechcianym. Nie jest to ani historia, ani dziedzina tej nauki podstawowej, której dzieje bada. Kto powinien się zajmować historią medycyny: historyk czy medyk? Jeden nie będzie miał warsztatu historycznego, drugi nie zna się na danej dyscyplinie. Fachowość metodologiczna historyka i znajomość merytoryczna specjalisty od danej nauki, to dwie sprawy nie do pogodzenia.
B.O.: Moim zdaniem, łatwiej specjaliście od danej dyscypliny poznać reguły gry historycznej, niż historykowi nauczyć się tej dyscypliny. Może on badać zewnętrzną historię nauki czy techniki, czyli to, jakie przyczyny społeczne wpływały na to, że rozwijały się pewne dziedziny i jak to wpływało na zmianę w życiu ludzi. Ale te problemy są do tej pory niedoceniane przez historiografię polską, która jest jednak bardzo tradycyjna. A przecież badanie dziejów ludzkości bez uwzględnienia wpływu wynalazków jest niepełne. Druga rzecz, to wewnętrzna historia nauki czy techniki: rozpatrywanie, jak sobie przez wieki radzono z konkretnym problemem. Tu trzeba się znać, powiedzmy, na maszynie parowej czy silnikach cieplnych.

– Nie kształci się u nas historyków nauki. Czy prowadzone są chociaż zajęcia z tej dyscypliny?
A.Ś.: Poza historią medycyny, wykładaną w akademiach medycznych i historią techniki, obecną w niektórych politechnikach, historia nauki nie jest przedmiotem, z którym stykają się studenci wyższych uczelni. Nie ma do tego specjalistów. Zastanawiam się, czy studentom naszych uczelni nie jest potrzebna bardzo ogólnie traktowana historia nauki. Tego nie ma w żadnym polskim uniwersytecie. Młody człowiek, który kończy studia historyczne, ma ogromną wiedzę metodologiczną, jest przygotowany do badania źródeł, do pracy archiwistycznej, zna historię polityczną i gospodarczą, ale nie zna historii nauki.
B.O.: Historia techniki jest bardzo barwna, wcale nie mniej ciekawa niż historia podbojów. Można nią zarazić młodych ludzi.

– Jaka jest pozycja historii nauki w Polsce, w porównaniu z pozycją tej dyscypliny w innych krajach?
A.Ś.: W Europie Środkowej nie ma odpowiednika Instytutu Historii Nauki. Są oczywiście badacze, istnieją jakieś jednostki w niektórych szkołach wyższych, czasem powstają też zinstytucjonalizowane zespoły. Historia medycyny ma silne ośrodki w Niemczech, ale w Europie Zachodniej nie ma podobnej instytucji, jak nasza.
B.O.: Tam jest to bardziej związane z towarzystwami i muzeami.

– Pomówmy o książkach. Wielotomowa Historia nauki polskiej pod red. Bogdana Suchodolskiego ukazywała się w latach 1970-92. Czy nie pora na nowe, uzupełnione wydanie?
A.Ś.: Aktualizacja tego dzieła nie jest raczej możliwa. Ta książka już zostanie, jako jedyne na razie, niewątpliwie wiekopomne dzieło. Ona ma luki, brak tam całego XX wieku. W naszym Instytucie wydawana jest teraz Historia nauki polskiej. Wiek XX, która ukazuje się w zeszytach, przygotowywanych bardzo kompetentnie właśnie dlatego, że robi to grono specjalistów od poszczególnych dziedzin. Napisanie historii nauki przez historyka okazuje się niemożliwe.
B.O.: Bogiem a prawdą, powszechnej historii techniki i technik nie jest w stanie napisać. Merytorycznie nikt nie jest zorientowany we wszystkich niuansach dzisiejszej techniki. Istnieją jednak dosyć aktualne syntezy historii nauki, np. książka J.D. Bernala.

