Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 12/2002

Progi Europy
Poprzedni Następny

Badania naukowe

Starałem się pokazywać Normanów, Germanów, Słowian 
jak ludy różniące się między sobą rozmaitymi cechami, ale bez wartościowania. 
Takie podejście pozwala uniknąć i kompleksu niższości, i megalomanii.

Rozmowa z prof. Lechem Leciejewiczem, archeologiem,
laureatem nagrody FNP 2002 w dziedzinie nauk humanistycznych

Fot. Stefan Ciechan

Prof. dr hab. Lech Leciejewicz (ur. 1931), mediewista, historyk, archeolog. Studia w Uniwersytecie Poznańskim, doktorat 1958, habilitacja 1967, profesura 1979. Jest profesorem w Instytucie Historycznym UWr. W l. 1954-2001 pracował w Instytucie Historii Kultury Materialnej PAN, 1968-1971 kierownik Zakładu Archeologii Wczesnośredniowiecznej, 1971-2001 kierownik Zakładu Archeologii Nadodrza we wrocławiu. Staże i stypendia naukowe w Niemczech, Włoszech, Francji, Danii. Wykopaliska w Polsce, Włoszech, Francji, Hiszpanii. Członek wielu polskich i międzynarodowych towarzystw naukowych. Autor ponad 100 prac i książek z dziedziny kultury średniowiecznej. Za książkę Nowa postać świata. Narodziny średniowiecznej cywilizacji europejskiej, dzieło fundamentalne dla historiografii europejskiej, otrzymał Nagrodę FNP 2002 w dziedzinie nauk humanistycznych.

Kiedy wybierał pan kierunek studiów, nie było archeologii średniowiecznej. Czy archeologią w ogóle zainteresował się pan wcześnie?
– Pochodzę z rodziny nauczycielskiej – uczyli dziadek, ciotka. Ojciec był przed wojną wojskowym, po wojnie, żeby do wojska nie wracać, został nauczycielem. W domu było dużo książek. Jeśli szukać tropów wiodących do prehistorii, do czasów, którymi interesują się archeologowie, to może w Starej baśni? Dziewiętnastowieczne wydanie, z pięknymi rycinami Andriollego, stoi w moim domu na honorowym miejscu.
Innym tropem był podręcznik Mówią wieki (dziś czasopismo historyczne pod tym tytułem). Jeszcze innym, pomysł naszej szkolnej polonistki, żebyśmy napisali „nowelę” z wykorzystaniem słów archaicznych. Było to w Milanówku pod Warszawą, gdzie podczas wojny mieszkałem u dziadków i „robiłem” gimnazjum na tajnych kompletach. Szukając tych archaicznych motywów przeczytałem dokładnie kronikę Galla Anonima w wydaniu Biblioteki Narodowej (całą serię BN miała moja ciotka). Później duże wrażenie wywarła na mnie Kossak-Szczucka, Krzyżowcy przede wszystkim. I tak się zaczęło.
Po wojnie znalazłem w domowych zakamarkach ocalałe roczniki kalendarza-dodatku do „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, gdzie znakomicie popularyzowano badania nad średniowieczem, słowiańszczyzną, dawną Polską. Robili to historycy i archeolodzy. W pewnym momencie pojawił się tam dział pod nazwą „Kronika prehistoryczna”, poświęcony najnowszym odkryciom archeologicznym, ilustrowany doskonałymi fotografiami. Pisano o Biskupinie (1934), o rozpoczętych – najpierw jako ratownicze – badaniach w Gnieźnie, w Poznaniu, w innych miejscach. Chłonąłem to wszystko zafascynowany.

W 1948 roku powstała koncepcja badań nad początkami państwa polskiego i rozpoczęła się wielka akcja upowszechniania wiedzy o tych początkach. Chodząc do liceum, za zarobione na korepetycjach pieniądze kupowałem broszury i książki, które składały się na biblioteczkę już, powiedziałbym, „fachową”.

Na studia poszedłem do Poznania, gdzie wówczas działała szkoła archeologiczna Józefa Kostrzewskiego, a jej adeptem – i już wyróżniającym się badaczem – był Witold Hensel, i historyczna: Kazimierz Tymieniecki, Gerard Labuda. Z Wilna przyjechał Henryk Łowmiański, ze Lwowa Jan Czekanowski.

– Była to szkoła łącząca rozmaite zainteresowania i specjalności – archeologię, historię (Łowmiański, Tymieniecki), antropologię (Czekanowski)... 
– Tak jest. W tym kręgu rodziła się wtedy nowoczesna prehistoria, już wcześniej związana z etnografią, etnologią, antropologią fizyczną i coraz bardziej wiążąca się z historią. Archeologię wybrałem ostatecznie (studiowałem też historię) z dwu powodów. Pierwszy, bardziej praktyczny, to że zanim znalazłem się na studiach, w 1949 roku, dostałem zaproszenie na wykopaliska do Tumu pod Łęczycą. Drugi – sytuacja polityczna skłaniająca do zajęcia się epokami dawnymi, studia historyczne zostały bowiem „odpowiednio” zreformowane.

