Reformy czy nonszalancja?
Poprzedni Następny

 

Reformy 
czy 
nonszalancja?
Marek Baterowicz

W ciągu kilkunastu lat życia w Australii zebrałem sporo dowodów na niezwykłą nonszalancję intelektualną kangurów. Graniczy ona z głębokim roztargnieniem, bo czym tłumaczyć pytanie pewnej nauczycielki: „Powiedz mi, jakiego języka używają w Austrii?” Pytanie, które zatyka. Inny Australijczyk mniemał, że twórca opery „Aida” jest jej dyrygentem. I chwalił się kolegom, że uścisnął dłoń Verdiego podczas przyjęcia po premierze! Jeszcze inny Aussie sądził, że Polska graniczy z Serbią i w związku z tym może być wciągnięta w konflikt o Kosowo. Pewna Australijka (też nauczycielka) zawołała, oglądając katedrę i kaplice na Wawelu: „O, podobne kopuły oglądałam na Kremlu”. Nawet ludzie nie znający się na architekturze widzą podstawowe różnice w stylu wspomnianych tu kopuł, obywatele antypodów jednak wrzucają wszystko do jednego worka. I sądzą, że wzorce kultury przychodzą ze stolic imperiów. Tak bywało czasem, ale nawet potężny Rzym imitował kulturę podbitych Greków. A młoda Rosja nie była w stanie asymilować o wiele starszej polskiej kultury z racji choćby „naturalnego dysonansu”, który dzielił oba nasze narody. Wybrała łatwiejszą drogę: wraz z zaborami uprawiała grabież polskich bibliotek i dzieł sztuki, obrazów. Potem pokazywano je w Petersburgu cudzoziemcom jako rodzime kolekcje. Słynny Ermitaż taką ma właśnie genezę. Młoda Australia natomiast albo kupuje dzieła sztuki, albo wypożycza je dla swoich galerii. Tak się załatwia sprawy w cywilizowanym świecie. Szanuje się tu również kulturę aborygenów.

Wysoka cywilizacja techniczna nie oznacza jednak szacunku dla dziedzictwa kultury. Dobrym przykładem tej zgubnej postawy jest projekt reformy studiów anglistyki, jeszcze z 1993 roku, w Sydney University. Grono postępowych badaczy (z prof. C. Ross na czele), wbrew opozycji innych profesorów, lansowało nowy program studiów. Proponowano zredukować lektury szekspirowskie do „Romea i Julii”, obciąć wykłady na temat Donnea, Miltona, Dickensa, Eliota, Henry Jamesa i Jamesa Joycea. Na to miejsce reformatorzy zamierzali wprowadzić... hymny metodystów, krytykę marksistowską, cudzołóstwo a powieść, związki literatury z kinem (ostatecznie!) oraz braci Marx! Prof. Andrew Riemer, oponent tych zmian, powiedział: „Będę teraz uczyć w ruinach anglistyki”. Zapewniłem go, że znajomość jednej sztuki Szekspira jest wymagana w Polsce nawet w liceum.

Nie lepiej jest i na wydziałach romanistyki. Wykłady i zajęcia nie są tam prowadzone wyłącznie po francusku (jak w Polsce), lecz często po angielsku. Choć nacisk położony jest na naukę języka, poziom absolwentów jest tu marny, wyraźnie niższy od europejskich norm. Literaturę traktuje się „po macoszemu” (jeszcze najlepiej wiek XIX i XX), ale pomału wypiera ją kino. Studia nad francuskim filmem zaczynają dominować w australijskich uczelniach, wydziały romanistyki stają się częściowo instytutami kinematografii, a wielu studentów uwiedzionych krótką historią kina pisze dyplomowe prace właśnie z filmu. Absolwenci nie wynoszą gruntownej znajomości literatury francuskiej, a zwłaszcza powierzchowna jest ich wiedza o średniowieczu i okresie klasycznym. Ale cóż dziwić się studentom, gdy wielu profesorów wie tu mniej o literaturze Francji niż gimnazjalista nad Sekwaną. Być może podobnie jest na wydziałach germanistyki i slawistyki, skoro przybyszom z Europy stawia się tak dziwne pytania, jak wspomniane na początku rebusy. Atoli zabawa w intelektualną nonszalancję zaczyna się na antypodach już w szkole.

Uwagi.