|
|
EsejTragizm eutanazji wydaje się większy od dramatu cierpienia, Barbara Chyrowicz SSpS Sytuowanie jakiegokolwiek problemu na rozdrożu sugeruje więcej niż tylko jedno rozwiązanie. W przypadku problemów natury moralnej wielość rozstrzygnięć oznacza dodatkowo ambiwalencję ocen moralnych, a tę zwykliśmy określać mianem relatywizmu. We współczesnej bioetyce, poddającej ocenie ingerencje biomedyczne w psychofizyczną naturę człowieka, termin relatywizm bywa często zastępowany terminem pluralizm, który – z uwagi na kontekst, w którym najczęściej się przejawia – zyskuje zdecydowanie większą akceptację niż relatywizm. Pluralizm jest akceptowaną w życiu politycznym i społecznym wielością rozwiązań instytucjonalnych, religii, grup etnicznych, kultur i opinii politycznych. Przeniesiony na płaszczyznę moralną oznacza możliwość koegzystencji różnych poglądów natury moralnej, czyli odmiennych ocen odnoszących się do tych samych działań. Pluralizm moralnych ocen w dziedzinie bioetyki rozumiany jest przez niektórych jako smutna konieczność wynikająca ze wspomnianego wyżej pluralizmu kulturowego i politycznego. Odrzucanie go bywa stąd uznawane za pozycję beznadziejną, mielibyśmy być na niego dzisiaj po prostu skazani. Jeśli dyskusję nad moralną oceną dopuszczalności eutanazji prowadzi się w tak rozumianym, pluralistycznym kontekście, przestaje to być dyskusja mająca na celu znalezienie moralnie słusznej odpowiedzi. mamy raczej do czynienia z dyskusją o poglądach na temat eutanazji i to poglądach, które na mocy akceptowanego pluralizmu z góry pretendują do równouprawnienia. Ich uprawomocnienie zależy wprawdzie dodatkowo od demokratycznych struktur, te jednak, dysponując arsenałem możliwych odpowiedzi, dokonują wyboru kierując się często pozamoralnymi kategoriami społecznej użyteczności. W ten sposób szereg możliwych ingerencji natury biomedycznej, jak np. eutanazja czy przegłosowana ostatnio w parlamencie brytyjskim ustawa o tzw. terapeutycznym klonowaniu zarodków, zyskuje moc prawną. Jeśli uchwalanie podobnych ustaw nie kończy dyskusji na temat moralnej dopuszczalności działań prawnie dopuszczonych, to dlatego, że wspólna nam wszystkim moralna intuicja odsyła nas do głębszego i zarazem właściwego kryterium uznania działania za moralnie dopuszczalne: tu stawiamy pytanie już nie o pogląd na temat eutanazji, ale o racje, dla których nie wolno bądź wolno odebrać życie sobie samemu (w przypadku tzw. eutanazji samobójczej) bądź drugiemu człowiekowi. Racje te pretendują do słuszności, a to oznacza, że mają charakter wykluczający, sprawiają, że przeciwne im poglądy stają się nie do przyjęcia. Reprezentowanie określonego poglądu tylko wtedy jest sensowne, kiedy potrafimy go uzasadnić. Problem moralnej dopuszczalności eutanazji nie musi się wówczas sytuować na rozdrożu, eutanazja może zyskać jednoznaczną moralną ocenę. Jaką i dlaczego – to podstawowe pytania, na które będziemy chcieli udzielić odpowiedzi, na tyle wyczerpującej, na ile pozwoli na to krótki przecież tekst. ZAŁAMANIE NORMYZgodzimy się co do tego, że nie wolno nam podejmować działań bezpośrednio naruszających dobro drugiego człowieka bądź własne. W przypadku eutanazji dobrem tym jest nasze biologiczne życie, wartość o fundamentalnym znaczeniu dla całości naszej egzystencji. O ile wartość ludzkiego życia jako taka nie bywa podawana w wątpliwość, to odczytywana jest jako problematyczna w momencie, gdy biologiczna kondycja ludzkiego organizmu daleka jest od ideału, gdy życie naznaczone jest niekończącym się pasmem nieznośnego cierpienia. Norma zakazująca nam bezpośredniego