|
|
10 lat KBNW każdej dziedzinie wiedzy istnieje „niewidzialny uniwersytet”, Ryszard Tadeusiewicz Okrągła rocznica 10 lat upływających od momentu utworzenia Komitetu Badań Naukowych skłania do próby całościowego spojrzenia na to, czym był, czym jest i ku czemu zmierza KBN. Czuję się upoważniony do zabrania głosu w tej sprawie, ponieważ miałem bliski kontakt z pracami Komitetu od samego początku jego istnienia (w pierwszej kadencji byłem wybranym przez środowiska naukowe członkiem Komisji Badań Podstawowych), pracowałem w nim dosyć długo (w drugiej kadencji wybrano mnie ponownie, tym razem na członka Komisji Badań Stosowanych) i działam w nim do dzisiaj (jestem przewodniczącym Sekcji Informatyki). Byłem więc aktywnym członkiem Komitetu w jego historycznych początkach, obserwowałem z bliska jego rozwój i znam w miarę dobrze jego aktualny stan. Co ważniejsze, najpierw jako prorektor ds. badań naukowych, a potem już jako rektor AGH miałem okazję do odbycia kilku ważnych rozmów z twórcą KBN, byłym rektorem AGH, prof. Janem Janowskim, znam więc dodatkowo tło i kulisy jego powstania. GENEZA KOMITETUNa marginesie przytoczonych wyżej stwierdzeń pozwolę tu sobie na pewną dygresję. Jak wiadomo, sukces ma zawsze wielu ojców, jednak z okazji jubileuszu KBN koniecznie należy przypomnieć, że zasadnicze zręby koncepcji takiego „sejmiku uczonych” stworzył właśnie urzędujący wtedy rektor AGH, prof. Jan Janowski. Trzeba także przypomnieć, że to właśnie on, w burzliwym i trudnym okresie „wczesnego Balcerowicza”, zdobył i zabezpieczył fundusze, na podstawie których utworzył działającą do dzisiaj Fundację na rzecz Nauki Polskiej. Wszystkiego tego Jan Janowski dokonał, ponieważ pełnił wówczas równocześnie funkcję wicepremiera i ministra odpowiedzialnego za sprawy nauki w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. To właśnie jego ocena nieciekawej sytuacji w ówczesnym Urzędzie Postępu Technicznego i Wdrożeń (którego był ministrem-kierownikiem) doprowadziła go do wniosku, popartego potem przez innych członków pierwszego demokratycznego rządu RP oraz przez Sejm i Senat, że sprawy nauki trzeba w większym stopniu powierzyć samym uczonym. Pamiętam dokładnie, jak kilka lat później, już trawiony śmiertelną chorobą, ale wciąż pełen żaru wynikającego z dobrowolnie podjętej misji, mówił mi prof. Janowski o konieczności eliminowania z zarządzania nauką kryteriów biurokratycznych na rzecz merytorycznych. Myślę, że warto dzisiaj przypomnieć tę ideę twórcy KBN, bo jakoś tak się dzieje, że rok po roku wszystko zmierza dokładnie w przeciwną stronę. Z rozmów z moim Wielkim Poprzednikiem dowiedziałem się wtedy bardzo wiele o kulisach merytorycznych, politycznych, ale także i personalnych towarzyszących formowaniu zasad, na których opierał się (coraz bardziej jednak od nich odchodząc) Komitet Badań Naukowych w ciągu minionych 10 lat. Nie wszystkie z zakulisowych informacji mogą być już ujawnione, jednak wyposażony w te wiadomości i bogatszy o moje własne doświadczenia, zdobyte podczas wielu lat pracy w gmachu przy ulicy Wspólnej, spróbuję nakreślić obraz mojej oceny historii KBN i jego dalszych perspektyw. WSPOMINKI Z OKRESU PIONIERSKIEGONa początku był entuzjazm. Takie to zresztą były czasy – czy pamiętają Państwo jeszcze ponawiane w mediach apele i deklaracje, że oto „jesteśmy we własnym domu”, że powinniśmy brać sprawy w nasze ręce? W tym „pierwszym KBN” braliśmy je w nasze ręce, nie oglądając się na układy, koneksje, ważne uwarunkowania – tylko po prostu uczciwie i merytorycznie. Doskonałym punktem wyjścia do stworzenia takiej atmosfery dobrej pracy i prymatu kryteriów merytorycznych, były znakomicie przeprowadzone powszechne, demokratyczne i wtedy jeszcze pozbawione elementów