Którędy do Sieci?
Poprzedni Następny

 

Jeśli chcę dać dziecku praktyczny dostęp do wielkiego świata cyberkosmosu, 
to muszę więcej zarabiać, płacić wysokie rachunki telefoniczne i czekać, 
aż ziści się nadzieja propagatorów idei Internetu na równy i powszechny 
dostęp do Sieci, niezależnie od statusu majątkowego.

Paweł Misiak

Tato, pokaż mi, jak samodzielnie korzystać z Internetu – usłyszałem ostatnio z ust syna, kiedy na jakieś jego pytanie znowu odparłem, że czegoś tam nie wiem, ale w wolnej chwili poszukam w Sieci.

Wpuścić dziecko w Internet? Czemu nie. O korzyściach płynących z dostępu do tego medium sporo już powiedziano i napisano. Sam się dołożyłem na tych łamach. Lepiej dzieciom surfować po cyberprzestrzeni niźli gapić się w telewizor albo grać w ogłupiające strzelanki. Internet jest o niebo atrakcyjniejszy niż szkolny podręcznik, więc dla edukacji dziecka korzyść. Szczególnie, gdy młody człowiek niechętnie bierze do ręki książkę, a woli bliski kontakt z klawiaturą, myszą i monitorem. Byłoby to też z dużą korzyścią dla mnie – zaoszczędziłbym sporo czasu.

Z drugiej strony rodzą się pytania. Czy domowy budżet wytrzyma codzienne wielogodzinne surfowanie po bezkresach Internetu? Czy przeciętną rodzinę w naszym kraju stać na wycieczki w cyberprzestrzeń? Pytania jakże podobne do stawianych przed każdymi kolejnymi wakacjami: czy nas na to stać?

Rachunki

Po krótkim zastanowieniu postanowiłem spełnić prośbę syna.

– Musisz jednak – przestrzegłem – wykazać się dużą odpowiedzialnością, wyczuciem czasu i dobrym przygotowaniem ogólnym, żebym nie musiał płacić za twoje przypadkowe i bezpłodne dryfowanie bez celu i bez kierunku.
– Okej, postaram się. Ale swoją drogą, co to za surfowanie, kiedy wciąż trzeba nerwowo patrzeć na zegarek – zauważył. – A niektórzy moi koledzy mają nieograniczony dostęp do Internetu – dodał tonem wyrzutu.
– I co z tego? – udałem głupiego.
– A my nie możemy sobie takiego założyć? W końcu mamy telefon, mamy kablówkę, mieszkamy w centrum dużego miasta. Czy to nie wystarczy? Tobie też by się to przydało, bo dużo w Sieci pracujesz. Jak to wygląda – piszesz tyle o Internecie, a w domu nie masz porządnego łącza.

Trudno nie przyznać racji, przynajmniej w ostatniej sprawie. Co do reszty, teoretycznie rozumuje dobrze, ale w zupełnym oderwaniu od realiów. A jakie są owe realia? Takie oto, że nikomu nie opłaca się doprowadzić do mnie taniego Internetu, wszystko jedno – dodzwanianego czy stałego.

Zacząłem od elementarnej analizy ekonomicznej. Ile będzie kosztowało wpuszczenie syna do Sieci przy pomocy „darmowego” dostępu przez modem telefoniczny i znany numer 202122? I dlaczego tylko jego? Innych członków rodziny, w tym siebie, też muszę uwzględnić. Zacząłem rachować.

Dzieci nie powinny siedzieć po nocach, więc będą surfowały głównie w okresie droższej taryfy. Liczę więc godzinę po 6 zł. Z własnego doświadczenia wiem, że efektywne i rozsądnie intensywne korzystanie w Internetu oznacza co najmniej 1-2 godziny dziennie, w weekendy trochę więcej. Miesięcznie daje to około 50 godzin. Po wykonaniu prostego mnożenia dostajemy koszt „darmowego” komutowanego dostępu do Sieci na poziomie 300 zł. Sporo. Jeśli jeszcze doliczyć co najmniej drugie tyle na potrzeby własne i pozostałych członków rodziny, wyjdzie suma porównywalna z niewysoką emeryturą albo z pensją pielęgniarki. A przecież nie samym Internetem żyje człowiek.