naruszania dobra własnego bądź innych zdaje się ulegać wówczas załamaniu czy raczej przeformułowaniu. Czy można bowiem uznać za dobro życie, które na co dzień doświadczane jest jako nieznośny ciężar? Czyż dobrem nie wydaje się wówczas raczej wyzwalająca od nieznośnego cierpienia śmierć? Czyż nie dobija się koni? Czy mając na uwadze z jednej strony rozumność i wolność ludzkiego bytu, dzięki którym objawia się w świecie geniusz ludzkiej osoby, z drugiej zaś, wyniszczenie ludzkiego organizmu, pozbawiające człowieka możliwości osobowej ekspresji, nie należałoby uznać prawa człowieka do przerwania nieludzkiej zdawałoby się egzystencji? Mowa tu o prawie do śmierci, o egzekucję którego może wystąpić tylko sam zainteresowany (nie wykluczając pomocy drugich: eutanazja jest dzisiaj oddzielana od tzw. samobójstwa z towarzyszeniem lekarza), ponieważ wszelkie dotychczasowe regulacje prawne eutanazji przyjmują jedynie możliwość eutanazji dobrowolnej. Holenderska ustawa, której uchwalenie wywołało kolejną turę debaty nad eutanazją, przyznająca pacjentowi „prawo do śmierci” nie jest pierwszą ustawą eutanatyczną. W maju 1995 roku ustawa o dobrowolnej eutanazji terminalnie chorych została przyjęta na Północnym Terytorium Australii. Ustawa ta została anulowana w marcu 1997 roku. Dyskusja na temat możliwości prawnego dopuszczenia asysty przy samobójstwie toczy się od pierwszej połowy lat 90. w Stanach Zjednoczonych. Życie w tak fatalnej, jak opisana wyżej, kondycji nie jest postrzegane jako dobro, co więcej, nie jest uznawane za życie godne osoby ludzkiej. Dobra okazuje się wówczas raczej śmierć niż życie. Uznanie prawa do śmierci nie będzie, wobec powyższego, rozumiane jako naruszenie normy nakazującej szacunek dla ludzkiego życia, lecz raczej jako wyraz tegoż szacunku. Mamy zatem prawo, a nawet, jak sądzą niektórzy, obowiązek śmierci. Mając świadomość, jak wiele poświęcenia kosztuje naszych bliskich zapewnienie nam w stanach terminalnych opieki, winniśmy w szczególnie trudnych okolicznościach starać się o jak najszybsze zakończenie naszego życia. Jeśli rzeczywiście kochamy naszych bliskich, będziemy się starali oszczędzić im ofiar materialnych i duchowych. Prawo do śmierci czy nawet obowiązek śmierci, miałoby się więc łączyć z określoną jakością życia. Z chwilą, gdy cierpienie uczyni życie nieznośnym, możemy (czy nawet musimy) wybrać śmierć. I oto znów stajemy na rozdrożu, zmieniły się jedynie alternatywy: w miejscu „za” bądź „przeciw” eutanazji, pojawiły się tezy o wartości lub jakości ludzkiego życia. Wybranie pierwszej tezy jest równoznaczne z uznaniem wartości ludzkiego życia bez względu na jego jakość – wyklucza zatem możliwość eutanazji. Druga teza uzależnia wartość życia od jakości – przyzwala stąd na eutanazję w sytuacji utraty jakościowego standardu uznanego za niezbędny dla wartościowego życia. Okazuje się, że opinie na temat eutanazji pozostają ściśle związane z poglądami na wartość ludzkiego życia POTĘGA MYŚLICzy można przyjąć, że wobec szczególnie niskiej jakości nasze życie staje się „niewarte życia”? Zacznijmy od tego, że przyjęcie powyższej tezy wymaga ustalenia „progu”, poza którym wartość życia staje się wątpliwa. Wziąwszy pod uwagę, jak bardzo różnimy się w opiniach na temat zadowalającej nas, psychofizycznej kondycji naszego organizmu, trudno doprawdy o znalezienie tu jednoznacznego kryterium. Świadomi możliwych nadinterpretacji prawodawcy uznali, że aby można było prawnie przeprowadzić eutanazję, pacjent musi być w stanie terminalnym, a na nękającą go chorobę brak jest jakiejkolwiek terapii. Ostatnie miesiące