Agora
Absolwenci niektórych uczelni artystycznych kompromitują swoje szkoły,
uciekając od tworzenia wartościowej sztuki w stronę banalnej,
motywowanej ideologicznie hochsztaplerki, pornografii i kiczu.
Grzegorz Filip
Rys. Małgorzata Gnyś-Wysocka
 |
Na marginesie dyskusji o sztuce, sprowokowanych skandalami na wystawach w Zachęcie i Zamku Ujazdowskim, warto pomyśleć o kondycji szkolnictwa artystycznego w Polsce, warto zapytać o formację, jaką otrzymują absolwenci akademii sztuk pięknych i kierunków artystycznych w uniwersytetach. Należałoby się zastanowić, jakie wykształcenie otrzymali twórcy, którzy uprawiają sztukę wojującą, sztukę budującą wspólnotę strachu artystów i krytyków, wspólnotę agresji wymierzoną w resztę społeczeństwa? Artystów kształci się u nas w akademiach, ludzie zajmujący się krytyką artystyczną to często absolwenci uniwersyteckiej historii sztuki. Jaką otrzymali formację duchową i intelektualną? W kręgu jakich lektur wykształcił się ich zmysł artystyczny? Jakim wpływom ulegali w czasie studiów? Jakich mieli mistrzów? Co powoduje, że w określony sposób postrzegają wspólnotę, w której żyją? Jakie ślady zostawił w nich kurs historii sztuki? Po co uczyli się warsztatu, skoro zajmują się dziś wekowaniem figurek Matki Boskiej, przyprawianiem sobie fallusów i rozcieraniem spermy na szkle? Czy w uczelni zetknęli się z filozoficzną refleksją o świecie? Na jakim poziomie?
WYLĘGARNIA CWANIAKÓW
Powodów do takich rozważań jest kilka. Na scenie artystycznej pojawiła się w pierwszej połowie lat 90., a dziś okrzepła i zdobyła uznanie grupa twórców, którzy produkują kicz. Już ten jeden fakt powinien niepokoić. Nie wiadomo wprawdzie, czy kicz produkowany jest zgodnie z formacją otrzymaną w szkole (choć wiele na to wskazuje), czy też przeciw niej. Nie chodzi jednak wyłącznie o kwestie estetyczne. Artyści, o których mowa, odrzucają nie tylko wyuczony warsztat, by wykonywać rzeczy błahe, odrzucają także wszelkie normy społeczne i racjonalne myślenie, wrażliwość i godność, by poddać się manipulacjom modnych ideologii artystycznych i dokonywać rzeczy niegodnych.
Mowa o absolwentach ASP w Warszawie (Katarzyna Kozyra, Alicja Żebrowska, Artur Żmijewski, Paweł Althamer, Jacek Markiewicz), ASP w Gdańsku (Grzegorz Klaman, Robert Rumas), UMK w Toruniu (Zbigniew Libera). Grupę tę dopełnia Marta Deskur wykształcona we Francji.
Zaczęło się od dyplomów w roku 1993. Pamiętamy wzburzenie, jakie wywołała wówczas praca dyplomowa Katarzyny Kozyry Piramida zwierząt, obroniona na Wydziale Rzeźby warszawskiej ASP u prof. Grzegorza Kowalskiego. Autorka pokazała zwierzęta, które zabito w celu wykonania tej instalacji. Do mediów nie przedostała się natomiast informacja o innym incydencie, który wydarzył się w roku 1993 na tym samym wydziale. Dyplomem Jacka Markiewicza był film, w którym nagi autor „pieścił” figurę Chrystusa na krzyżu. Odkrywczość artysty miała, według promotora tej pracy, polegać na tym, że widz mógł wybierać między wejściem do wnętrza instalacji, żeby sobie obejrzeć dzieło Markiewicza, bądź pozostać na zewnątrz i obserwować reakcje widzów. Grzegorz Kowalski analizuje dzieło powołując się na odniesienia do frenetycznej religijności barokowej i ówczesnych sposobów adoracji krzyża oraz akcentuje dwuznaczność adoracji krucyfiksu przez Markiewicza, mówiąc coś o doświadczeniach mistycznych, napięciu między adoracją i bluźnierstwem, zbliżaniu przeciwieństw, stawianiu widza wobec wyboru między podejrzliwością a zaufaniem wobec poczynań artysty. Owe mętne wywody profesora, który naczytał się Georgesa Bataille’a, ale przecież doskonale wie, że prowokacja Markiewicza jest tylko prymitywnym zbezczeszczeniem krucyfiksu, usiłują nadać sens pracy podopiecznego. Takiego sensu jednak tu nie ma. Sprawa dyplomu Markiewicza pokazuje, że formacja artystów dokonuje się jednak w zgodzie, a nie przeciw zasadom akademii. Grzegorz Kowalski kształci absolwentów pozbawionych wrażliwości i poczucia przyzwoitości. Akademia staje się wylęgarnią cwaniactwa, bezmyślności, pustych gestów i bełkotu.