Zostałem mediewistą i szybko zaczęło mnie interesować tło kulturowe wydarzeń politycznych rozgrywających się w wiekach średnich. Byłem pod dużym wrażeniem książki Stefana Czarnowskiego Kultura, wznowionej zaraz po wojnie, potem zakazanej, jak wszystkie przedwojenne prace socjologiczne, aż do październikowej „odwilży”. Koncepcja badania przeszłości w perspektywie antropologiczno-kulturowej, jaką zaproponował Czarnowski, ukształtowała moją wyobraźnię historyczną.

– Czy to była koncepcja oryginalna?
– I tak, i nie. Była prekursorska w Polsce przed wojną. Szybko się przyjęła w postaci przekonania, że poznawanie pradziejów musi się odbywać wspólnie, tj. z udziałem historyków, etnologów, antropologów, archeologów. Ja sam mam na dyplomie wypisane: „magister filozofii w zakresie antropologii, etnografii z etnologią i prehistorii”. Doktorat robiłem z nauk historycznych.

W początkach pracy naukowej byłem związany z zespołem Witolda Hensla (Kostrzewskiego władze na jakiś czas odsunęły), który dał mi asystenturę w Katedrze Archeologii Polski Uniwersytetu Poznańskiego (tak się wówczas nazywał). Na początku lat pięćdziesiątych termin „prehistoria” został wyklęty i zaczęło się mówić: archeologia pradziejowa, średniowieczna...

– Przeciętny człowiek kojarzy archeologię w czasami dawniejszymi niż średniowiecze.
– Archeologia średniowieczna rozwinęła się jako osobna dyscyplina właściwie w ostatnich dziesięcioleciach.

– Polscy badacze, w tym także i Pan, mają w tym znaczący udział.
– Zaczęło się od badań milenijnych, które były wielkim polem działania, naturalnie nie tylko dla archeologów. Szefowali im m.in.: Aleksander Gieysztor – historyk, Zdzisław Kępiński – historyk sztuki, Zdzisław Rajewski, Kazimierz Majewski – archeolodzy. Problematyka wczesnośredniowieczna – u nas do XIII wieku – wysunęła się, z oczywistych względów, na plan pierwszy. Historycy rozpoczęli wydawanie źródeł. Odbywały się seminaria interdyscyplinarne z udziałem już nie tylko tych wymienionych specjalistów, ale także językoznawców, metalurgów, botaników, zoologów, geografów. Był to wielki eksperyment badawczy, pierwszy na taką skalę w dziejach humanistyki europejskiej. Ogromna tu zasługa Gieysztora i jego dobrych kontaktów z badaczami wielu krajów. Zarazem te badania stanowiły, jak się dzisiaj mówi, „niszę”, pozwalającą przeżyć czasy stalinowskie nie tylko bez uszczerbku dla nas samych, ale z pożytkiem dla meritum sprawy. niemałą zasługę miał tu także Hensel, który skupił wokół siebie, w Instytucie Historii Kultury Materialnej PAN (dzisiaj Instytut Archeologii i Etnografii), ludzi dobrych w swoich dziedzinach i niezależnie myślących.

– Polska mediewistyka „pokazała się” w świecie?
– Po pierwsze, dzięki kontaktom Gieysztora zainteresowali się naszymi pracami Francuzi – szkoła „Annales” Fernanda Braudela z jego wybitnym uczniem Jacquesem Le Goffem. Pierre Francastel zorganizował w 1957 roku w Paryżu kolokwium o początkach miast polskich – novum stanowiło to, że okazały się one wcześniejsze niż lokacje miejskie na prawie niemieckim. Dwa lata później Instytut Historyczny UW i IHKM PAN zrobiły konferencję o rzemiośle i życiu miejskim w Polsce średniowiecznej, której uczestnicy najpierw wysłuchali referatów, następnie objechali najważniejsze stanowiska archeologiczne. Zrobiło to na nich wielkie wrażenie.

