|
|
Rody uczone (58)Jeśli chce się w życiu coś zrobić, to trzeba patrzeć
naprzód i robić swoje. Magdalena Bajer
Jedenastoletniemu Jankowi, który dzisiaj jest profesorem PWST, ojciec, prof. Stanisław Kulczyński ofiarował Olszynkę Grochowską Walerego Przyborowskiego z dedykacją: Pamiętaj czytając, że twój pradziad Leon walczył w tej bitwie. Nie bitewne wszakże zasługi najmocniej naznaczyły rodzinną tradycję i nie z Warszawą najmocniej związały się losy rodziny, choć ojciec mojego rozmówcy tu działał w ostatnich latach życia, a prof. Kulczyński syn większą jego część spędził w stolicy, mieszkając w najbardziej „warszawskim” miejscu, przy placu Zamkowym. Zapewnia jednak, że i Kraków, i Warszawę uważa za swoje miasta. Przy tym wszystkim z pochodzenia jest lwowianinem. Pradziad Leon wykształcił wszystkich pięciu synów. Noszący po ojcu imię stryjeczny dziad ukończył filologię klasyczną i wiele lat dyrektorował krakowskiemu gimnazjum św. Anny, nazwanemu później gimnazjum Nowodworskim. Uczył Juliusza Osterwę i Leona Schillera, który kierował Wydziałem Reżyserskim szkoły teatralnej, a tę sukcesję przejął na lat niemało Jan Kulczyński, mający teatralny wątek w rodzinnych dziejach. Dziad Leon żonaty był z Estreicherówną, którą mały Janek poznał już jako seniorkę rodu. Po dziesięcioleciach przypomina to zdarzenie dlatego, że od dawna ceni sobie szczególnie ten polski patriotyzm galicyjski – Estreicherów, Zollów, Langów i innych implantów, których sprowadził austriacki cesarz po to, aby Galicję zgermanizowali, a oni stali się podporą polskiej kultury. BRODATY CZŁOWIEK OD PAJĄKÓWW każdym pokoleniu Kulczyńskich są osoby zasługujące na pamięć i zainteresowanie. Jedna z córek Leona-filologa, Teresa, będąc uczennicą Florence Nightingale, wprowadzała w Polsce nowoczesne pielęgniarstwo. Na ścianie pokoju, gdzie rozmawialiśmy, wisi portret brodatego pana „w cwikierach” – to dziadek Władysław. Był arachnologiem, specjalistą od pająków. Jego rzadka profesja obroniła Jana Kulczyńskiego, młodego członka OMTUR (młodzieżowa przybudówka PPS), przed wysłaniem na agitację do fabryki. Władze organizacji usłyszawszy, że jeden z przodków delikwenta był przed wojną prokuratorem, drugi zaś arachnologiem, uznały wnuka za element ideologicznie niepewny i odstąpiły od zamiaru. Dziadek zaś ma w swojej specjalności ogromne zasługi. Wspólnie z „pajęczarzem-amatorem” węgierskim ogłosił 14-tomowe dzieło Aranaeie Ungariae. Odziedziczone po nim archiwum zawiera prowadzoną w szesnastu językach korespondencję z misjonarzami z najdalszych miejsc świata, którzy przysyłali mu okazy pająków. Zbiory Władysława Kulczyńskiego można oglądać w warszawskim Muzeum Ziemi. Jego idee związane z systematyką pajęczaków są wciąż żywe – pewien rodzaj nazwany został nie tak dawno Kulczynskiellum. Na stole, przy którym siedzieliśmy w domu Krystyny i Jana Kulczyńskich, leżała duża i bardzo gruba księga, właściwie album wydany z okazji 30-lecia pracy dziadka mego gospodarza w Komisji Fizjograficznej PAU w roku 1910. Zawiera zdjęcia oraz autografy takich ludzi, jak Stanisław Tarnowski, Franciszek Smolka i inni podobnej miary. Władysław Kulczyński miał bowiem jeszcze drugą pasję – Tatry. Pragnął je
przede wszystkim opisać, ale także uprzystępnić ludziom. Wyznaczał szlaki,
budował nowe schroniska – przy Morskim Oku, na Tomanowej. Idąc z ojcem Żlebem
Kulczyńskiego, prowadzącym ze Zmarzłego Stawu pod Zawratem na Kozi Wierch, Jan
Kulczyński poczuł się bardzo mocno w tradycji rodzinnej. Mówiąc o tym dodał
zaraz, że jeśli chce się w życiu coś zrobić, to trzeba patrzeć naprzód i robić
swoje. Nie zaprzeczył jednak, że oparcie w tradycji pomaga. W tatrzańskiej
encyklopedii znajdujemy dwóch Władysławów Kulczyńskich – ojca, o którym wyżej, i
syna, który wiele jego prac kontynuował. ÓSEMKA BLISKICH LUDZIProf. Jan Kulczyński uważa więzy rodzinne za coś tak naturalnego, że nie
