Rozmowa Forum
Z pewnością największą porażką jest brak nowego prawa o
szkolnictwie wyższym. Od dawna w środowisku akademickim panowało przekonanie,
że zmiany są konieczne.
Rozmowa z prof. Jerzym Zdradą,
wiceministrem edukacji narodowej
|
Fot. Stefan Ciechanć
 |
| Prof. dr hab. Jerzy Zdrada (ur. 1936), historyk dziejów
nowożytnych XIX i XX w. Ukończył Wydział Filozoficzno-Historyczny UJ w 1960,
doktorat w 1965, habilitacja w 1973. Autor wielu rozpraw o Wielkiej
Emigracji, powstaniu styczniowym, historii dyplomacji polskiej, walce
Galicji o autonomię. W latach 1959-84 pracownik naukowy PAN w Krakowie.
Zwolniony z przyczyn politycznych. Od 1984 pracownik UJ, od 1993 profesor
UJ. W latach 1989-97 poseł na Sejm RP, wiceprzewodniczący Komisji Edukacji,
Nauki i Postępu Technicznego. Od 1997 podsekretarz stanu w MEN. |
Mijają cztery lata odkąd objął Pan stanowisko
wiceministra edukacji odpowiedzialnego za sprawy szkolnictwa wyższego. W tym
czasie na czele resortu stało dwóch kolejnych ministrów. To zresztą już niemal
reguła, że wiceministrowie pełnią swoje funkcje znacznie dłużej niż ministrowie.
Spróbujmy podsumować te cztery lata. Co uznaje Pan za najważniejsze osiągnięcia
tego okresu?
– Bez wątpienia najważniejsza była reforma całego systemu edukacji. Od początku
mówiliśmy, że powinna to być reforma całościowa – od przedszkola po doktorat.
Zmiana sposobu kształcenia uczniów, częstsza konieczność decydowania o wyborze
kolejnego etapu, wprowadzenie testów kompetencyjnych i nowej matury – będą z
pewnością miały wpływ także na kształcenie na poziomie wyższym. Takim początkiem
zmian w szkolnictwie wyższym jest właśnie wprowadzenie nowej matury, jako
przepustki na uczelnię zamiast osobnego egzaminu wstępnego. Uczelnie generalnie
zaakceptowały takie rozwiązanie, choć niektóre są ostrożne i chcą zobaczyć, jak
ten system działa w praktyce. Szkolnictwo wyższe nadal dynamicznie się rozwija i
kształci już blisko 1,6 mln studentów, a współczynnik scholaryzacji osiągnął 41
proc. W ciągu tych czterech lat przybyły nam 4 nowe uniwersytety: w Olsztynie,
Warszawie, ostatnio w Zielonej Górze i Rzeszowie oraz Akademia
Techniczno-Humanistyczna w Bielsku-Białej, a także 23 państwowe wyższe szkoły
zawodowe i kilkadziesiąt uczelni niepublicznych. Wprowadziliśmy system
stypendiów dla najmniej zamożnych studentów. Ważną rzeczą było też
rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego z listopada 1999 roku dotyczące
odpłatności za studia. Trybunał uznał, że kształcenie na studiach
niestacjonarnych może być odpłatne, ale równocześnie podkreślił, że liczba
studentów na tych studiach nie może być wyższa niż na studiach stacjonarnych.
– A czego nie udało się zrobić?
– Z pewnością największą porażką jest brak nowego prawa o szkolnictwie wyższym.
Od dawna w środowisku akademickim – z którego się przecież wywodzę i ja, i obaj
ministrowie: Mirosław Handke i Edmund Wittbrodt – pomimo różnic w niektórych
sprawach panowało przekonanie, że zmiany są konieczne. Prace trwały długo i
miały różne koleje. To zresztą cała osobna historia.
– Czy z dzisiejszej perspektywy nie sądzi Pan, że ten projekt za długo był
konsultowany i miał zbyt wielu recenzentów?
– Zgoda, dziś tak to wygląda, ale chcieliśmy, żeby była to ustawa możliwie
powszechnie akceptowana przez środowisko. Stąd np. rezygnacja z regulacji
kwestii stopni i tytułu naukowego – tu bowiem konsensus wydawał się trudny do
osiągnięcia. Udało się, na szczęście, w ostatnich miesiącach przeprowadzić
nowelizację ustawy obejmującą rzeczy najważniejsze.
– Z czterech proponowanych zmian dwie – ustawowe umocowanie Konferencji
Rektorów Akademickich Szkół Polskich i zgoda rektora na zatrudnienie poza
pierwszym miejscem pracy – nie zyskały poparcia w parlamencie.
