|
|
Energia za darmoŻycie odkrywców rewolucyjnych technologii nie jest usłane różami. Od ponad stu lat podejmowane są próby znalezienia alternatywnych źródeł energii. I choć przez ten czas narodziło się mnóstwo pomysłów, wciąż nie ma pewności, czy którakolwiek z tych technologii działa, czy da się ją zastosować na skalę masową i wreszcie – kiedy mogłoby to nastąpić? To, że świat pilnie potrzebuje lepszych, tańszych, bezpieczniejszych i czystszych sposobów produkcji energii elektrycznej, nie podlega dyskusji. Zasoby węgla, gazu czy ropy naftowej nieubłaganie się kończą. Skąd więc będziemy czerpać energię za 50 lat? Poszukiwania trwają. Keith Tutt, brytyjski popularyzator nauki, laureat prestiżowej BT Science Journalism of the Year Award, dokonuje bilansu dotychczasowych osiągnięć na tym polu. Autor wiedzie nas zatem od pomysłów Nikoli Tesli, który opracował zasady działania oscylatora mechanicznego oraz opatentował aparat do wykorzystywania energii promienistej, będący punktem wyjścia pracy T. Henry Moraya, poprzez samonapędzający się generator darmowej energii Bruce’a DePalmy, prądnicę czerpiącą energię wyłącznie z przemian elektrostatycznych w atmosferze Thesta – Distatica i jeszcze wiele innych znaczących odkryć, aż po eksperymenty dowodzące zimnej fuzji z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego stulecia. Wszystkie te wynalazki łączą co najmniej dwa elementy: po pierwsze – żaden z nich nie wymaga zużycia jakiejkolwiek substancji, a więc otrzymywana energia byłaby w stu procentach darmowa; po drugie – skonstruowane do tego celu aparaty generują otrzymaną energię, dzięki czemu energia końcowa jest większa od początkowej. To rewolucyjne rozwiązanie, coś na kształt perpetuum mobile, mogłoby być doskonałym panaceum na postępujące zagrożenia zmian klimatycznych, wpływających już dziś na losy milionów ludzi. Mogłoby, ale dlaczego nie jest? Skoro badania trwają już tyle czasu, czemu nie rozwiązano jeszcze energetycznego problemu świata? Tutt próbuje znaleźć odpowiedź na to pytanie. Okazuje się, że obok stricte naukowych powodów, jak np. kłopoty z powtarzalnością pewnych procesów fizycznych, dochodzą także te, wynikające z czysto ludzkiej natury. Geniusze, mogący być zbawicielami świata, stawali się obiektem nienawiści, z jaką spotykają się wynalazcy, którzy nie tylko twierdzą, iż skonstruowali określone urządzenie, ale i potrafią wyłożyć zasady jego działania. Chciwość, zazdrość po jednej, a lęk i frustracja po drugiej stronie. Czy da się to pogodzić? Darmowa energia wydaje się być doskonałym biznesem. Ludzie nie mają więc oporów przed kradzieżą czyjegoś pomysłu, posuwając się nawet do zbrodni. Dlatego m.in. badania prowadzone są w zamkniętych laboratoriach, a wszelkie przedostające się na zewnątrz informacje są niezwykle wyważone. Ta rezerwa niektórych ludzi, czy wręcz opór z ich strony, są równie istotnym elementem postępu, co akceptacja i entuzjazm okazywane przez innych. Człowiek nauki nie spodziewa się natychmiastowych rezultatów. Nie oczekuje, że jego pomysły spotkają się z ochoczym przyjęciem. Pracuje raczej jak sadownik – dla przyszłości. Jego rola polega na stworzeniu podstaw dla tych, którzy przyjdą po nim. Ma im wskazać drogę – mówi jeden z bohaterów książki, N. Tesla.