– Wyraźnie marksistowska w metodologii.
B.O.: W historii techniki podejście marksistowskie specjalnie nie przeszkadza. Naprawdę.
A.Ś.: Ale po co jakiekolwiek ideologiczne podejście w historii nauki?

– Czy jest szansa, by powstała bardziej popularna, np. jednotomowa historia nauki?
A.Ś.: Oczywiście, że jest taka potrzeba. Po to chociażby, żeby młodym ludziom studiującym w uniwersytecie dać do ręki podstawę. Wywołuje pan problem, który powinien być istotny w naszym Instytucie.

– Jak powstawał słownik Uczeni polscy XIX i XX wieku?
A.Ś.: W dziejach medycyny zawsze interesował mnie konkretny człowiek: Kto to był? Jak dojrzewał intelektualnie do swego odkrycia? Co go sprowokowało do badań w tym kierunku? Jak do tego doszedł? To było na początku. Potem zobaczyłem, że całe mnóstwo nazwisk, nie tylko polskich, w ogóle nie istnieje. „Pan ma żyłkę historyka medycyny” – powiedział mi kiedyś prof. Julian Paracki, który bardzo lubił historię medycyny i uprawiał ją ot, tak sobie, dla przyjemności. „Niech pan zrobi doktorat i idzie na historię medycyny”.

– Jak długo pracował Pan nad swoim słownikiem i czy miał Pan jakieś wzorce?
A.Ś.: Zaczęło się to na początku lat 70. Po drodze były przynajmniej trzy wersje. Najpierw był maszynopis, potem seria biogramów uczonych polskich podzielonych według dyscyplin nauki, z której nie jestem zadowolony. Potem spotkałem się z Scientific Biography, słownikiem amerykańskim.
B.O.: Pański jest bardziej konsekwentny i na więcej rzeczy zwraca uwagę. Tam bywają hasła rozdęte, inne są zawężone, zależy od autora.

– Tu jest ogromna dyscyplina. Wszystkie hasła mają ten sam model.
A.Ś.: Biografistyka naukowa to jest świetna zabawa, aczkolwiek kosztowna, jeśli chodzi o czas. Żeby znaleźć nazwisko matki jakiegoś uczonego z XIX wieku, muszę szukać w księgach w odległej parafii.
B.O.: Staramy się, aby hasła poświęcone polskim uczonym były obecne w nowej 30-tomowej encyklopedii PWN, która zacznie się ukazywać od przyszłego roku. Wszystkie ważne postacie tam są, choć nie mają bardzo długich biogramów.

– Które okresy w dziejach polskiej nauki są dobrze zbadane, a które słabo?
A.Ś.: To jest związane z wielkimi postaciami. Jeśli w epoce odrodzenia pojawia się taki uczony jak Kopernik, to epoka ta jest naprawdę „przeorana”. Odłogiem leży nauka doby oświecenia. Trudne do badania jest średniowiecze.

– Po co jest historia nauki?
B.O.: Jedynym sposobem konsumpcji historii nauki w skali społecznej ma być chyba jej popularyzacja.
A.Ś.: To jest pytanie: po co jest historia kultury? Historia nauki jest częścią historii kultury. Rozszerzenie horyzontów myślowych człowieka jest wystarczającym powodem do uprawiania tej dyscypliny. Aby wiedzieć, jak podajemy antybiotyki czy hormony, dobrze jest wiedzieć, jak to wyglądało w kontekście historycznym.

– Czy historia nauki może być pasjonująca?
B.O.: Może nieudolnie, ale cały czas o tym mówiliśmy.
A.Ś.: W ogóle nauka jest pasjonująca, a zgłębianie jej historii tym bardziej. Każdy z nas jest tego przykładem. Pan Orłowski powinien być po swoich studiach budowniczym mostów, ja powinienem być lekarzem i godziwie zarabiać, tymczasem robimy to, co robimy, za znacznie mniejsze pieniądze.

Rozmawiał 
GRZEGORZ FILIP

Uwagi.