Longchamps de Berier
Poprzedni Następny

 

Dokumenty z rodzinnego archiwum oraz pamięć potomków potwierdzają 
zawsze wielkie zaangażowanie w to, co robili i na czym im zależało, tam gdzie 
pragnęli odcisnąć ślad, jak i to, że świadomie przyjęte role pełnili z upodobaniem.

Magdalena Bajer

O pradziadku mym i jego przodkach wiedziałem wówczas tylko tyle, że wszyscy bili się za Polskę. Lakonicznemu stwierdzeniu potomka francuskich hugenotów, przybyłych do Galicji prawdopodobnie z okolic Montpellier, zaprzecza dalszy ciąg jego pamiętnika, gdzie sporo miejsca zajmuje wczesna historia rodziny. Pamiętnik ma tytuł: Ochrzczony na szablach powstańczych, autorem jest Bogusław Longchamps de Berier, adwokat lwowski.

Pierwsze zapiski o rodzinie, już w Polsce, sięgają roku 1730. Dziesięć lat później Franciszek Longchamps zakładał we Lwowie pierwszą lożę Wielkiego Wschodu Francji. Bardzo szybko Longchampsowie stali się katolikami, co potomek dr Franciszek (imię często się powtarzające), przypisuje ich żonom. Równie szybko weszli znaczącymi zasługami w nurt polskiej tradycji narodowej. Walczyli w powstaniach – w listopadowym zginęli dwaj bracia bliźniacy – w pierwszej i drugiej wojnie światowej i, co trzeba osobno zaznaczyć, w obronie Lwowa 1918 roku. Dlatego podkreślić należy, że z „zawsze wiernym miastem” historia rodziny związała się na długo. Jeden z potomków, którego gościłam wraz z dr. Franciszkiem, dr Jan Longchamps de Berier, zamieszkały po wojnie w Gliwicach, odnalazł kilka lat temu w lwowskim archiwum zapiski i plany związane z „longszanówką”, dawną posiadłością, przekazaną z czasem na własność miastu. Wyjaśnić muszę czytelnikom, że obu panów łączy skomplikowane pokrewieństwo, a dzielą dwa pokolenia, choć różnica wieku jest znacznie mniejsza.

Światłe zatrudnienia

Linia dzisiaj żyjących Longchampsów bierze początek od Aleksandra, urodzonego w 1766, który był lekarzem. Jeden z jego synów, Wincenty, żonaty z Wiktorią Pol, siostrą poety, miał syna również lekarza, zarazem komendanta wojskowej służby zdrowia na cały obwód lwowski. W następnym pokoleniu pojawił się pierwszy prawnik, Bogusław, autor cytowanego pamiętnika.

Synowie tej rodziny z reguły zdobywali wyższe wykształcenie i dość szybko, jak to określa pan dr Jan, „zainteresowania się rozbudowały”. Jeden z prawników, Mieczysław, „syn któregoś Franciszka”, zajął się górnictwem naftowym. Gwałtowny rozwój Borysławia, ogarniętego naftową gorączką, jednodniowe kariery, nieraz kończone samobójstwem, opisał malowniczo Bogusław Longchamps. Jego krewni zaznaczyli się w tych zdarzeniach działalnością inżynierską, opartą na nowoczesnej wiedzy, pomysłowości oraz śmiałymi inicjatywami gospodarczymi.

Rodzinni lekarze natomiast zapisali się w dziejach Lwowa aktywnością społeczną, uczestnictwem w akcjach zwalczania epidemii cholery, przedsięwzięciach mających na celu podniesienie higieny społeczeństwa. W rozmaitych instytucjach i organizacjach zajmowali poczesne miejsca, co poświadczają dokumenty.

Wymienić trzeba również zasługi dla kultury, największe bodaj i wielorakie, jednego z bliskich krewnych Alfreda Czarnoty-Bojarskiego, autora melodii do słów Wincentego Pola: W krwawym polu srebrne ptaszę. Prezydował kilku towarzystwom śpiewaczym i muzycznym, działał w „Sokole”, a także w Ochotniczej Straży Pożarnej.

Charakterystyczny dla lwowian rodzaj patriotyzmu zaczął bardzo szybko cechować przybyszów – waleczność i właśnie owa społeczna służba. Obierane przez Longchampsów profesje pokazują wyraziście, iż rozeznanie aktualnych potrzeb mieli doskonałe. Dokumenty z rodzinnego archiwum oraz pamięć potomków potwierdzają zawsze wielkie zaangażowanie w to, co robili i na czym im zależało, tam gdzie pragnęli odcisnąć ślad, jak i to, że świadomie przyjęte role pełnili z upodobaniem.