koniunkturalnej gry (my was, ale za to wy nas) wybory przedstawicieli środowisk naukowych. Nie powinienem może tego mówić, jako jeden z tych, którzy wtedy zostali wybrani, ale twierdzę, że wówczas po raz pierwszy (i chyba ostatni) o wejściu do KBN decydowały wyłącznie cechy osobowe i autorytet kandydatów, a nie „układy”. Wynikało to głównie z faktu, że w momencie przeprowadzania wyborów nikt tak naprawdę jeszcze nie wiedział, że w gestii KBN znajdzie się klucz do kasy z pieniędzmi na badania naukowe, więc wyborcy pozwalali sobie na luksus myślenia w kategoriach racji, a nie w kategoriach interesów. W jakimś (stale malejącym) stopniu udało się to zachować w wyborach do drugiej i trzeciej kadencji. Jak jest teraz – każdy widzi. To samo w dużej mierze dotyczyło sceny politycznej. Za czasów „pierwszego KBN” nie traktowano jeszcze Komitetu jako kolejnej zdobyczy politycznej przy podziale tek ministerialnych, stąd pierwszym szefem KBN był kandydat powołany tam (przez Sejm RP) ze względu na swoje cechy osobowe, a nie układy partyjne. Zaowocowało to doskonałą współpracą ówczesnego przewodniczącego, wybitnego badacza, ale także doskonałego organizatora nauki, prof. Witolda Karczewskiego i całej naukowej (to znaczy wybranej przez środowiska naukowe) części Komitetu. Podstawą tej dobrej współpracy był fakt, że ówczesny minister traktował komisje Komitetu w sposób partnerski. Przychodził na zebrania, zabierał głos, argumentował, przekonywał i dawał się przekonać. Był jednym z nas. Dzięki temu doskonale układała się także współpraca pomiędzy członkami Komitetu, którzy pochodzili z ogólnopolskich wyborów w środowiskach naukowych, i tymi członkami, którzy weszli do Komitetu z nominacji. Co ciekawsze i, jak dowiodły tego następne lata, co jest jeszcze trudniejsze do osiągnięcia, w tym początkowym okresie bardzo dobra była współpraca pomiędzy członkami Komitetu a zatrudnionymi tu urzędnikami. Może zresztą w tym zakresie moja optyka jest nieco zdeformowana faktem, że akurat zarówno zespół P4, w którym pracowałem podczas pierwszej kadencji, jak i zespół T11 w drugiej kadencji, miały naprawdę doskonałych sekretarzy przydzielonych przez Urząd KBN: kompetentnych, rzeczowych, nie próbujących narzucać własnych opinii, ale na życzenie umiejących dostarczyć wszelkich niezbędnych danych – słowem idealnych. Być może w innych zespołach bywało incydentalnie inaczej, jednak generalnie w całym Komitecie dominował klimat wzajemnego poszanowania i konstruktywnego współdziałania między naukowcami a urzędnikami, co korzystnie odbijało się na efektach pracy. Piszę o tym z pewną nostalgią, gdyż bywając obecnie w KBN dostrzegam niekiedy ze zdumieniem objawy traktowania naukowców przez urzędników z pewnym rodzajem pobłażliwej wyższości. Nie jest to absolutnie regułą, przeciwnie – mówię o niechlubnych wyjątkach, ale są one na tyle uderzające, że zmuszają do zastanowienia, z czego się to bierze i do czego zmierza? Przyczyna występowania dostrzeganej obecnie arogancji niektórych urzędników KBN wobec naukowców wynika może po części z tego, że wybierani przez środowiska naukowe członkowie przychodzą i odchodzą zgodnie z rytmem mijających kadencji, a urzędnicy trwają. W związku z tym, to właśnie urzędnicy z reguły nieporównanie lepiej niż naukowcy orientują się w skomplikowanych i ciągle zmienianych procedurach, przepisach, formularzach, regulaminach, w jakie „obrósł” KBN. Ci ostatni znają merytoryczną stronę zagadnień, którymi powinien zajmować się KBN, ale na setkach przykładów można się przekonać, że w starciu merytorycznej racji i urzędowego przepisu niezmiennie wygrywa przepis. Opisywanemu stanowi rzeczy winni są niewątpliwie także sami naukowcy, gdyż nie raz i nie dwa widziałem w KBN