|
|
Szkiełko w okuPiotr M?ldner-Nieckowski W latach 70. wiele mówiono, że medycyna „odchodzi od człowieka”. Nowoczesna, masowa diagnostyka obrazkowa, powstawanie medycznych specjalności, które komunikują się z pacjentami na odległość albo w czasie snu (np. anestezjologia), miały spowodować ograniczenie kontaktu lekarzy i chorych, a dawna pocieszycielska i psychoterapeutyczna rola medycyny miała ustąpić zimnej technologii przywracania zdrowia. Wystarczyło otworzyć pierwsze z brzegu czasopismo, żeby zobaczyć wydrukowane wołami słowo „dehumanizacja”. Każdy nadmiar wywołuje sprzeciw, dlatego złośliwi studenci nazwali to zjawisko „dehumą”. Zauważmy, że dehumanizacja jest dla publicysty tematem łatwym i nie wymaga wielkiego przygotowania intelektualnego. Wystarczy narzekanie na technikę. W dodatku każde sprzeniewierzenie się lekarza bez trudu można było opatrzyć modnym epitetem (dehumanizator?), odsuwając w cień rzeczywiste przyczyny nieodpowiedniego stosunku medyków do chorych. W czasach PRL chodziło o względy ideologiczne. Jeszcze w latach 50. w komitetach wszechwiedzącej partii mówiono, że w przyszłości dzięki socjalizmowi nie będzie ani chorób serca, ani zaburzeń psychicznych. Leonid Breżniew specjalnym dekretem w ogóle zlikwidował psychopatię (zostawiając ją pewnie tylko dla siebie). Wreszcie miało nie być lekarzy, którzy by swoim niecnym postępowaniem kalali dobre imię komunizmu. Zgubny wpływ technologii i maszyn w medycynie uwypuklano zawsze. Na jednej z konferencji poświęconych zakupowi nowego sprzętu dla kliniki pewien zapaleniec opowiadał o swoich przerażających przeżyciach w miejskim szpitalu w Lozannie, gdzie wrzucono go na ruchome łóżko i puszczono na taśmociąg. Przewożony przez automaty od jednego stanowiska do drugiego miał pobraną krew, porobione zdjęcia, powstrzykiwane antybiotyki i tak przygotowany do dalszej obróbki trafił na salę szpitalną. „Po drodze”, dodał z triumfalną kpiną, „nie było tam ani jednego żywego człowieka, wyłącznie żywe manekiny, które nie rozmawiają z pacjentami”. Jak łatwo się domyślić, zebrani zmartwieli, a na ustach sekretarza uczelnianej organizacji partyjnej pojawił się ironiczny uśmieszek. „No tak, dehuma! Wszystko przez te zachodnie, cybernetyczne roboty, u nas tego nigdy nie będzie, bo nas po prostu nie stać!” Kiedy towarzystwo oprzytomniało, znalazł się jeden odważny i zapytał prelegenta: „A jakim językiem pan docent się tam posługiwał?” „Polskim” – padła bezpretensjonalna odpowiedź. Przy okazji wykonania pierwszej „operacji przez ocean” Małgorzata T. Załoga („Gazeta Wyborcza” z 19.09.2001) wraca do tego motywu i wyraża obawę, że skoro jakiś lekarz może operować w Ameryce nie odchodząc od biurka we Francji, to pacjent pozostaje samotny jak palec, a wizja leczenia przez światłowód jest porażająca. Co prawda nikt jeszcze nie nawołuje do niszczenia np. elektrokardiografów telefonicznych i eliminowania medycznego Internetu, ale sugestia, że chory z przyczyn technicznych już na żadne dobre słowo nie może liczyć, wydaje mi się mocno przesadzona. Warto sobie uświadomić, że pacjentkę jednak jacyś Amerykanie musieli do tego przygotować, zbadać, wypytać, położyć na łóżku, nakryć operacyjną bielizną, znieczulić. I na pewno mówiono do niej językiem zrozumiałym. Tego wszystkiego nie robiły automaty. Nie sądzę, aby operowana poczuła się w tej sytuacji opuszczona. Również w czasie zabiegu ktoś przy niej stał i czuwał nad nią, być może też rozmawiał. Nie ten operujący, ale ci doglądający. Głosy przywołujące stary motyw zagrożenia ze strony techniki i cywilizacji będą się pojawiać zawsze, dopóki nasza kultura istnieje. Najlepiej to robią ekolodzy-amatorzy. Co do medycyny natomiast, to mam wyrobione zdanie. Rzeczywiście stosunek lekarzy do pacjentów, i to nie tylko u nas, pozostawia wiele do życzenia, ale jestem pewien, że przyczyna nie leży po stronie maszyn. Pisał o tym w XVIII w. znakomity lekarz Ludwik Perzyna, a po nim przy każdej okazji powtarzali wszyscy wielcy polskiej i obcej medycyny. Nie było w tamtych czasach żadnych urządzeń, które mogłyby dehumanizować medycynę, a jednak narzekano na medyków i zastanawiano się, jak zaradzić opryskliwości, wynoszeniu się, lekceważeniu. Lekarze, tak jak dzisiaj, skakali sobie do oczu, tak jak dzisiaj dla grosza oddawali się praktykom znachorskim i w nie mniejszym stopniu ignorowali pacjentów, traktując ich jako dostarczycieli honorariów. XIX-wieczny scjentyzm dostarczył dodatkowych argumentów przeciw pacjentom w postaci wyższości ciekawych przypadków nad nieciekawymi. Istota sprawy bowiem tkwi nie w otoczce cywilizacyjnej, nawet nie w sferze obyczajowej i światopoglądowej, ale w naturze ludzkiej. Ludzie źli, niechętni, nienawidzący innych są wszędzie. Wielka szkoda, że również wśród lekarzy. Sam kilka razy jako pacjent doświadczyłem poniżenia ze strony kolegów medyków i wtedy byłem gotów wyrażać się o „całym tym środowisku” wyłącznie z przekleństwami na ustach. Ale o pochopne uogólnienia łatwo. Czasem mi się zdaje, że nad każdym takim oskarżeniem warto się choć przez chwilę zastanowić. Pewnego dnia zapytałem wybitnie uzdolnioną koleżankę, dlaczego nie kończy pracy nad habilitacją. A była już najwyższa pora, ponieważ wygasał kontrakt. Odpowiedziała, że już nie skończy, bo nie ma na to czasu. Uważa, że czas jest bardziej potrzebny pacjentom niż habilitacji. Kiedy indziej, w czasie nocnego obchodu szpitala w jednym z oddziałów, zobaczyłem lekarza dyżurnego klęczącego w dyżurce przy kozetce, kiwającego się jak muzułmanin. Pomyślałem, że się modli, chciałem się wycofać. Zauważył mnie i powiedział: „Jestem cholernie zmęczony i tak klęczę, bo na kolanach nie zasnę, a gdybym zasnął, to ten chory z dwójki mógłby umrzeć”. To nie w technice są przyczyny postępu albo słabości. To chyba w duszy. |
|
|