czy tygodnie życia przyniosą mu jedynie cierpienie połączone często z zanikiem świadomości. Nikt z nas nie podejmował decyzji o przyjściu na świat, w obliczu tragicznego końca mielibyśmy mieć za to prawo do decydowania, jak, kiedy i gdzie umrzemy – w ten sposób ostatecznie realizowałaby się właściwa nam wolność. Czy można jednak w sposób logiczny mówić o prawie człowieka do śmierci, skoro śmierć jest nieuchronną koniecznością? To prawo, którego nie można człowiekowi nadać, z natury swej jest bowiem śmiertelny. Jedyne, na co możemy tutaj wpłynąć, to oddalenie bądź przyspieszenie już „wydanego wyroku”. Czy słuszne są zatem protesty przeciw eutanazji, skoro to jedynie przyspieszenie w tragicznych warunkach nieuchronnego końca? Zacznijmy od tego, że konieczność śmierci to nie tylko problem czasu, to również problem właściwego nam statusu – rozumnych i wolnych istot posiadających określoną gatunkiem Homo sapiens naturę. Nie jesteśmy panami życia, doświadczamy naszej przygodności, przemijalności, ułomności. Kruchość naszej biologicznej natury wydaje się stanowić kontrast w porównaniu z nieśmiertelnymi ideami stwarzanymi przez naszego ducha. Jakkolwiek to w nich właśnie ujawnia się ludzki geniusz, nie sposób realizować ich inaczej jak poprzez śmiertelne ciało. Nie potrzeba – pisał Pascal – by cały wszechświat uzbroił się, aby zmiażdżyć człowieka, mgła, kropla wody wystarczą, aby go zabić. Ale gdyby nawet wszechświat go zmiażdżył, człowiek byłby i tak czymś szlachetniejszym niż to, co go zabija, ponieważ wie, że umiera, i zna przewagę, którą wszechświat ma nad nim. W przekonaniu Pascala, ludzka godność spoczywa w myśli. Jest dyskusyjną sprawą, czy tylko w myśli (o tym dalej), prawdą jest natomiast, że ów zadziwiający kontrast pomiędzy kruchością życia i potęgą myśli potęgowany jest przez fakt, że nieśmiertelne idee realizujemy jedynie żyjąc. Tylko jeśli żyjemy – poznajemy, kochamy, odkrywamy, radujemy się, zwyciężamy, przegrywamy, rozpaczamy i także cierpimy. Uznanie ludzkiego życia za wartość oznacza z konieczności przyjęcie tego wszystkiego, co owo życie niesie. Przyjmując wartość ludzkiego życia in extenso nie można zatem ignorować faktu, że kruchość naszej biologicznej egzystencji powoduje czasem, iż ludzki geniusz nie ogląda światła. Oznacza to, że istoty wartości ludzkiego życia poszukiwać musimy głębiej niż tylko na płaszczyźnie osobowej ekspresji, tak bardzo związanej z kondycją naszego organizmu. Odwołujemy się wówczas do faktu, że ludzka natura jest rozumna ze swej istoty, ostatecznie zaś – jeśli tylko pozwalają na to nasze przekonania – wskazujemy na Boga, który w tajemnicy wcielenia uświęcił ludzką naturę, a jako ostateczny prawodawca upomina się o życie każdej istoty ludzkiej. Wartość ludzkiego życia sytuuje się zatem „poza jakością”. Rozumność i wolność ludzkiej osoby bywa okaleczona chorobą i wiekiem (tu objawia się właściwa jej śmiertelność), a mimo to jej życie pozostaje nadal wartością. Wartość nie umiera, można ją wprawdzie przekreślić (np. odbierając komuś życie), ale niczego w ten sposób samej wartości nie ujmujemy. SENS CIERPIENIACzy ludzkie życie może być uznane za mniej wartościowe, gdy pozostaje nam już jedynie cierpienie? Zważywszy na to, że cierpi ten sam człowiek, który wczoraj być może święcił jeszcze tryumfy, nie zmieniło się nic istotnego, zmieniła się biologiczna kondycja organizmu, która – na płaszczyźnie ontologicznej – nie pozwala wnosić o zmianie wartości życia jako takiej. Uznanie biologicznej jakości organizmu za czynnik wartościujący wiąże się zatem z uznaniem czynnika aspektywnego