– Czym zadziwiliśmy cudzoziemców?
– Myślę, że rozmachem, tj. kompleksowością naszych badań nad początkami państwa, a może jeszcze bardziej ich interdyscyplinarnym charakterem. O potrzebie badań interdyscyplinarnych mówiło się już wtedy, ale rzadko je podejmowano. Uznanie za nasze osiągnięcia zaowocowało wieloma zaproszeniami. Mnie wydelegowano najpierw do Włoch. Ponieważ robiłem doktorat z miast nadmorskich Pomorza Zachodniego, pojechałem z grupą Polaków badać początki innego miasta nadmorskiego – Wenecji, na wyspie Torcello. Kierowałem także pracami wykopaliskowymi na terenie kasztelu longobardzkiego w Castelseprio koło Mediolanu. Chyba się sprawdziliśmy, bo były propozycje dalszej współpracy. Niestety, Gianpiero Bognetti, inicjator badań, postać zupełnie niezwykła i jako uczony i jako człowiek, zmarł przedwcześnie i kontakt się urwał. Ale z kolei Francuzi (Braudel ze swoim zespołem) właśnie zapragnęli kopać opuszczone wsie średniowieczne i oni z kolei nas zaprosili. Byłem szefem jednej z grup, pracującej w Masywie Centralnym. Trzeba powiedzieć, że inicjowali tę współpracę przede wszystkim historycy – archeolodzy różnie na to patrzyli. Bardzo się ona rozwinęła. W końcu lat siedemdziesiątych pojechałem jako ekspert do Hiszpanii, gdzie badano osadę mozarabską w pobliżu Malagi (1978-82), a później konsultowałem badania wykopaliskowe w Asturii i Andaluzji. Nie będzie samochwalstwem twierdzenie, że poprzez te prace mieliśmy znaczny udział w ukształtowaniu się nowoczesnej archeologii średniowiecznej.

Wkrótce badania mediewistyczne z udziałem archeologii objęły całą dzisiejszą Europę. Witold Hensel, który m.in. badał starożytności słowiańskie w Bułgarii, był współinicjatorem Unii Archeologii Słowiańskiej, koordynującej współpracę ze Wschodem.

– Archeologia średniowieczna „wydzieliła się” z prehistorii czy raczej powstała na pograniczu z historią?
– Myśmy u siebie, jeszcze dość długo, nie wydzielali jej jako osobnej dyscypliny uniwersyteckiej. Byliśmy „dalszym ciągiem” prehistorii, pod względem warsztatowym. Archeologowie antyczni w krajach zachodnich, którzy odkopywali całe miasta, nie przejmowali się zbytnio szczegółową dokumentacją zabytków, toteż metoda stratygraficzna, lokująca je w kolejno odkrywanych warstwach ziemi, która u prehistoryków i archeologów średniowiecznych jest elementarnym narzędziem warsztatu badawczego, była dla nich nowością.

Archeologia średniowieczna łączy metody właściwe archeologii z metodami badań historycznych, jest więc „na pograniczu”. Sam termin wymyślili Anglicy, którzy w latach pięćdziesiątych założyli czasopismo poświęcone tej dziedzinie i zaczęli przenikać do środowisk naukowych na kontynencie. Myśmy używali terminu „archeologia wczesnodziejowa”, co, moim zdaniem, dobrze określa rozległą perspektywę interpretacyjną, jaką daje wspomniane połączenie. Źródła archeologiczne i historyczne niejako wzajemnie się weryfikują, dzięki czemu patrzymy na to, co odsłaniają wykopaliska, znając dalszy bieg dziejów.

– Wspominał pan parokroć o badaniu początków miast. Czy one są głównym przedmiotem zainteresowania archeologów-mediewistów?
– Początki miast bardzo wiele mówią o średniowiecznym społeczeństwie i o powstawaniu państwa. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych (wcześniej w Niemczech) nasiliła się odbudowa miast zniszczonych przez wojnę, zwłaszcza zespołów staromiejskich. Przykładem choćby Wrocław, ale i Szczecin, a także mniejsze miasta, jak Głogów czy Kołobrzeg. Wedle zachowanych źródeł, odtwarza się bardzo piękne zespoły architektoniczne, Kołobrzeg na przykład jest teraz zupełnie inny niż dwadzieścia lat temu, a pochwalę się, że my, archeolodzy, mamy w tym udział.

– Kiedy znalazł się pan we Wrocławiu?
– W 1971 roku. Powstał wtedy Zakład Archeologii Nadodrza (teraz to jest oddział Instytutu), a ponieważ prowadziłem badania terenowe na Pomorzu, zaproponowano mi jego objęcie. Wróciłem więc na Pomorze, ale polem naszych prac były teraz także Śląsk i Ziemia Lubuska.