Nauka administracji

Dziadek mojego gościa, noszącego to samo imię, Franciszek Longchamps, jeden z owych wielkich, trwale zapisanych w dziejach nauki prawa, ukończył studia w roku 1936. Dwa lata później zrobił doktorat. Walczył w drugiej wojnie jako podporucznik ułanów jazłowieckich (życzył sobie, by tę wojskową przynależność wypisano mu na grobie) i znalazł się w oflagu w Murnau. Tam wykładał współwięźniom prawo. Wnuk powiada, że najwyraźniej wymyślił wtedy własną metodę nauki administracji.
Pierwszą habilitacją w polskim Uniwersytecie Wrocławskim była praca Franciszka Longchampsa. Skazano ją jednak na przemiał, gdyż powojenne władze zakazały nauki administracji, dopuszczając jedynie „prawo pozytywne”, w tym administracyjne. Trzy lata później, w roku 1950, podobny los spotkał filozofię prawa. Wróciły na uniwersytety w III Rzeczypospolitej. W 1990 r. wydano Założenia nauki administracji nieżyjącego już wtedy profesora Franciszka Longchampsa.

Oryginalnej treści wszystkich jego prac naukowych odpowiadał język – niezwykle precyzyjny, a zarazem piękny, o walorach literackich, które zapamiętali uczniowie, jako wyzwanie i wzór do naśladowania. We wspomnieniach podkreślają zgodnie integralną łączność obu tych cech, talent swego mistrza do znajdowania formy przekazu nigdy nie przesłaniającej jego idei, lecz ową ideę znakomicie „uwyraźniającej”.

Nauka o administracji, położona na rozległym pograniczu prawa i wiedzy o społeczeństwie, nabrała w nowych polskich warunkach ustrojowych znaczenia. Ma licznych młodych adeptów, a zasługi jej „nowatora” są wciąż żywe.

Kodeks zobowiązań 

Ojciec drugiego z moich rozmówców, który nie poszedł jego śladem i zajmuje się energetyką „po inżyniersku”, dr. Jana, już w r. 1922 był profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Jana Kazimierza, a wcześniej napisał wiele artykułów z zakresu prawa o zobowiązaniach, pracując w Prokuratorii Skarbu i Prokuratorii Generalnej. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, kiedy przed prawnikami stanęły wielkie zadania, został głównym referentem Komisji Kodyfikacyjnej dla tematu: prawo o zobowiązaniach. Kodeks zobowiązań, którego Roman Longchamps jest współautorem, należy, wedle dr. Franciszka, do podstawowych osiągnięć polskiej myśli prawniczej.

Osoby obu wielkich profesorów, którym rozwój tej myśli zawdzięcza i sporą część fundamentów, i wiele cegieł we wznoszonych nad nimi murach – jeśli mogę taką metaforą się posłużyć – są ciągle wzorami przechowywanymi i przekazywanymi w rodzinnej oraz akademickiej tradycji. 

Linię Romana tragicznie przerwała wojna. Zygmunt Albert, profesor medycyny w powojennym Wrocławiu, zapisał: Wtargnąwszy do domu profesora Longchamps de Berier zachowywali się brutalnie, wytrącili profesorowi papierośnicę z ręki, nie pozwolili wziąć płaszczy, krzyczeli, że nie będą im potrzebne, nie pozwolili żonie i matce pożegnać ani odprowadzić do bramy swoich najbliższych (Kaźń profesorów lwowskich. Lipiec 1941, opr. Zygmunt Albert, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1989). Kilka godzin później Niemcy rozstrzelali na Wzgórzach Wuleckich ostatniego rektora Uniwersytetu Jana Kazimierza i jego trzech synów. Najmłodszy mój rozmówca, wówczas gimnazjalista, ocalał. Dwaj starsi jego bracia studiowali na Wydziale Rolniczym w Dublanach, trzeci wybierał się na architekturę. Zapewne ktoś z czwórki kontynuowałby tradycję akademicką.

W rzędzie prawników, obok wymienionych już, mamy brata prof. Romana – sędziego Naczelnego Trybunału Administracyjnego, córkę Franciszka – jak ojciec zajmującą się prawem administracyjnym w Uniwersytecie Wrocławskim, której przedwczesna śmierć przerwała karierę naukową, i – w najmłodszym, a dorosłym dzisiaj pokoleniu – dr. Franciszka, który z całą świadomością tę tradycję podjął, jakkolwiek lękał się, czy sprosta zobowiązaniom z niej wynikającym.

Ludzie uniwersytetu

Swego dziadka imiennika uważa pan doktor za wzór „człowieka uniwersytetu”, który uczniom zaszczepił bardzo mocne poczucie więzi w akademickiej wspólnocie, więzi opartych na jednoczącym jej członków przywiązaniu do prawdy, nakazującym gorliwe jej poszukiwanie. Nie ma znaczenia, że ktoś moją tezę krytykuje, bo wspólnie dociekamy tego, co najlepsze, a krytyka nie bywa osobista ani uplątana w jakąś ideologię.