Mimo mgiełki tajemnicy wokół badań, Tuttowi udało się zebrać dość pokaźny materiał, ukazujący przykłady osobników rzadkiego gatunku – naprawdę szalonych naukowców. Autor, mimo iż porusza się w trudnym dla laika świecie, stara się, by treść była zrozumiała dla każdego, kto opanował fizykę i chemię na poziomie szkolnym. Wyszedł bowiem ze słusznego założenia, iż to, co prawdziwe, trzeba umieć wyjaśnić w sposób zrozumiały dla ośmiolatka. Dzięki temu, książkę czyta się naprawdę swobodnie. (mak) Keith Tutt, W poszukiwaniu nieograniczonej energii, tłum. Michał Czernuszczyk, Wydawnictwo Amber, Warszawa 2002, seria: Tajemnice Nauki.
Maszyna Turinga
Hodges napisał potężną objętościowo biografię uczonego logika i matematyka (1912-54), który do encyklopedii trafił za sprawą jednego właściwie pomysłu, czyli tzw. maszyny Turinga. Objętość książki może stanowić pewną trudność dla czytelnika. Aż się prosi o pewną oszczędność w słowach. Pierwszych kilkadziesiąt stron, poświęconych dzieciństwu Turinga, można pominąć bez szkody dla zrozumienia dzieła i życia wielkiego uczonego. Szkoda, że autor nie oddzielał partii dotyczących życia prywatnego Turinga od bardzo ciekawych opisów jego pracy naukowej nakreślonych na tle atmosfery intelektualnej epoki. Ułatwiłoby to czytelnikowi zainteresowanemu np. historią logiki analizę tej pracy. Turing studiował w King’s College w Cambridge, gdzie zetknął się z tzw. programem Hilberta, dotyczącym formalistycznego ujęcia podstaw matematyki, według którego matematyka i logika są systemami reguł pozwalających przekształcać napisy o jednej postaci w napisy o innej postaci. Z programu Hilberta wynikały trzy podstawowe pytania (postawione przez niego w 1928 roku): czy matematyka jest pełna, niesprzeczna i rozstrzygalna? Na dwa pierwsze pytania odpowiedział Kurt G?del w 1930, w postaci słynnego twierdzenia, że każdy niesprzeczny system zawierający arytmetykę liczb naturalnych jest niepełny, tzn. że istnieją zdania prawdziwe, które nie są jego tezami. Około roku 1935 Turing zajął się natomiast problemem rozstrzygalności. Maszyna Turinga, czyli formalny opis mechanizowalności rozumowań, jest próbą odpowiedzi na pytanie o rozstrzygalność. Jest maszyną teoretyczną, której celem był proces mechaniczny, który potrafiłby rozstrzygać, jak tego oczekiwał Hilbert, czy podane mu twierdzenie matematyczne ma dowód, czy go nie ma i oznajmiałby swój werdykt, wypisując na taśmie odpowiednie symbole. Niestety, opis samej maszyny i wpływu zainteresowań Turinga obliczalnością i związkami tego zagadnienia z późniejszą pracą Turinga nad sprawą Enigmy, przekracza ramy tej recenzji. Dlatego warto przeczytać pracę Hodgesa, choć nie jest to zadanie łatwe. Marek Lechniak Andrew Hodges, Enigma. Życie i śmierć Alana Turinga, tłum. Wiktor bartol, Wyd. prószyński i s-ka, Warszawa 2002.