wymagającego podkreślania. Spośród ośmiorga dzieci dziadka Władysława
opowiedział o ciotce Joannie, jej mężu Józefie Rączkowskim, poecie, któremu
okładkę do tomiku wierszy „zrobił” Wyspiański. Oboje byli bliskimi
współpracownikami Wincentego Witosa. Ich syn Stanisław Rączkowski jest
profesorem SGH, doktorem honorowym tej uczelni. Współpracował przez wiele lat z
ONZ, bywając często w Nowym Jorku. Dla kuzyna, Jana Kulczyńskiego, ważnym
wątkiem w jego biografii jest przynależność do Szarych Szeregów, którą to
organizację Stanisław Rączkowski współtworzył. Podejrzewa też, że nazwa pochodzi
właśnie od tego syna młodopolskiego poety. Ciotka Wanda, która przepracowała całe życie w Państwowej Radzie Ochrony
Przyrody, miała na pieczy lub osobiście redagowała mnóstwo biuletynów oraz
wydawnictw, takich np., jak „Wierchy”. Zauważyłam, że przyrodnicze
zainteresowania Kulczyńskich mają zawsze akcent społeczny, który dochodzi do
głosu w tym, co dzisiaj nazywamy popularyzacją. Zawsze towarzyszy im pragnienie
dzielenia się, użyczania innym doznawanej w obcowaniu z naturą radości i
satysfakcji, nawet jeśli jest to mocno wyspecjalizowana praca naukowa. Prof. Jan
Kulczyński powiedział zresztą, że rysem najbardziej charakterystycznym w jego
rodzinnej tradycji jest „nauczycielstwo”. Dwaj dziadkowie uczyli w gimnazjum
Nowodworskiego, inni i ojciec w uniwersytetach. On sam jest wykładowcą. A córka,
romanistka, kształci studentów Uniwersytetu Warszawskiego. REKTOR – POLITYKStanisław Kulczyński został profesorem nadzwyczajnym w wieku 31 lat i otrzymał Katedrę Botaniki w Uniwersytecie Jana Kazimierza. Miał dwa wielkie pragnienia. Jedno udało mu się urzeczywistnić – założył we Lwowie, pierwszy w Polsce, a jeden z pierwszych na świecie ogród flory rodzimej, zbierając w jednym miejscu (na Cetnerówce) wszystkie rośliny, jakie rosły na ziemiach południowowschodniej Polski. Drugim było zbadanie torfowisk Polesia, w czym postąpił bardzo daleko. Prace przerwała wojna, udaremniła ostatecznie powojenna zmiana granic. Bocznym, ale znacznym nurtem płynęły zainteresowania matematyczne profesora botaniki. Zaprzyjaźnił się z największymi Lwowskiej Szkoły: Banachem, Stożkiem, Kuratowskim, Steinhausem, i zyskał wielką satysfakcję, gdy go, choć był w tej dziedzinie samoukiem, przyjęto do Polskiego Towarzystwa Matematycznego. W roku 1936 Stanisław Kulczyński został wybrany na rektora UJK, miał 41 lat. Był to ciężki czas, kiedy młodzież ONR-owska domagała się getta ławkowego, kiedy nasiliły się nastroje antysemickie i nacjonalistyczne. Rektor uważał, że hańbi to uniwersytet i podał się do dymisji. Zdaniem syna, przeżycie to zradykalizowało mocno człowieka dotąd apolitycznego, ceniącego sobie najwyżej niezależność i autonomię uczelni. Z tych lat, krótko przed wojną, datują się kontakty rektora Kulczyńskiego z kręgiem Towarzystwa Demokratycznego, przekształconego potem w Stronnictwo Demokratyczne, na którego czele miał stanąć po wojnie. Podczas okupacji Stanisław Kulczyński był delegatem Rządu Londyńskiego na ziemie południowowschodnie, pełniąc właściwie funkcję wojewody państwa podziemnego. Gdy grunt palił się pod nogami, wywiozła go ze Lwowa osoba, która dziś jest żywą legendą - Karolina Lanckorońska, zaprzyjaźniona z rodziną od czasu owych ekscesów antysemickich w uniwersytecie, kiedy to gorąco poparła rektora, sama będąc adiunktem historii sztuki. Prof. Kulczyński znalazł się w majątku Kawęciny, dzierżawionym przez ojca obecnej Barbary Lemowej. Po wojnie nie było polskiego uniwersytetu we Lwowie, ani ogrodu botanicznego, ani poleskich torfowisk. Profesor zgłosił się na Uniwersytet Jagielloński, a gdy nie znalazł tam miejsca, postanowił pojechać do Wrocławia i założyć polski uniwersytet. Odtąd jego działalność już sama pamiętam, gdyż tę uczelnię, łączącą wtedy i Politechnikę, i Wydział Lekarski, i Wydział Rolny, współtworzyli moi rodzice