żenujące przykłady uniżonego, wręcz serwilistycznego podejścia badaczy (czasem o światowej sławie!) do nawet bardzo niskiego rangą urzędnika, który miał nad profesorem tylko tę przewagę, że pełniona funkcja dawała mu prawo do dysponowania pieniędzmi podatników, niezbędnymi do realizacji naukowej misji profesora. Taka postawa, niestety dzisiaj częstsza niż kiedyś, jest równie naganna, jak wspominane dalej przypadki wymuszania przez naukowców słabo uzasadnionych racjonalnie decyzji na podstawie miażdżących, ich zdaniem, argumentów osobistego autorytetu lub pozycji instytucji. PRACA, UCZCIWOŚĆ, NIEUSTĘPLIWOŚĆNastrój rzeczowości, pracowitości i nieustępliwości towarzyszył pracy wszystkich ciał kolegialnych „pierwszego KBN”. A nie było nam wcale łatwo. Nikt z nas właściwie nie był przygotowany do tego, żeby spełniać rolę, do jakiej nas powołano. Zostaliśmy wybrani, gdyż uznano nasz autorytet naukowy, ale pomiędzy autorytetem naukowym a sprawnością urzędniczą jest przepaść – tu i tam potrzebne są zupełnie inne umiejętności, uzdolnienia, nawet cechy osobowości. Oderwani od swoich aparatów, prac badawczych, laboratoriów, studentów, instytutów i uczelni, musieliśmy nagle stawić czoło problemom, których nikt w Polsce wcześniej nie podejmował ani nawet nie przeczuwał ich istnienia. Niektórzy z nas znali wprawdzie systemy grantów badawczych funkcjonujące w USA lub w różnych krajach Europy Zachodniej, ale ten nasz polski system był jednak odmienny od większości systemów zagranicznych, a ponadto pojawiał się jako nowość w polskim środowisku naukowym, które było wcześniej latami przyzwyczajane do zupełnie innych zasad i kryteriów rozdziału funduszy naukowych. Najważniejszą nowością, z którą długo nie mogli się pogodzić badacze, był fakt przyznawania funduszy na zasadzie konkursu, w którym tylko nieliczni mogą wygrywać. Dokładniej – wygrywa średnio tylko co piąty projekt. Tego wcześniej nie było. Za czasów komunistycznych w rozmaitych CPBR i CPBP obowiązywała zasada, że aprobatę zyskiwał każdy w miarę sensowny projekt (inna rzecz, że finansowanie badań bywało mniej sensowne), a tu nagle 80 proc. projektów jest odrzucanych. W związku z tym, już od pierwszych dni pracy w KBN spotkaliśmy się z ogromną masą żalów i pretensji różnych uczonych, przy czym powtarzającym się składnikiem odwołań, pouczeń i zażaleń, jakie kierowano do KBN, było stwierdzenie: Przecież nikt nie wykazał, że mój projekt jest błędny czy bezwartościowy – więc jakim prawem nie przyznano mi pieniędzy na jego realizację?! Trzeba było wielu lat, żeby środowiska naukowe przyjęły do wiadomości zasadę, że nie wystarczy zgłoszenie dobrego projektu naukowego – w warunkach ostrego konkursu trzeba mieć projekt lepszy niż te, które zgłosili konkurenci. Niestety, do wypracowania tej świadomości prowadziła prawdziwa droga przez mękę. Recenzenci oceniający projekty byli (i są nadal) chronieni przez swoją pełną anonimowość. Natomiast członkowie komisji i zespołów KBN byli i są znani z imienia i nazwiska. W efekcie, każdy badacz, który nie dostał oczekiwanego grantu, uważał, że padł ofiarą podłości tych właśnie konkretnych osób, które ośmieliły się nie docenić jego wspaniałych pomysłów naukowych. Stąd, zwłaszcza przy pierwszych konkursach o granty, byliśmy regularnie i personalnie odsądzani od czci i wiary, a z każdym kolejnym konkursem każdemu z nas przybywała nowa kolekcja osobistych wrogów. Proces ten zresztą był ściśle jednokierunkowy, jako że sympatyków nam nie przybywało, ponieważ każdy uczony, który otrzymał grant uważał (i słusznie), że dostał go, ponieważ miał doskonałą ideę naukową, więc z jego punktu widzenia nasza zasługa była mniej więcej taka, jak listonosza. Trzeba było naprawdę wiele samozaparcia, uporu, a