za istotny. W niczym to nie umniejsza powagi i ogromu cierpienia, którym naznaczone bywa ludzkie życie. Nie silę się tutaj na filozoficzne wyjaśnienie sensu cierpienia. Słuszna wydaje się pierwsza reakcja przyjaciół odwiedzających cierpiącego Hioba, którzy najpierw milczeli siedem dni i nocy widząc ogrom jego bólu (Hi 2, 13). Dopiero kiedy zaczęli prześcigać się wzajemnie w wyszukiwaniu powodów nieszczęścia Hioba, okazało się, jak niewiele rozumieją. Cierpienia nie da się zracjonalizować, można je jedynie przyjąć lub odrzucić. (I znów rozdroże...) Nie ulega wątpliwości, że dopiero wiara w transcendencję może nadać ludzkiemu cierpieniu sens. Czy to oznacza, że przeprowadzenie eutanazji w przypadku złamanego cierpieniem człowieka, któremu brak transcendentnej perspektywy, jest zrozumiałe i usprawiedliwione? O ile można i należy zrozumieć rozpaczliwe wołanie o śmierć, to nie wynika stąd słuszność eutanatycznych decyzji. Sama prośba nie sankcjonuje bowiem wykonania. Wykonanie oznacza natomiast w przypadku eutanazji zabójstwo lub samobójstwo. Zacznijmy od samobójstwa. Zwolennicy eutanazji zwracają uwagę, że człowiek ma prawo do decydowania o własnym życiu. W pewnym obszarze naszych działań jest to słuszne. O samych sobie podejmujemy wszak decyzje, których nie wolno nam podejmować o innych, wolno mi np. narazić własne życie na śmierć ze słusznych powodów, a nawet oddać życie za innych, chociaż podobnych decyzji nie wolno mi podjąć względem drugich. Nie oznacza to jednak bezwzględnego prawa do własnego życia. I to nie tylko dlatego, że – jak to już wyżej zauważyliśmy – nie jesteśmy panami życia, a włączenie w kontekst wzajemnych relacji sprawia, że nasze życie nie jest innym obojętne. Nie chodzi przecież o to tylko, żeby żyć, chodzi o to, żeby żyć dobrze. Zbytnim uproszczeniem byłoby twierdzenie, że cierpienie jest błogosławieństwem. Cierpienie zawsze jest złem, złem fizycznym, a nie moralnym, ale zdecydowanie złem. Słuszną rzeczą jest zatem uśmierzanie bólu – tak dalece, jak to tylko możliwe. Uśmierzenie fizycznego bólu nie ukoi jednak bólu przemijania. W obliczu śmierci zawsze stajemy samotni – cierpimy. Cierpienie może być jednak, i często bywa, szansą. Pozbawieni zdawałoby się wszystkiego, odzyskujemy czasem siebie. Wyłączeni z wiru codziennych spraw, zaaferowań, zadań i obowiązków stajemy nadzy, zdawałoby się, wobec samych siebie. Nie tylko doznajemy bólu, ale cierpimy poznając do głębi dramat istnienia ludzkich osób, które świadome własnego przemijania pragną przecież żyć. I gdyby tylko odebrać im cierpienie, nie wołają o śmierć. A mogą wołać przytłoczeni nie tylko cierpieniem, ale i społecznym naciskiem. Przecież jest ustawa, są koszty, są zdrowi i pełni energii, niekoniecznie zainteresowani losem Hioba... Czy zatem prośba o eutanazję jest rzeczywiście dobrowolna, jak wymaga tego ustawa? Przyjęcie eutanatycznej ustawy oznacza zgodę na zabijanie w określonych okolicznościach. Okoliczności są tragiczne, ale nie zmieniają natury czynu, podobnie jak utrata zdrowia nie zmienia wartości ludzkiego życia. Tragizm eutanazji wydaje się większy od dramatu cierpienia, ponieważ „oswaja” zabójstwo. „Oswojone zabójstwo”, wykonywane w „cywilizowany” sposób, nie straszy, wykorzystuje zdobycze medycyny, jest poparte wcale pokaźną ideologią humanizmu, powołuje się na prawo. Przyjmując ustawę o dopuszczalności aborcji stwierdzono, że czasem lepiej jest nie żyć, obrońcy ustawy eutanatycznej dowodzą nam, że czasem lepiej już nie żyć. Kto następny? Dr Barbara Chyrowicz SSpS, etyk, jest adiunktem w Katedrze Etyki Szczegółowej KUL. |
|
|