oraz cały krąg ludzi nauki przybyłych ze Lwowa i ze zrujnowanej Warszawy. Pierwszy rektor bardzo wyraźnie nawiązywał nad Odrą do lwowskich tradycji. Niepodobna było jeszcze, w tuż powojennych latach, odwoływać się do tradycji nauki niemieckiej w tym mieście wygnańców. Stanisław Kulczyński, jak to określa syn, z pięknoducha przekształcił się w polityka. Przeniósł się do Warszawy i z ramienia SD pełnił najpierw funkcję wicemarszałka Sejmu, a potem wiceprzewodniczącego Rady Państwa. Zmarł w roku 1975. LWÓW – DONBAS – WROCŁAWDwójka dzieci prof. Kulczyńskiego, Jan i starsza siostra Izabella – dzisiaj artysta plastyk, autorka wierszowanej opowieści o swoim lwowskim życiu – wyjechała z rodzinnego miasta po zjedzeniu do końca beczki kiszonej kapusty ukradzionej przez nie na cytadeli. Wyjechały, podobnie jak nieco później ich ojciec, pod opieką Karoliny Lanckorońskiej, nazywanej ciocią. Zamieszkały u prawdziwych wujostwa, ucząc się wedle ówczesnych wojennych możliwości. Rodzice zostali we Lwowie. Na początku stycznia 1945 roku fala nocnych aresztowań zabrała ich matkę Marię Kulczyńską i zaniosła aż do Donbasu na ciężkie roboty. Świadectwo tych przeżyć zawarła w wydanym po wojnie wspomnieniu. Wróciła po zakończeniu wojny, już do odmienionego świata, we wrześniu 1945 roku, kiedy jej mąż trudził się nad tworzeniem uniwersytetu pośród wrocławskich gruzów. Syn państwa Kulczyńskich miał w tym uniwersytecie studiować polonistykę, kilka lat wcześniej ode mnie. Po latach w Warszawie opowiedział mi z uśmiechem o tarapatach enkawudysty, który aresztował jego matkę i robiąc rewizję znalazł worek listów z całego świata, które były odpowiedzią na apel pani Marii z 1936 roku do wszystkich kobiet, aby strzegły synów przed nienawiścią rasową, przed nienawiścią do innych ludzi. Apel rozesłała Polska Agencja Telegraficzna. Bardzo dużo roboty miało lwowskie NKWD z tymi różnojęzycznymi tekstami, a ich autorka czekała w więzieniu na koniec lektury. Jan Kulczyński zarzucił mi, trochę żartobliwie, „forsowanie tezy” o znaczeniu tradycji rodzinnej dla życiowych wyborów i życiowych dróg kolejnych pokoleń. Sam jednak szukał w pamięci tropów artystycznych, do których nawiązywałyby jego własne wybory. I tak: matka chciała być aktorką, nie stało się tak jednak z powodu zachowawczych poglądów jej ojca. Jedna z ciotek miała wykształcenie i osiągnięcia muzyczne. O siostrze już była mowa. Mój gospodarz zaś, po wrocławskiej polonistyce, odbył w Warszawie studia reżyserskie i w PWST przeszedł szczeble kariery akademickiej, rozpoczętej asystenturą u Bohdana Korzeniewskiego, uwieńczone profesurą w roku 1990. Początki pracy reżyserskiej, z której znany jest publiczności, wiążą się z teatrem Ateneum i takim szczególnym, choć niedługim czasem, kiedy to Aleksander Bardini zaangażował tam absolwentów jednego rocznika Szkoły Teatralnej. Znaczące przedstawienia Jana Kulczyńskiego to Proces Kafki, Wieczór Trzech Króli wystawiony w Starej Prochowni w obsadzie samych pań spośród czołówki polskich aktorek. W stanie wojennym opuścił stanowisko zastępcy dyrektora Teatru Telewizji. Potem przez 10 lat reżyserował w Niemczech sporo dramatów polskich. Wątki polonistyczny i teatralny splotły się ostatnio bardzo interesująco w pracy nad wydaną w roku 1999 książką Rozbieranie Hamleta, wysoko ocenioną przez szekspirologów. – Jesteśmy na pewno rodziną ambicjonerów – słyszę na końcu spotkania. – na szczęście to z czasem stygnie. Myślę, że, na szczęście, nie stygnie całkiem i pytam o córkę pana profesora, doktorantkę. Ojciec jest dumny z jej postępów, z jej pasji przekazywania wiedzy, co już wcześniej wytłumaczył wpływem tradycji nauczycielskiej. Uważa, że sam osiągnął niezłą harmonię między ambicjami i zadowoleniem z tego, co się udało urzeczywistnić. Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w programie BIS Polskiego Radia SA w lutym 2000 roku. |
|
|