|
|
Życie akademickieStudenci albo zgodnie chwalą patronujący im dziekanat, Bartłomiej Guz Wnętrza dziekanatów niewiele się różnią od wyposażenia innych urzędniczych pomieszczeń. Wokół szafki pełne dokumentów, których nie brakuje także i na biurkach, gdzie obok komputerów widnieje tradycyjna kolekcja długopisów, ołówków, korektorów i linijek. I pomyśleć, że takie miejsce jest mekką dla tych, którzy doznają uroków studenckiego życia, i przeważnie zdają się mieć uczulenie na wszelkie formy biurokracji. PRACA ŻMUDNA, CIĘŻKA I NIEDOCENIANA– O czym tu pisać? – zastanawia się pani kierownik jednego z dziekanatów UMCS w Lublinie (która z racji tego, że to dziekan ma prawo reprezentować administrację wydziału, zastrzegła sobie anonimowość). – Praca w dziekanacie, jak każda praca urzędnicza, jest żmudna i ciężka. Rzeczywiście, trudno polemizować z tą opinią. W dziekanacie jest przygotowywana cała dokumentacja do rekrutacji, wydawane są indeksy, legitymacje, karty egzaminacyjne, protokoły, zaświadczenia do banku i do wojska, zaświadczenia o przygotowaniu pedagogicznym, a ponadto są tam rozstrzygane kwestie związane ze stypendiami, zapomogami, akademikami, obiadami. – Można powiedzieć, że obsługa studenta jest u nas kompletna – oznajmia pani kierownik. – Często zdarza się, że niezorientowany student kieruje się np. do działu toku studiów z kwestiami, które rozstrzyga się u nas, natomiast prawie nigdy nie zdarza się sytuacja, kiedy to my kierujemy niedoinformowanego studenta gdzie indziej, tłumacząc mu, że jego sprawa leży poza naszymi kompetencjami. PRZYJĘCIA I ZAPROSZENIANiestety, nie wszystkie dziekanaty cieszą się uznaniem wśród studentów. Ci zazwyczaj niechętnie odbywają tam przymusowe wędrówki, zwłaszcza jeśli przed wejściem czeka na nich długa kolejka innych interesantów, co powoduje znużenie po obu stronach drzwi. I tu zarysowuje się już pierwszy konflikt między racjami obu stron. Studenci – pytani przeze mnie, jakich zmian życzyliby sobie w funkcjonowaniu dziekanatów – często odpowiadali, że trzeba wydłużyć czas przyjmowania interesantów. – Na drzwiach do dziekanatu zwykle umieszczona jest tabliczka: dziekanat czynny od 8 do 15, przyjęcia studentów od 11 do 14. Czy to nie jest absurdalne? – zastanawia się Tomasz. – To tak samo, jakby na drzwiach do sklepu napisać: czynne od 8 do 18, przyjęcia klientów od 12 do 14. Pocieszające jest to, że jedna z pań pracujących w dziekanacie w tej sytuacji czynnie opowiedziała się po stronie studentów. – Jeśli do mnie przychodzą, nie spoglądam na zegarek i nie mówię: przyszedł pan za wcześnie, musi pan dwie godziny poczekać. przyszła pani pół godziny za późno, musi pani przyjść jutro. Ale jednak na drzwiach wciąż wisi tabliczka ściśle wyznaczająca terminy przyjęć – zauważam nieśmiało. – No to co? – pada odpowiedź. – Tylko studenci pierwszego roku mogą się nią przejąć, ale z czasem i oni przekonują się, że jej treść nie jest aż tak istotna. Niestety, to stwierdzenie jest czymś niewiarygodnym dla studentów, którzy w swych dziekanatach nie mieli szczęścia spotkać się z taką życzliwością. – Wchodzę do dziekanatu, a urzędniczka pyta mnie, jaki dzisiaj dzień. Podaję więc datę i słyszę, że w pytaniu nie chodziło o to, którego dziś mamy, ale o to, jaki jest dzień tygodnia. Kiedy mówię, że poniedziałek, pani każe mi wyjść i dokładnie obejrzeć drzwi od zewnątrz. Nie wiedząc, co się dzieje, wychodzę i spoglądam na drzwi. A tam na tabliczce napisane, że w poniedziałki dziekanat nieczynny – opowiada Marek. Na szczęście, o przyznaniu dnia wolnego od przyjęć decyduje dziekan i coraz częściej zdarza się, że na mocy jego decyzji dziekanaty są czynne od poniedziałku do piątku. Marek może się jednak uważać za szczęśliwca, gdyż – choć nic nie udało mu się uzyskać – przynajmniej nie stracił zbyt wiele czasu. O wiele bardziej irytujące dla studentów są sytuacje, kiedy po długim oczekiwaniu w kolejce dowiadują się, że czas przyjęć właśnie minął i wszyscy są zaproszeni na kolejny dzień. Wtedy – wśród ogólnego jęku – niektórzy ze studentów wzdychają głośno, że takie zaproszenie otrzymali już wczoraj. Na szczęście, tłok przed dziekanatem zdarza się tylko na początku i pod koniec semestru, a w dobrze zarządzanych uczelniach w ogóle nie ma to miejsca. Bywa natomiast, że na brak dostępu do dziekanatów uskarżają się studenci zaoczni. Nie znaczy to jednak, że studenci stacjonarni z dobrze zarządzanych uczelni potrafią docenić komfort, w którym się znaleźli. Przeważnie i oni znajdą jakąś krytyczną uwagę na temat funkcjonowania swego dziekanatu i bez dłuższego zastanowienia wypominają mu wszelkie