Ten sam Jacek Markiewicz wystawia potem własne odchody w galerii rzeźby w Orońsku, gdzie pierwotnie zamierzał obsikać ściany, by zaznaczyć swoje terytorium oraz kręci film, na którym spółkuje z krucyfiksem w Muzeum Narodowym.
To był krucyfiks pochodzący z kościoła i modliły się doń pokolenia – wyznaje artysta. Przypisywano mu nadludzkie moce. A ja z nim spółkowałem. Pokazałem, że to nie Bóg a kawał drewna. (...) Chciałem, by to był nasączony modlitwami krucyfiks, by je gwałcić. W pracy dyplomowej miała miejsce – jak utrzymywał promotor – adoracja, tu zamierzeniem artysty jest gwałt.
PRYMITYWNA RADOŚĆ
Oto inne przykłady realizacji artystycznych absolwentów warszawskiej uczelni. Katarzyna Kozyra z przyprawionym członkiem udaje się do łaźni publicznej w celu podglądania ukrytą kamerą kąpiących się starszych mężczyzn. Artur Żmijewski, pracujący w sferze fotografii i wideo, przedstawia nagie zdjęcia pozbawionych rąk i nóg inwalidów w wymyślnych pozach. Alicja Żebrowska prezentuje na wystawach swoje narządy rodne, masturbuje się publicznie, wpycha i wyjmuje z pochwy różne przedmioty, „rodzi” lalkę Barbie. Wszędzie chodzi o poniżenie ciała, niestety, także rozumu. Kto to ogląda? Kto zezwala na takie pokazy? Tego nie wiemy. Artyści ci zostają szefami galerii, organizatorami i jurorami festiwali, wysyłani są, by reprezentowali Polskę na międzynarodowych pokazach sztuki. Widać bezradność Ministerstwa Kultury, które nie reaguje odpowiednio do sytuacji. Nawet nieśmiała próba utworzenia złożonej z poważnych ludzi rady programowej Zachęty wywołała zdecydowany sprzeciw środowisk
ultraliberalnych.
W tyle nie pozostają absolwenci Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Grzegorz Klaman pokazuje preparaty ludzkich organów i zdjęcia chorych, zdeformowanych embrionów. Robert Rumas zamyka w akwariach i wekach figurki Matki Boskiej i Jezusa. Pokazuje Matkę Boską płaczącą monetami. Krytyk nazywa to mianem „dekonstrukcji tradycji narodowo-chrześcijańskiej”. Te idiotyczne prowokacje antyreligijne, robione nie tylko w galeriach, ale i na gdańskich ulicach sprawiają prymitywną radość niektórym mediom i pewnemu gatunkowi krytyków sztuki.
Bywa, że językiem wulgarnej socjologii, przesiąkniętym poetyką zagrożenia wolności i modną obecnie kontestacją „represyjnego układu władzy” posługują się kontestatorzy Lewiatana... na państwowych posadach – pisze krytyk sztuki Janusz Marciniak. Tak jest w rzeczywistości. Ośrodkiem myśli repulsyjnej stał się na przykład Instytut Historii Sztuki UAM w Poznaniu, którego dyrektorem jest Piotr Piotrowski, ideolog sztuki walczącej z wiatrakami wszechobecnej władzy, z zagrożeniami, jakie niesie religia i normy społeczne. Krytyk ten popiera twórców łatwych, banalnych i bezmyślnych gniotów, dorabiając do tych prac bełkotliwe, zideologizowane uzasadnienia.
ZACHWYT POSTMODERNISTÓW
Natomiast krytyków oburzonych promocją tej spotworniałej sztuki, próbujących analizować jej „dzieła” i ich konsekwencje w zrozumiałym, jasnym języku (Andrzej Osęka, Janusz Marciniak, Małgorzata Kitowska, Krzysztof Jurecki, Jan Michalski), obrzuca się epitetami faszystów, fundamentalistów i innymi współczesnymi przekleństwami, nie podejmując dyskusji.
Krytyka postmodernistyczna (Piotr Piotrowski, Ryszard Ziarkiewicz, Bożena Czubak, Ewa Mikina) jest zachwycona. Bełkocze o rozbrajaniu dyskursów, „nurcie krytycznym”, o analizie mechanizmów kultury, otwartym stawianiu problemów płci i wzorców kulturowych, o
sondowaniu ciała jako pola projekcji psychokulturowych, wyrażaniu oporu wobec władzy itp.
Poprzez zestawienie banalnej figury Matki Boskiej z równie banalnym akwarium, kolorowymi muszlami, słoikami z konserwowaną żywnością Rumas chce podkreślić powierzchowność polskiego katolicyzmu – wywodzi Piotr Piotrowski.
Prezentowanie bez żadnego oporu własnej waginy, czy to w trakcie masturbacji wykonywanej sztucznym penisem, notabene przy odgłosach chrupania jabłka, symbolu grzechu pierworodnego i rzekomej słabości kobiety (...) służyło przełamaniu nie tylko tabu wizualnego, ale też wyrazistej manifestacji własnej cielesności. (...) Masturbacja pojawiła się więc jako opozycja wobec heteroseksualnego dyskursu seksualności
– pisze Piotrowski. Jak można dyskutować z taką logiką?