Poczucie czasu
Czas stanowiący przedmiot zainteresowania historyka jest niebywale krótki w porównaniu z historią naturalną oraz ewolucją biologiczną. Ale prócz wiedzy o znikomości odcinka czasowego historyk, zdaniem autora, winien być zakorzeniony w życiu, dobrze je odczuwać. Tylko dlatego możemy zajmować się historią, że rozumiemy (a przynajmniej zdaje się nam, że rozumiemy) myśli, ból, radość czy, w końcu, miłość i nienawiść naszych przodków. Historia nie jest uwięziona w świecie rzeczy martwych. Historyk może wyrażać sądy na temat teraźniejszości. Wielu z nich czuło i czuje się uprawnionych do analizowania współczesnej rzeczywistości. Otwiera się tu możliwość analizy procesu „długiego trwania”. Gramy w „salonowca”, w którego zabawiano się w Egipcie, uprawiamy sporty starożytności, w dziecięcym wieku bawimy się lalkami, bąkami, żołnierzykami, zwierzątkami do ciągnięcia na sznurku, piszczałkami, grzechotkami, które odnajdujemy w starożytnych grobach dziecięcych od Indii przez Mezopotamię, Egipt, Grecję, po Rzym. W domach Pompei nie czujemy się jak z innego świata – nawet jeśli nie byłoby nam wygodnie w nich mieszkać. Nasze dzieci wychowują się w cywilizacji obrazkowej, zupełnie jak średniowieczni wierni, dla których wystrój całego kościoła, jego ołtarze, stacje Męki Pańskiej były „książką z obrazkami”. Rewolucja francuska, walcząc z religią, stworzyła ideologię parareligijną i zaproponowała nową religię, w której Robespierre był najwyższym kapłanem. Polski obyczaj szlachecki wciąż trwa na Ukrainie, a komunizm niszcząc konserwował niektóre zjawiska. Elementem „długiego trwania” wywołanego komunizmem było nieustanne zainteresowanie historią kraju. Człowiek niekiedy miewa tendencje do przyspieszania i zwalniania biegu mijającego czasu. W komunizmie, jak zauważa Kula, wszystko miało się szybko zmieniać, być zrobione „na wczoraj”. Co parę dni zmieniały się przepisy, instytucje, miejsca przystanków komunikacji miejskiej i objazdy. Dbano, by czas nie biegł zbyt wolno, zagospodarowując go „z urzędu” czynami, zebraniami, zorganizowaną rozrywką. Ale kiedy wracano z zagranicy, zwłaszcza z Zachodu, dało się nieraz słyszeć: „tu się nic nie zmienia, tu jakby czas zatrzymał się w miejscu”. Dziś raczej pragniemy spowolnienia galopującego czasu. Handlowcy nieprzypadkowo nie umieszczają zegarów w supermarketach; chcą, by ludzie spędzali tam czas możliwie bez świadomości jego upływu. Wiedzą, że takie uczucie „zawieszenia czasu” jest nam miłe. Zawód historyka, stwierdza autor, istniał od „zawsze”. W społeczeństwie inkaskim ludzie, których zadaniem było pamiętanie własnych dziejów, wspomagali się pismem węzełkowym. Także przedeuropejska Afryka znała zjawisko kasty historyków, stanowiącej coś pośredniego pomiędzy grupą kulturową (etniczno – kulturową?) a cechem rzemieślników. Sam więc zawód historyka, mimo różnic wykonywanych w związku z nim prac, ale i całego jego konserwatyzmu, można umieścić w procesie „długiego trwania”. Bogdan Bernat Marcin Kula, Zegarek historyka, Wydawnictwo TRIO, Warszawa 2001.
Czyja wina
Wnikliwa analiza „praw człowieka”, najważniejszej eksportowej zdobyczy rewolucji francuskiej, i kultywującego je liberalno-demokratycznego „państwa bez Boga” daje nieprzepłacony obraz upadku obyczajów politycznych i społecznych w samej Francji (będącej wówczas świeżo po przegranej z Prusami wojnie), a także w Polsce, gdzie nowe idee trafiły na podatny grunt i, w konsekwencji, otworzyły zaborcom drzwi do Rzeczpospolitej. Kalinka poddaje krytycznemu osądowi rudymenty idei rewolucyjnej: hasła wolności, równości i braterstwa, dowodząc ich zgubnego wpływu na tradycyjną strukturę społeczną i mechanizmy sprawowania władzy. Cesarsko-królewscy urzędnicy w austriackiej Galicji mieli ułatwione zadanie. Słowa Kalinki w obliczu odradzającej się na jego oczach krytykowanej idei zawierają profetyczne przesłanie: Czy doprawdy mechanizm liberalny ma zacząć na nowo funkcjonować – a z nim turnieje parlamentarne, triumfy adwokackie, spychania się z krzeseł ministerialnych; gra giełdy, gra wyborcza, gra sumienia; kluby, odezwy do ludu, strzały po ulicach; budżet państwa wciąż rosnący, wciąż grożące bankructwo i coraz to głodniejszy pauperyzm; czyż to wszystko ma trwać i ludzkość jak w konwulsjach św. Wita ma skakać dalej a dalej w tym kierunku, aż stanie nad przepaścią – socjalizmu? Skąd my to znamy...? (mer) Walerian Kalinka, Galicja i Kraków pod panowaniem austriackim. Wybór pism, wybór, wstęp i przypisy Włodzimierz Bernacki, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2001, seria: Biblioteka Klasyki Polskiej Myśli Politycznej.