Szybko z monopolem

Najpierw pomyślałem o reklamowanym ostatnio szybkim dostępie do Internetu, w skrócie SDI, oferowanym przez tzw. narodowego operatora telekomunikacyjnego. Rozsądek kazał mi nie polegać wyłącznie na reklamach, lecz sprawdzić, jak to działa w rzeczywistości. W Sieci znalazłem sporo wypowiedzi użytkowników tego systemu. Jedni chwalili, inni narzekali. Jak się wydaje, wiele zależy od lokalnych warunków.

Koszty – teoretycznie – powinny być znacznie niższe niż przy dostępie komutowanym. Abonament 160 zł, plus około 1000 za instalację. Jeśli tę drugą sumę rozłożyć (w myśli) na dwanaście „rat”, wychodzi około 250 zł miesięcznie. W zamian dostaje się łącze zdolne przesłać około 10 kilobajtów na sekundę, z którego można korzystać w dowolnym czasie i dowolnie długo. Może nie „rakietowe”, ale i tak 2-3 razy szybsze niż modemowe, a w dodatku nie blokujące linii telefonicznej.

Można by surfować do woli, kiedy tylko przyjdzie na to ochota. Można by, ale... Telefon do odpowiedniego biura rozwiał nadzieje. Okazało się, że centrala nie dysponuje wolnymi „mocami dostępowymi”. Ale, oczywiście, nie powinienem się zniechęcać, lecz dzwonić i pytać, może za parę miesięcy sytuacja się zmieni.
A tu czas ucieka, dziecko się niecierpliwi, świat idzie do przodu. Za pół roku może wyglądać zupełnie inaczej. Co robić?

Sztywno czy cyfrowo

Zarówno narodowy operator, jak i mniejsi dostarczyciele Internetu w moim mieście oferują dostęp po łączu stałym. Polega to na wydzierżawieniu linii telefonicznej i zestawieniu łącza od komputera wyposażonego w odpowiedni modem, do portu na urządzeniu dostępowym w centrali. Wersja minimalistyczna w wydaniu TP SA to linia o przepustowości 28,8 kilobitów na sekundę, czyli dwakroć wolniej niż w przypadku normalnego dodzwaniania.

Linie stałe – w zamyśle – nie są ofertą dla szarego człowieka, lecz dla firm, organizacji i urzędów. Pewnie dlatego ich cena jest niewspółmiernie wysoka. W porównaniu z wyliczeniami dotyczącymi dostępu komutowanego czy SDI to o wiele za dużo. Płacić bowiem trzeba na początku za instalację, a potem co miesiąc abonament za korzystanie z portu i – osobno – za dzierżawę linii, proporcjonalnie do jej długości. Może, gdybym mieszkał tuż obok centrali... Ale nie mieszkam, niestety.

Więc może ISDN reklamowany na billboardach przez głowonoga? Też nie za bardzo. Co prawda szybciej niż po modemie analogowym, ale drożej – wyższy abonament, tak samo zliczane impulsy. A przecież nie chodzi o bicie rekordów w ściąganiu megabajtów z Sieci, lecz o spokojne po niej podróżowanie w poszukiwaniu informacji i o kontaktowanie się w innymi ludźmi, także on line. Z oferty TP SA, jak i jej konkurencji wynika, że ISDN jest przeznaczony raczej dla „użytkowników zbiorowych”, czyli firm i instytucji – wystarczająco bogatych. Dla mnie za drogo.

A przez kabel?

„Mój” operator telewizji kablowej, owszem, oferuje łącze internetowe i to na całkiem niezłych warunkach. Miesięcznie Internet kosztuje tu niespełna 250 zł, plus normalna opłata za sygnał telewizyjny, za który i tak płacę. W sumie i tak poniżej 300 zł. Za te pieniądze można mieć bardzo szybkie łącze stałe, stały adres IP i parę innych drobiazgów. Takie informacje znalazłem na stronach internetowych „mojego” dostarczyciela kablówki. Poczytałem też co piszą użytkownicy tej sieci i zapaliłem się do sprawy. Zadzwoniłem do operatora, żeby sprawdzić, czy informacje w Internecie są aktualne. Są. Bardzo, bardzo zachęcające. Teoretycznie.