Pytałam, czy tak zdefiniowane więzi między „ludźmi uniwersytetu” trwają? Odpowiedź – twierdząca – nastąpiła po chwili wahania. Pytałam także, jakiej prawdy poszukuje się w prawie rzymskim, które jest domeną mojego gościa? Usłyszałam, że szukamy rozwiązań, jakie przed nami znaleźli Rzymianie, „szalenie utylitarni”, którzy pozostawili do wyboru spory rezerwuar mądrych rozstrzygnięć takich spraw, z którymi dzisiejsze społeczeństwa również się borykają. Pytałam czy dużo tam jeszcze rozwiązań dotąd nie odnalezionych? Dr Longchamps powołał się na swego mistrza prof. Henryka Kupiszewskiego, mówiąc, że każde pokolenie przychodzi do dawnych źródeł ze swoim pytaniem. I we własnym imieniu stwierdził, że nasze pytanie brzmi: Czym prawo jest? Warto się trudzić szukając odpowiedzi, bo za nią mogą pójść wyjaśnienia rozmaitych sytuacji, w których prawo nagle okazuje się skostniałe i niedostosowane do potrzeb praktyki, zupełnie nowych. Przeżywali to Rzymianie, więc specjalistów od prawa rzymskiego takie rzeczy nie zaskakują, a mobilizują do poszukiwań, którym towarzyszą otucha i ciekawość.

Dr Franciszek Longchamps zajmuje się również teologią. Studiował ją zaocznie, równolegle z prawem. Uważa za szalenie ważne związanie prawa z moralnością, nie zgadzając się z tymi, którzy twierdzą, że nie mają one ze sobą nic wspólnego, a jakiekolwiek „umoralnianie” prawa, podobnie jak polityki, musi być bezowocne. W narodowej tradycji Polaków uparcie powtarzały się próby wiązania polityki i moralności. Wielka literatura romantyczna jest świadectwem ich daremności i, jakże często, wywołanej ową daremnością rozpaczy. Zgodziliśmy się, że nie należałoby prób poniechać, mimo wszelkich przeświadczeń o upadku ideałów oraz oświadczeń zdających się to potwierdzać. Prawo jest nieodłączne od moralności, bo akceptacja dla konkretnych rozwiązań prawnych wynika, w wielu przypadkach – nie we wszystkich i nie w większości, ale w kluczowych przypadkach – z przekonań społeczeństwa. W tej sferze, którą zajmuje się filozofia prawa, przedmiot nauczania uniwersyteckiego, przywrócony w roku 1989, mieszczą się pytania o nieposłuszeństwo cywilne, o aborcję, o eutanazję.

Przejmowanie

Dr Franciszek zna swoich wielkich przodków z ich publikacji i z opowieści. Jego krewny Jan wychowywał się w domu, gdzie bywali profesorowie uniwersytetu lwowskiego, koledzy ojca i stryja, ale także znajomi ciotki, absolwentki Akademii Sztuk Pięknych. Prof. Roman Longchamps, bardzo zajęty pracą naukową, znajdował czas na uprawianie sportów ze swymi czterema synami. Jeździli na nartach, pływali, grali w tenisa i ping-ponga, na co w lwowskim mieszkaniu wygospodarowano stałe miejsce. Do ulubionego kina rodzice chodzili późno wieczorem, kiedy młodsze potomstwo kładło się spać.

Jako cechę określającą atmosferę dziecinnego domu, pan doktor wymienia „ducha wspólnoty”, który materializował się raz po raz we wspólnej odpowiedzialności, także synów, za np. domowe wydatki. Najstarszy brat pisał kiedyś do rodziców, że nie trzeba koniecznie kupować kajaka, gdyż, jak mu wiadomo, są akurat inne potrzeby. Życie domowe organizowała matka, trzymając w ryzach czterech chłopców, z których każdy był indywidualnością przez rodzinę szanowaną.

W domu było „do tańca i do różańca”. Odbywały się kursy tańca i zabawy, wychowywano dzieci w duchu „mądrego chrześcijaństwa”, bez bigoterii, a wedle jasnych reguł, jakimi należało się kierować.

Ze swej linii i swego pokolenia pan dr Jan Longchamps pozostał sam. Ma też jedyną córkę, która ukończyła architekturę, ale wychowując trójkę dzieci zajmuje się domem i przeszczepia ten nastrój naszego rodzinnego lwowskiego domu.

Obaj moi goście zgodni są w przekonaniu, że i tradycja rodzin inteligenckich i główne rysy tradycji akademickiej trwają, mimo wielorakich zagrożeń. Nie znaczy to, ich zdaniem, by nie wymagały pielęgnowania, by nie trzeba było w domu wcześnie rozpoczynać zaszczepiania reguł przyzwoitości, kultywować owego nastroju rozlicznych zainteresowań i ducha wspólnoty, a pokoleniom studentów wciąż stawiać przed oczy tych, co prawdziwie byli „ludźmi uniwersytetu”, ucieleśniali ideał szukania prawdy we wspólnocie ludzi wykształconych.

 

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie I Polskiego Radia SA w listopadzie 1998 r., sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej.

Uwagi.