uchybienia. WYBUCHY ŚMIECHU I OBURZENIANajbardziej denerwuje studentów to, że w dziekanacie lekceważy się ich obecność. – Moje „dzień dobry” nie spotykało się z żadnym odzewem, pani z dziekanatu poświęcała całą uwagę zawieszaniu firanek, zupełnie mnie ignorując. Kiedy wymieniłam parę uwag o regułach dobrego wychowania, otrzymałam powód do dalszego wykładu, na który już jednak nie miałam ochoty i po prostu wyszłam – mówi Beata i choć od tego wydarzenia minęło już parę miesięcy, jej głos nadal tętni oburzeniem. – Ja do swego dziekanatu nie mam żadnych zastrzeżeń. Panie w nim nie warczą – oznajmia Aneta, co z jednej strony może brzmi optymistycznie, ale z drugiej strony sugeruje nam, niezbyt kulturalny sposób traktowania studentów, jaki może się zdarzyć w niektórych dziekanatach. Marcinowi, który od 5 lat pełni funkcję starosty, wszelkie nieprzyjemne incydenty są najzupełniej obce. – Będąc starostą, jesteś zawsze poważnie traktowany. Poświęcają ci o wiele więcej uwagi niż innym studentom, do których naprawdę można stracić cierpliwość. Wyobraź sobie, że w danym dniu dwudziesta osoba przychodzi do ciebie z takimi samymi problemami, co jej poprzednicy. Czy udzieliłbyś jej tak samo wyczerpujących wyjaśnień, jak tej pierwszej, czy też raczej rzucił kilka zdawkowych uwag? Dlatego też z jednej strony rozumiem studentów, którzy skarżą się na dziekanaty, a z drugiej strony usprawiedliwiłbym większość zarzutów, jakie mogą paść pod ich adresem. Zresztą, nie ma ich chyba tak wiele. W każdym razie ja o dziekanacie mam bardzo pochlebne zdanie. Niektóre sytuacje, z którymi zetknęli się w dziekanacie, przypominają sceny z filmów Stanisława Barei. – Kiedyś zapytałam panią z dziekanatu, czy to prawda, że rok studiów ma kosztować aż 2000 zł, a ona mi na to, że to nieprawda, bo opłata za jeden semestr wynosi tylko 1000 zł – opowiada Elżbieta. – W dziekanacie zgubiono moje podanie, a kiedy delikatnie wyrażałam swoje oburzenie, kobieta tylko wzruszyła ramionami i powiedziała. „Wie pani, mamy tu tyle dokumentów, że jest rzeczą normalną, że któryś z nich po prostu musi nam zginąć” – mówi Anna. – Gdy oddawałem indeks, pani z dziekanatu zapytała mnie, czemu tak późno, po czym, nie czekając na odpowiedź stwierdziła, że ma dość pracy z niepoważnymi ludźmi. Kiedy natomiast przyszedłem po odbiór indeksu, kobieta, układając na komputerze pasjansa, zapytała mnie, co tak mi się śpieszy – relacjonuje Dariusz. Nie wszystkie anegdoty związane z dziekanatem szargają opinie pracujących w nim osób. Niektóre panie w dziekanacie podchodzą do swej pracy z humorem, okazują studentom dużo zrozumienia i otaczają ich opieką wykraczającą poza rutynowe powinności. – Kiedy chciałam sobie przełożyć egzamin, pani skierowała mnie do przychodni akademickiej i poleciła mi nazwisko jednego lekarza – oznajmia Dorota. – Gdy zauważyłam, że wcale nie jestem chora, pani machnęła ręką i powiedziała: „Ale to bardzo dobry lekarz, wypisuje zwolnienia nawet tym, którzy są zupełnie zdrowi”. Oczywiście, z takimi sytuacjami trudno spotkać się na co dzień. Wielu studentów z różnych wydziałów nie potrafiło przytoczyć żadnej anegdoty albo po prostu sytuacji, która byłaby warta odnotowania. Bardzo często słyszało się odpowiedzi typu: jestem dobrym studentem, więc w dziekanacie nie pojawiam się zbyt często. Nie wydaje mi się jednak, aby na podstawie liczby wizyt w dziekanacie można było ustalić średnią ocen w indeksie, aczkolwiek tego typu stwierdzenia wskazują na ukształtowanie się właśnie takiego stereotypu. CZEKAJĄC NA „LEPSZE CZASY”Co należałoby zmienić w funkcjonowaniu dziekanatów? Niektórzy studenci najchętniej zmieniliby w nim personel albo przynajmniej życzyliby sobie z jego strony większej kultury i sumienności. Studenci, którzy swym paniom w dziekanacie mogą życzyć tylko wszystkiego najlepszego, być może nie stanowią mniejszej grupy, ale w każdym razie mniej rzucają się w oczy. Można tu nawiązać do badań psychologicznych dotyczących klientów pewnych firm, w których zostali albo dobrze, albo źle obsłużeni. Jeden zadowolony klient opowiedział o danej firmie dwóm, trzem osobom, natomiast ten niezadowolony – aż dwudziestu. Studenci, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w owej grupie „niezadowolonych klientów”, mogliby wysłać do osób pracujących w dziekanacie List do ludożerców Tadeusza Różewicza, natomiast pracownicy dziekanatu zapewne mogliby wysłać do odpowiednich władz petycję z prośbą o dofinansowanie instytucji, w której są zatrudnieni. Niestety, obawiam się, że skutek obu apeli nie spotkałby się ze zrozumieniem żadnego z adresatów.
|
|
|