Prawdziwe życie nie wygląda już tak wspaniale. Kolejne telefony do „kablówkarzy” nie posuwały sprawy naprzód. Najpierw dowiedziałem się, że nie ma wolnych modemów kablowych (użytkownicy dzierżawią te urządzenia od operatora), więc muszę czekać, aż się pojawią jakieś nowe albo oddane przez innych. Takie wyjaśnienia słyszałem przez kolejnych kilka tygodni. Po jakimś czasie zacząłem pytać nie ogólnie o możliwość podłączenia, lecz o to, czy są już modemy. I wreszcie pewnego razu, po kolejnych kilku tygodniach, usłyszałem, że są. Serce zabiło mi żywiej, ale – jak się okazało – nadaremnie.

Miły pan od kablówkowego Internetu oświadczył, że na moim osiedlu nie ma jeszcze tzw. kanału zwrotnego, koniecznego do – jak by nie było – dwukierunkowej z natury łączności z Siecią. Więc modem na razie i tak mi się na nic nie przyda.

– A kiedy panowie uruchomią ów kanał zwrotny? – zapytałem naiwnie.
– Ooooo, proszę pana! To nie takie proste.
– Dlaczego? Przecież podobno gdzieś już to działa?
– Wie pan, trzeba zainstalować w urządzeniach pośrednich dodatkowe moduły, a to koszty i czas. Na razie nie bardzo nam się opłaca, bo z tamtej okolicy mamy zamówienie na Internet tylko od pana. Poza tym musielibyśmy przeprowadzić testy, bo uruchomienie kanału zwrotnego powoduje czasem pogorszenie jakości przekazu telewizyjnego i abonenci się skarżą. Dlatego te modemy, które teraz mamy, będziemy instalować najpierw tam, gdzie kanał zwrotny już działa.
– A czy mogę mieć jednak jakąś nadzieję?
– Ależ owszem! Proszę zadzwonić jesienią, może wtedy pojawi się coś nowego.

Jednym słowem zostałem uprzejmie „spławiony”. Trochę to denerwujące, ale bynajmniej nie dziwne, wziąwszy pod uwagę, iż ten „mój” operator kablówkowy jest emanacją „narodowego” telekomu.

Przeprosiłem dziecko za długie a jałowe podtrzymywanie nadziei na szybką nowoczesność teleinformatyczną w domu i rozglądałem się dalej.
Jeszcze inaczej

Popatrzyłem na możliwości oferowane przez lokalnego operatora telefonicznego. Niestety, na razie to samo, co u „narodowego”. Nieoficjalnie mówi się co prawda, że już niedługo będzie możliwość dostępu „dodzwanianego”, rozliczanego ryczałtem. Mówi się, że będzie to kosztowało poniżej 100 zł miesięcznie. Ale jak dotąd są to tylko pogłoski. Podobno prace wciąż trwają.

A może call back, czyli oddzwanianie przez dostarczyciela internetowego? Mieszkający w znacznie mniejszym mieście kuzyn, także intensywnie korzystający z łączności internetowej, wykupił ostatnio taką możliwość u miejscowego prowajdera. Per saldo wychodzi taniej niż przez dodzwanianie w cenie połączenia lokalnego czy SDI. Co prawda nie jest to dostęp bez ograniczeń, ale zawszeć trochę oszczędniej. Jednak w moim mieście, skądinąd aspirującym do miana jednej z europejskich metropolii, takiej usługi nikt nie oferuje.

Jedyne więc wyjście „na już”, jeśli chcę dać dziecku praktyczny dostęp do wielkiego świata cyberkosmosu, to więcej zarabiać (jak, gdzie?), płacić wysokie rachunki telefoniczne i czekać, aż ziści się nadzieja propagatorów idei Internetu jako siły sprawczej rozwoju współczesnej cywilizacji, na równy i powszechny dostęp do Sieci, niezależnie od statusu majątkowego. Tylko czy do tego czasu moje dziecko nie straci zainteresowania tą sprawą albo sfrustrowane nie zejdzie na złą drogę?

Są wakacje. Na ulicach miasta dzieci dorabiają sobie sprzedając gazety, myjąc szyby samochodowe. Może powinienem syna wysłać na ulicę z kapeluszem i kartką „zbieram na Internet”?


pawel_misiak@wrocław.home.pl
 

Uwagi.