zwłaszcza wiary w sens tego, co robimy, żeby wytrwać i stale stosować te same (wysokie!) kryteria. CZY PAN WIE, KTO JA JESTEM?Typowym scenariuszem w „pierwszym KBN” było także zastraszanie jego członków personalną pozycją wnioskodawcy lub urzędową pozycją instytucji. Nagminne były naciski, by stosować kryteria personalne w miejsce kryteriów merytorycznych (Jak to – ja nie dostanę grantu? Przecież ja jestem...), a także próby obchodzenia całej procedury „bokiem”, poprzez komeraże polityczne albo formalne nagonki prasowe. Te kampanie nasiliły się gwałtownie, gdy KBN przystąpił do najtrudniejszego dzieła – do pierwszej w historii polskiej nauki kategoryzacji jednostek naukowych. Mimo nacisków, awantur i przepychanek udało nam się zachować niezależny sąd, chociaż zadanie było niezwykle trudne. Pamiętam taki weekend w 1992 roku, w czasie którego, pracując prawie bez przerwy od wczesnego ranka do późnego wieczora, pięcioosobowy Zespół Podstawowych Nauk Technicznych (P4), którego byłem członkiem, musiał ustalić kategorie wszystkich jednostek naukowych działających w obszarze szeroko rozumianych nauk technicznych. Była to katorżnicza robota, w czasie której wertowaliśmy dziesiątki stronic różnych zestawień, wykazów, sprawozdań, wielokrotnie wracaliśmy do tych samych pozycji, dokonując porównań w grupach, porównań parami, rankingów według danych liczbowych i według różnych opinii, odbyliśmy dziesiątki rozmów, zasięgaliśmy opinii – wreszcie zaproponowaliśmy jakieś, naszym zdaniem obiektywne, uporządkowanie. Awantura, jaka potem wybuchła, nie miała sobie chyba równej w dziejach nauki polskiej. Każda (ale to absolutnie każda!) jednostka, która nie otrzymała najwyższej kategorii (wtedy się to nazywało kategorią A), zgłaszała do nas pretensje. W moim polu widzenia najbardziej agresywne były instytuty Polskiej Akademii Nauk. Przez całe dziesięciolecia przyzwyczajane do posiadania uprzywilejowanej pozycji w systemie naukowym PRL, znalazły się nagle w sytuacji, w której ich pozycję na liście rankingowej miał wyznaczać konkretny dorobek całej zatrudnionej kadry, a nie wyłącznie nazwisko i pozycja kilku prominentnych członków Rady Naukowej. To był obrazoburczy zamach na uświęcone tradycją zasady i dlatego każdy z nas zaliczył wtedy swoją porcję zniewag i inwektyw. Zdobyliśmy się jednak na obiektywizm przy ocenie tych instytutów (i niektórych JBR-ów, które także bywały czasem „świętymi krowami” poprzedniego układu), co pozwoliło wskazać, że niektóre z nich są naprawdę bardzo dobre, ale niektóre nie. To było zresztą w środowisku znane od dawna, ale myśmy ten fakt ujawnili. Był to szok, którego praktyczną konsekwencją stał się gwałtowny atak na nas i na
KBN. SZTUKA STEROWANIA NAUKĄPamiętam wiele posiedzeń, na których spieraliśmy się gorąco o sprawy polityki naukowej państwa (polityki takiej nie ma zresztą do dziś), grały emocje, padały czasem nawet ostre argumenty, bo wszyscy dopiero uczyliśmy się tego, jak można kolegialnie i parametrycznie sterować nauką bez sięgania do techniki sterowania ręcznego, ale pamiętam też atmosferę rzetelnej merytorycznej debaty, z ogromną siłą rzeczowego argumentu i bez sięgania do argumentu siły, wynikającej ze stanowiska czy z posiadanej pozycji. Na pewno wielka była w tym także zasługa wspaniałego człowieka, prof. Karczewskiego, pierwszego przewodniczącego KBN, a także (w moim polu widzenia) prof. Henryka Samsonowicza, przewodniczącego Komisji Badań Podstawowych, w której wtedy pracowałem. Obaj prowadzili obrady KBN z tak ogromną kulturą osobistą i z takim wdziękiem, że pozostaje to dla mnie do dzisiaj niedościgłym wzorem. Szanowany był przy tym i uważnie wysłuchiwany każdy głos. Byłem wtedy najmłodszym członkiem mojego zespołu (moi koledzy mieli synów w moim wieku) i chyba jednym z najmłodszych członków Komitetu. Powodowało to, że czasem zapalczywie wygłaszałem poglądy zbyt radykalne lub nie do końca przemyślane. Pamiętam dokładnie, jak po mojej wypowiedzi wskazującej na to, że my tu się zajmujemy drobiazgami, a ważne strategiczne sprawy są ciągle nietknięte, prof. Samsonowicz dowcipnie, ale wyrozumiale tłumaczył mi (jako historyk), że strategią można się zająć, gdy się uporządkuje sprawy na poziomie taktyki. Wszystko to umacniało i cementowało atmosferę dobrej współpracy i autentycznego wzajemnego szacunku, jaka panowała pomiędzy członkami Komitetu, a także między przewodniczącym, członkami komisji i zespołów oraz urzędnikami KBN. Wszyscy pracowaliśmy ofiarnie i wszyscy mieliśmy wspólny cel, co pomagało nam przetrwać okres najgorszej nagonki, kiedy wydawało się, że zbiorowy gniew wszystkich niezadowolonych zmiecie KBN z powierzchni ziemi. W TRYBACH POLITYKITa dobra atmosfera i dobre wyniki pracy „pierwszego KBN“ powodowały, że uważaliśmy je za wartość, która zdecydowanie powinna być pielęgnowana i chroniona. Dlatego pamiętam dokładnie, jak w nerwowym napięciu oczekiwaliśmy wszyscy na wiadomość, czy zmiana rządu Tadeusza Mazowieckiego na rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego spowoduje zmianę także na stanowisku przewodniczącego KBN, czy też nie. Wszyscy chcieliśmy, żeby prof. Karczewski pozostał na stanowisku. Pozostał, a powszechny entuzjazm, jaki z tego powodu zapanował na ulicy Wspólnej, był najbardziej wymownym dowodem szacunku i sympatii, jakimi cieszył się ten spokojny, rzeczowy, pracowity, ale i nieustępliwy człowiek, zarówno wśród badaczy, jak i urzędników KBN. Potem jednak przyszły gorsze czasy. Urząd przewodniczącego KBN w coraz mniejszym stopniu przypominał funkcję zwierzchnika sejmiku polskich uczonych, a coraz bardziej stawał się urzędem ministerialnym. Zaczęło się to jeszcze za czasów prof. Karczewskiego, który dosłownie na naszych oczach zmienił się: coraz mniej uwagi poświęcał komisjom, a coraz więcej czasu spędzał w Urzędzie Rady Ministrów. Pewnie były ważne powody po temu, pewnie dzięki temu mógł wywalczyć dodatkowe fundusze dla nauki, pewnie było mnóstwo obiektywnych uwarunkowań. Jednak z pozycji szarego członka KBN miałem tylko jedno wrażenie: prof. Karczewski w coraz mniejszym stopniu był jednym z nas, a coraz bardziej stawał się jednym z nich. Konsekwencja była łatwa do przewidzenia: kto polityką wojuje, ten od polityki ginie. Urząd przewodniczącego KBN stał się po prostu jeszcze jednym ministerstwem, a funkcję ministra zaczęli obsadzać z nominacji partyjnej politycy zwycięskich koalicji. Spowodowało to z kolei osłabienie roli uczonych, wybieralnych członków KBN, a wzmocnienie pozycji urzędników. Idea twórcy KBN prof. Janowskiego, zakładająca, że o finansowaniu badań naukowych powinni decydować badacze (bo tylko oni wiedzą, o czym tak naprawdę jest mowa), zaczęła się z wolna rozpadać, a wraz z wprowadzoną na początku 2001 roku nowelizacją ustawy o KBN ostatecznie legła w gruzach. Teraz o wszystkim decydują (i będą decydować) urzędnicy. Wybieralni przez środowiska naukowe członkowie KBN systematycznie będą mieli coraz mniej do powiedzenia, aż wreszcie ich rola zostanie sprowadzona do funkcji listka figowego. Jednym z najbardziej dostrzegalnych efektów zachodzących przemian jest systematyczna formalizacja i biurokratyzacja wszelkich procedur decyzyjnych. W dawnym KBN liczba formularzy, regulaminów, nienaruszalnych zasad i jedynie słusznych racji była znacząco mniejsza niż teraz. Jeden z wybitnych uczonych, z którym miałem zaszczyt współpracować w tamtych pionierskich czasach, mówił nawet, że do podejmowania decyzji wystarcza