Wraz ze sztuką, na rozdrożu znalazł się język, którym o niej mówimy. Zamęt pojęciowy sprzyja mistyfikacjom i instrumentalnemu traktowaniu artysty. Łatwość i bezkarność w przenoszeniu niemal każdej terminologii (szczególnie z dziedziny nauk społecznych i polityki) na sferę sztuki sprawia, że tekst o sztuce przypomina nieraz literaturę polityczną lub spiskową teorię dziejów – pisze Janusz
Marciniak.
GŁOSY ZAWSTYDZONYCH
Z wypowiedzi artystów i krytyków mieszczących się w nurcie fizjologiczno-ginekologicznym nietrudno zrekonstruować obraz świata, jaki się u nich ukształtował. Naczelną wartością jest wolność, nieograniczona niczym, nawet bliskością czyjegoś nosa, jak zalecał klasyczny liberalizm. Odrzucają więc wszystko, co w ich pojęciu wolność tę ogranicza: normy społeczne, instytucje, państwo (nie do tego stopnia, by nie brać dotacji i stypendiów), krytykę artystyczną, sztukę tworzoną przez innych, inne sposoby myślenia. Wolność stawiają ponad rozum, godność i piękno, ponad prawdę, dobro i miłość. Celem sztuki staje się bunt, „przełamywanie tabu”, odreagowanie jakichś rzeczywistych czy urojonych upokorzeń. Społeczeństwo i jego instytucje są w tej wizji domeną wszechobecnej władzy. Artyści owi wszędzie widzą więc „mechanizmy represji i kontroli”. Nie wynika to bynajmniej z obserwacji rzeczywistości, która nie jest przecież w dzisiejszej Polsce nasycona tyranią skierowaną przeciw indywidualizmowi, tylko z poddania się modnym ideologiom. Przekonani są przy tym o swojej wyjątkowości i predestynacji do wykonywania gestów sprzeciwu. Brak im zakorzenienia w jakiejś tradycji i systemie wartości, bo wszystko odrzucili. Pozostaje repulsja, poczucie pokrzywdzenia, pomieszane z poczuciem triumfu nad zbiorowością. Widać tu ślady pospiesznie przyswojonych lektur modnych dziś pisarzy, filozofów i socjologów:
Foucaulta, Deleuze’a, Bataille’a, Lyotarda, Lacana, de Sade’a, Derridy, Baumana i tekstów radykalnego feminizmu oraz ślady rozpowszechnianych przez niektóre media strachów przed fundamentalizmem, szowinizmem, nacjonalizmem i innymi fetyszami. Nie chcę przez to powiedzieć, iż owa formacja polega na tym, że ludzie ci przeczytali niewłaściwe książki. Jednak umysły niespokojne, które dojrzewają w atmosferze postmodernistycznego zamętu, jaki zapanował w kulturze i w naszych uczelniach, gdy nie mają przy tym silnego osadzenia moralnego, zaczynają błądzić. Wydaje się, że zadaniem akademii jest wtedy pokazywanie niebezpieczeństw, jakie grożą, gdy wybiera się drogi prowadzące donikąd. Tymczasem akademia popiera puste gesty odrzucenia świata, profanacji symboli religijnych i poniżenia ciała ludzkiego. Popiera sztukę złą, kulturę spłaszczoną i zideologizowaną przeciw kulturze wysokiej. Tłumaczy nam się przy tym, że nasza dezaprobata wobec tego, co niskie, narusza fundamenty wolności. W telewizyjnym „Pegazie” Maria Anna Potocka i Marcin Świetlicki straszą nas, że gdyby wprowadzono jakieś ograniczenia, kloaczni artyści zostaną przyjęci z otwartymi ramionami za granicą. Nie wątpię. Byłaby przy tym okazja do krucjaty przeciwko zacofanej Polsce.
Dlaczego akademia nie powinna popierać sztuki nasyconej złem i pornografią, choćby najbardziej wolnej i niezależnej, a powinna popierać sztukę dobrą? Z tego samego powodu, który decyduje o tym, że nie przydziela się grantów na badania kreacjonistyczne, astrologiczne czy homeopatyczne, a w szkole nie uczy się (na razie) radiestezji, pornografii i muzyki techno. Taki wybór powszechnie uznawany jest za sensowny. Akademia także musi wybrać: sztuka albo kloaczna wolność, twórczość albo ginekologiczno-fizjologiczna ekspresja.
Piszę ten tekst nie po to, żeby skończyło się na pokątnych szeptach w warszawskiej czy gdańskiej ASP. Chciałbym, aby odezwali się ci, którym wstyd, że niektóre pracownie czy instytuty obrały taki kierunek, ci, którym zależy na tym, aby zasłużone uczelnie odzyskały dobre imię. Myślę, że warto na to zwrócić uwagę opinii publicznej. Wierzę, że takich profesorów jest większość. To do nich należy naprawa zepsutej reputacji państwowych szkół artystycznych. Pierwszym zadaniem będzie chyba podniesienie poziomu prac dyplomowych, aby wśród absolwentów nie było już miejsca dla hochsztaplerów.
|