– Broniliśmy tych rozwiązań, ale wystąpiły tu znaczne różnice zdań wśród posłów
i części przedstawicieli środowiska akademickiego. Nowelizacja dokonywała się
poprzez tzw. szybką ścieżkę legislacyjną. Uznano, że niektóre rozwiązania
wymagają jeszcze dyskusji i dopiero mogą znaleźć się w nowej ustawie. W moim
przekonaniu stało się źle, że reforma wynagrodzeń nie jest powiązana z kwestią
zatrudnienia, jak chcieliśmy to zrobić. Także umocowanie działającej prężnie
KRASP jest potrzebne.
– Powołano natomiast Państwową Komisję Akredytacyjną i Sejm zgodził się na
systemowe rozwiązanie problemu płac w szkolnictwie wyższym oraz powiązanie ich
ze średnią krajową. Za trzy lata asystent ma zarabiać na poziomie średniej, a
profesor 2,8 razy więcej.
– Są to dwie niezmiernie ważne kwestie. Powołanie PKA, mającej dbać o jakość
kształcenia, a równocześnie wzmocnienie instrumentów nadzoru nad szkołami
wyższymi, jest wreszcie faktem. Co do systemu płac, po raz pierwszy udało się
wprowadzić wieloletni system finansowania płac w szkolnictwie wyższym oparty na
stosunku do średniej krajowej. W tym roku na sfinansowanie podwyżki zostanie
przeznaczona rezerwa z budżetu kancelarii premiera w wysokości 160 mln zł. W
przyszłym roku kwoty podwyżek wejdą już do budżetu.
– Czy istnieje zagrożenie, że w ramach szukania oszczędności w budżecie
państwa cięcia mogą być dokonane także na tym polu?
– Wprowadzenie nowego systemu to rozwiązanie ustawowe. Proces legislacyjny
zakończył się i prezydent tę ustawę na początku sierpnia podpisał. Tym samym już
obowiązuje. Można sobie wyobrazić, że przyszłe tzw. ustawy okołobudżetowe mogą
rozłożyć proces dochodzenia do wyznaczonego pułapu płac nie na trzy, a np. na
cztery lata, ale na razie takich planów nie ma i nie sądzę, żeby ten czy
przyszły Sejm chciał to zmieniać.
– Często mówi się, że nadzór ministerstwa nad uczelniami jest niedostateczny.
Takie były np. wnioski z kontroli NIK. Wiem, że ministerstwo występowało w
niektórych przypadkach nawet na drogę sądową, ale kilkakrotnie przegrało takie
sprawy. Mam wrażenie, że dopiero ostatnio te działania są bardziej energiczne –
np. pojawiła się lista uczelni, które nie otrzymały przedłużenia na prowadzenie
działalności.
– Nadzór istniał zawsze, utworzyliśmy np. w Departamencie Szkolnictwa Wyższego
specjalny wydział kontroli, ale to prawda, że ostatnio zaczęliśmy baczniej
przyglądać się działalności niektórych szkół. Po pierwsze dlatego, że zaczęły
dochodzić do nas informacje o różnych negatywnych zjawiskach. Po drugie, w
części szkół zaczęły upływać terminy ważności z reguły 5-letniego zezwolenia na
prowadzenie uczelni lub też uczelnie starały się o uzyskanie zezwolenia na
otwarcie nowych kierunków bądź prowadzenie studiów na poziomie magisterskim.
Zgodnie z ustawą, przedłużenie czy rozszerzenie zezwolenia musi być poprzedzone
oceną funkcjonowania szkoły i opinią Rady Głównej. Kontrole ujawniały różne
zjawiska negatywne: niezgodność faktycznej obsady kadrowej z deklarowaną,
zatrudnianie jako wykładowców osób niekompetentnych i nieprzygotowanych,
istnienie nielegalnych zamiejscowych filii, zaliczanie do czasu studiów nauki w
szkole policealnej, brak zaplecza np. bibliotek, własnych sal wykładowych,
akademików. Wnioski z kontroli NIK opierały się na dokumentach zebranych przez
MEN, a więc nie były dla nas czymś nowym. W trakcie prób egzekwowania nadzoru
okazało się bardzo jaskrawo, że obowiązujące prawo jest miejscami
niedostatecznie precyzyjne i nie sprzyja nadzorowi, którego od nas wymagano.
Stąd te porażki sądowe, o których pan wspomina. Myślę, że po ostatniej
nowelizacji ustawy i utworzeniu Państwowej Komisji Akredytacyjnej będziemy mieli
znacznie lepszą sytuację. Wskazówką są tu też decyzje Naczelnego Sądu
Administracyjnego.
– Ale powiedzmy wyraźnie: grzechy na sumieniu mają też uczelnie państwowe.
Niektóre z nich także mają np. „zamiejscowe punkty kształcenia”, co jest
niezgodne z ustawą, czy braki kadrowe.
– Niestety, tak jest, dlatego zwracamy rektorom na to uwagę i żądamy usunięcia
braków. Miara musi być równa dla wszystkich.