dekalog, a reszta to już jest sprawa mądrej interpretacji. Obserwując wyniki pracy tego pierwszego, „zdroworozsądkowego” KBN i obecnej zbiurokratyzowanej machiny jestem skłonny przyznać rację mojemu ówczesnemu rozmówcy. Sformalizowane zasady podejmowania decyzji sprzyjają temu, że decydent nie musi mieć specjalistycznej wiedzy, bo za niego myśli algorytm, ani nie musi mieć odwagi cywilnej, bo zawsze może zasłonić się odpowiednim regulaminem. Nazywając rzeczy po imieniu: formalizacja procedur sprzyja głównie temu, żeby decyzje mógł podejmować urzędnik, a nie uczony. Wybierani do KBN naukowcy zawsze mieli wiedzę – może nie taką szczegółową i specjalistyczną we wszystkich dziedzinach, bo to było i jest niemożliwe, jako że obecne rozproszenie problematyki naukowej jest niesłychanie szerokie i żadne ciało kolegialne o ograniczonej liczebności nie może znać całości problematyki badań naukowych nawet w pewnej określonej dziedzinie. Jednak każdy z wybranych naukowców był przede wszystkim badaczem i na podstawie swoich doświadczeń wyniesionych z laboratoriów potrafił zazwyczaj odróżnić problem naukowy od jego pozoracji, a także innowacyjną koncepcję od pustego młócenia naukowych plew. Oczywiście, zdarzały się przy tym pomyłki i błędy. Jednak w dzisiejszej sformalizowanej i zbiurokratyzowanej procedurze także ich nie brakuje. W okresie, kiedy w „pierwszym KBN” podejmowaliśmy pierwsze decyzje – np. na temat kategoryzacji jednostek naukowych – nie mieliśmy żadnych sformalizowanych procedur. Mimo to, a może właśnie dlatego, staraliśmy się robić to maksymalnie wnikliwie, sprawiedliwie i bezstronnie. Opieraliśmy się na tym, co w nauce jest i będzie wartością nadrzędną i najbardziej niezawodną – na opinii środowisk. Naprawdę, w każdej konkretnej dziedzinie wiedzy istnieje „niewidzialny uniwersytet”, a badacze z innych ośrodków doskonale wiedzą, gdzie się uprawia wartościową naukę, a gdzie dominują jej pozory. My mieliśmy tę wiedzę i opartą na niej odwagę, dlatego podejmowaliśmy decyzje we własnym imieniu i ponosiliśmy za nie odpowiedzialność wobec środowiska. Oczywiście, nie zawsze były to decyzje trafne, popełniliśmy wiele błędów, często przekonywaliśmy się, że „dobrymi intencjami jest wybrukowane dno piekieł”, a jeszcze boleśniej przekonywaliśmy się, że nie zawsze można wierzyć we wszystko, co nam mówią lub piszą, gdyż nie zawsze wysoka pozycja naukowa idzie w parze z wysoką pozycją moralną. Jednak rażących błędów było zadziwiająco mało. Teraz wszystko zmierza w kierunku formalizacji, obiektywizacji, algorytmizacji. Dzięki temu pojawia się przeświadczenie, że decyzje – np. o kategoriach – będą mogły być podejmowane bez konieczności odwoływania się do opinii, która istnieje w środowiskach i naprawdę jest najwięcej warta. Nie chcę przytaczać anegdot o tym, jak by wypadli w kategoryzacji KBN najwięksi uczeni wszech czasów, powtarzam jednak do znudzenia moją tezę, że odbieranie w tej sprawie prawa opinii uczonym i przyznawanie tych prerogatyw urzędnikom jest krokiem w zdecydowanie złą stronę. Tylko pozornie cokolwiek w tej sprawie mogą zmienić kolekcjonowane i podliczane punkty, odwołania (lub nie) do listy filadelfijskiej i innych (równie podejrzanych) technik „naukometrii”. Ignorant wyposażony w komputer pozostaje ignorantem, natomiast prawdziwy uczony, wyposażony w wiedzę wynikającą z codziennego obcowania z materią badań naukowych, potrafi naprawdę obiektywnie wyceniać to, czego nie widać w mechanicznie tworzonych i bezmyślnie przetwarzanych zestawieniach – naukowy autorytet. On istnieje, chociaż biurokratyzujący się KBN nie chce w to uwierzyć. Prof. dr hab. Ryszard Tadeusiewicz, biocybernetyk, jest rektorem Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. |
|
|