Podróże kulinarne
A kto wynalazł wino? Wszyscy i nikt, gdzieś między Morzem Czarnym a Zatoką Perską. Początkowo grona wytłaczano za pomocą kamieni lub polan. Podobno w Turcji wyciskano sok z czereśni już w VI tysiącleciu p.n.e. Jednak winogrona okazały się bardziej soczyste od czereśni, a fermentujący sok zawierał więcej alkoholu niż powstające z papki z ziaren piwo. Wino, obok chleba i mięsa, ma spośród ludzkich pokarmów najbogatszą symbolikę. Stary świat widział w nim symbol i narzędzie poznania oraz wtajemniczenia. Jego czerwony kolor nieodłącznie kojarzy się z krwią i tak samo, jak ona, łączy się z życiem. Wino obecne jest w religijnych jak i świeckich rytuałach, obrzędach czy uroczystościach. Uważane jest za napój miłosny, a jedną z cech boga wina Dionizosa było umiłowanie ludzi. Dał im wino, żeby ich uszczęśliwić. Równie interesująco i tajemniczo przedstawia się historia poczciwych klusek. Kto je wymyślił, dokładnie nie wiadomo. O prym w tym względzie walczą Chińczycy, Japończycy, Koreańczycy, Niemcy, Francuzi i, oczywiście, Włosi. Ci ostatni – zwłaszcza z Neapolu i Bergamo – najbardziej chcą być ojczyzną makaronu. Nazwa ta (z włoskiego maccheroni) kojarzona jest z Mascherone, postacią z commedia dell’arte, pokaźnych rozmiarów łakomczuchem z twarzą ukrytą za groteskową maską, który, jak wieść niesie, gustował w owych kluskach. W książce znajdziemy też niezwykłe historie mięsa, nabiału, zbóż, oliwy, chleba i ciastek. Dowiemy się o pożytkach z drobiu i sztuce jego kupowania. O tym, że w morzu żyje więcej istot żywych niż na lądzie. O tym, że powstało ponad 40 tys. produktów wytwarzanych dzięki soli. O tym, że używane początkowo wyłącznie jako składnik sosów pomidory najbardziej smakują zrobione po prowansalsku... Wiele cennych informacji znajdą też smakosze i znawcy owoców morza, kawioru czy egzotycznego garum, czyli sosu uzyskiwanego przez macerowanie w soli wnętrzności makreli lub sardeli, który odegrał niezwykle istotną rolę w podboju Galii przez Rzymian. To samo dotyczy chcących poznać sekrety przypraw i ziół oraz aromatów. W książce nie zabrakło szczegółowych i zaskakujących informacji o tradycji uprawy owoców, rewolucji poczciwego ziemniaka czy ewolucji nowalijek. Kto zechce, przeczyta o urokach cukru, boskości czekolady czy wpływie kawy na politykę, a herbaty na filozofię. Autorka zajmuje się także historią moralną jedzenia. Barwnie i bogato opisuje rozmaite zwyczaje kulinarne, zwracając baczną uwagę na ich aspekt historyczny i obyczajowy. Prezentuje paletę informacji związanych z rytuałami i symboliką żywności. W swej kulinarnej podróży zastanawia się też nad największym paradoksem współczesnego świata – nadwyżkami jedzenia na jednej stronie globu i głodem na drugiej. Co za wstyd, żeby historia pożywienia kończyła się słowem głód. (ami) Maguelonne Toussaint-Samat, Historia naturalna i moralna jedzenia, tłum. Anna Bożenna Matusiak i Maria Ochab, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2002, seria: Z Wagą.
Książki nadesłane
|
|
|