– Panie Ministrze, w tej, nazwijmy to „kadencji ministerialnej”, pojawiła się
idea tworzenia uniwersytetów poprzez łączenie kilku uczelni w mniejszych
ośrodkach. Pan przewodniczył zespołom wypracowującym szczegóły ich powoływania.
Nie wszędzie ten proces przebiegał bezkonfliktowo. Dwa zupełnie różne przykłady
to utworzone właśnie 1 września uniwersytety w Zielonej Górze i Rzeszowie.
– Uważaliśmy, że stworzenie w mniejszych ośrodkach jednej silnej uczelni to
zupełnie nowa jakość, pozwalająca o wiele szybciej rozwijać się lokalnemu
środowisku akademickiemu. Miałem to szczęście, że jako wiceminister byłem przy
narodzinach kolejnych uniwersytetów. W Olsztynie i Zielonej Górze była
zdecydowana wola tamtejszych środowisk. W obu tych ośrodkach doszło do
połączenia uczelni technicznych i wyższych szkół pedagogicznych. W Rzeszowie to
się nie udało. Politechnika nie chciała wejść w skład uniwersytetu. Niestety,
dały o sobie znać ambicje i pewne specyficzne uwarunkowania. Szkoda, że tak się
stało.
– Kolejne ośrodki aspirują do powołania uniwersytetów: Kielce, Bydgoszcz,
Częstochowa.
– Jeśli będzie zgoda lokalnych środowisk akademickich, ale też jeśli będą
spełnione warunki co do wymaganych uprawnień, to takie uczelnie powinny powstać.
Najbliżej spełnienia tych warunków są chyba Kielce, gdzie, mam nadzieję, dojdzie
w przyszłości do „wariantu zielonogórskiego”.
– Przez ostatnie trzy lata powołano 23 państwowe wyższe szkoły zawodowe.
Jednak binarny system studiów wyższych, licencjat – magisterium, właściwie w
Polsce nie przyjął się. Ponad 90 proc. ich studentów deklaruje chęć skończenia
studiów magisterskich.
– Myślę, że ich tworzenie było dobrym pomysłem. Mamy już blisko 40 tys.
słuchaczy tych uczelni. Trzeba podkreślić, że kształcą one bezpłatnie na
studiach dziennych w wielu potrzebnych specjalnościach i stały się trwałym,
posiadającym własną bazę, elementem społeczności lokalnych. O potrzebie ich
powoływania najlepiej świadczy zaangażowanie władz lokalnych. Burmistrzowie i
samorządy zabiegają, przekazują budynki czy – jak 5 powiatów na Podhalu –
opodatkowują się na ten cel.
– Ale w dyskusji padały głosy, że może lepiej przeznaczyć te pieniądze na
dofinansowanie istniejących szkół wyższych i tam zwiększać ilość miejsc. Co
innego studiować w dużym ośrodku z tradycjami, a co innego w małej czy średniej
miejscowości.
– Takie rozumowanie ma dużą dozę racjonalności, ale myślę, że to nie jedyny
model. O potrzebie istnienia takich szkół najlepiej chyba świadczy powstanie w
mniejszych miastach dziesiątek uczelni niepaństwowych. Przy dzisiejszym postępie
technicznym i dostępie do Internetu nie tylko miejsce studiów będzie decydowało
o ich jakości.
– Czy w tym roku może się wydarzyć to samo, co pod koniec ubiegłego, czyli
cięcia wydatków we wszystkich resortach, a tym samym także w szkolnictwie
wyższym?
– Wszyscy jesteśmy zaniepokojeni stanem budżetu i już wiadomo, że w roku
przyszłym konieczne będą oszczędności w wielu dziedzinach. Na razie trudno
powiedzieć, jak będzie wyglądała sytuacja pod koniec tego roku, w listopadzie
czy grudniu. Tempo przekazywania dotacji dla szkół wyższych na dydaktykę jest
przyzwoite i wynosi ... Gorzej ze środkami na inwestycje. Tu realizacja sięga na
koniec sierpnia ... Jest faktem, że wpływy do budżetu są mniejsze niż to
zakładano. Na razie nie ma jednak projektu cięć i te decyzje będzie podejmował
chyba już kolejny rząd.
– Podsumujmy: nowy rok akademicki zaczynamy z 1,6 mln studentów, 2 nowymi
uniwersytetami, a także nową uczelnią w Bielsku-Białej: Akademią
Techniczno-Humanistyczną, 7 kolejnymi państwowymi uczelniami zawodowymi,
podwyżką od 1 września wynagrodzeń pracowników i nauczycieli akademickich i
mającą zacząć swą pracę od 1 stycznia Państwową Komisją Akredytacyjną.
– Chciałbym, aby był to kolejny rok rzetelnej pracy w uczelniach i porządkowania
systemu szkolnictwa wyższego. Będę miał okazję obserwować to już nie jako
wiceminister, ale jako nauczyciel akademicki.
Rozmawiał Andrzej Świć
|