– Książka nagrodzona przez FNP, Nowa postać świata, ma podtytuł Narodziny średniowiecznej cywilizacji europejskiej. Czy byliśmy już przy tych narodzinach?
– Zanim odpowiem dokładniej, chcę przypomnieć, że Polska leży w środku Europy – nie tylko w sensie geograficznym – i wymienić korzyści, jakie z tego wynikają w badaniach z mojej dziedziny. Otóż, mamy spojrzenie „na obie strony” – wschód i zachód, a z takiej perspektywy lepiej widać całość. Sam, jak już powiedziałem, prowadziłem i konsultowałem badania w Hiszpanii, Francji, Włoszech. Wcześniej pisałem pracę magisterską o możliwościach interpretacji społecznej cmentarzyska w Birce w środkowej Szwecji, które zostało rozkopane jeszcze w XIX wieku, no i badałem miasta słowiańskie. 

– Na czym polega „społeczna” interpretacja wykopalisk?
– We wczesnych latach pięćdziesiątych, okresie u nas bardzo trudnym, występowały dwa kierunki interpretacyjne. Jeden, to spojrzenie socjologiczne, czy – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – antropologiczno-kulturowe, na źródła archeologiczne, ujęte jednak w schematy typowe dla marksizmu. Drugi, tradycyjny, to głównie klasyfikacja zabytków, ich opis, typologia, metodami właściwymi archeologii. Moja praca miała być „interpretacją socjologiczną”, ale socjologia była wyklęta, więc trzeba było w tytule napisać „społeczna”. W środku była interpretacja z punktu widzenia kultury człowieka, nie tylko materialnej, ale i symbolicznej – próba odtworzenia całości ówczesnej kultury. Interesowało mnie, w jakim stopniu w wyposażeniu grobów znajdowało odbicie zróżnicowanie społeczne mieszkańców miasta uważanego za najstarsze w Szwecji (IX-X wiek).

– Cmentarzysko było jedynym źródłem wiedzy na ten temat?
– Nie. Istnieją dwa źródła pisane do dziejów Birki – z IX i XI wieku. W jakiej mierze wykopaliska potwierdzają to, co mówią owe przekazy historyczne? Trzeba było przebadać ponad tysiąc grobów na wielkim obszarze. Pomogły mi w tym metody statystyczne wprowadzone do archeologii i etnologii przez Jana Czekanowskiego. Na jednym diagramie udało się pokazać korelacje pomiędzy występowaniem różnego typu zabytków, różnych elementów obrządku pogrzebowego. Było to wtedy novum (Czekanowski był zachwycony), później zaczęto te metody powszechniej stosować, choć archeologowie nie są z matematyką za pan brat.

– Jakie odpowiedzi pan uzyskał?
– Dowiedziałem się, jak zróżnicowanie społeczne rzutuje na sposoby chowania zmarłych. Na tym cmentarzysku były groby wojowników, wielmożów, bogatych kobiet, ale także uboższej ludności, rozmaicie wyposażone, czasem w ogóle bez wyposażenia. Podobne zróżnicowanie charakteryzowało całą Europę w tym przejściowym okresie przyjmowania chrześcijaństwa.

– Jeszcze później pojawił się w pana pracach wątek skandynawski. Obejmowały one różne obszary wczesnośredniowiecznej Europy, a nagrodzona książka jest syntezą tego okresu jej dziejów.
– Długo do takiej syntezy dojrzewałem i poprzedziło ją sporo publikacji. Witold Hensel, kiedy kierował IHKM-em, miał taką ideę, żebyśmy opracowywali kulturę Europy wczesnośredniowiecznej jako tło badań historycznych. W ramach zaprojektowanej serii opublikowałem w 1979 roku książkę o Normanach, a wcześniej zarys kultury Słowian Zachodnich. badałem Pomorze, ale i Połabie. Moja habilitacja (1967) to było studium o miastach Słowian między Łabą a Odrą. Dla Łużyczan napisałem zarys ich dziejów od paleolitu do XI wieku, który wydała budziszyńska Domowina w języku górnołużyckim, a potem były dwa wydania niemieckie. Do tego nurtu zainteresowań należy także „Mały słownik kultury dawnych Słowian, którego wydanie w Wiedzy Powszechnej zainicjowałem. Mamy kilkutomowy Słownik starożytności słowiańskich, ale choć „mały”, jest poręczną pomocą dla badaczy i źródłem wiedzy dla zainteresowanych, toteż spotkał się z uznaniem.

Z jednej zatem strony Skandynawia, z drugiej Włochy, Francja, Hiszpania, „w środku” Słowiańszczyzna – to dawało mi obraz całości. Szkicem do tego obrazu, jeśli mogę tak to nazwać, była książka Słowianie Zachodni. Z dziejów tworzenia się średniowiecznej Europy, wydana w 1989 roku. Ja tę Europę znam „z dotyku”, chodziłem po niej pracując na stanowiskach archeologicznych w tych wszystkich wymienionych krajach.

– Była rzeczywiście wspólna ludom zamieszkującym jej ziemie?
– Ona była wspólna od... neolitu. Bardzo się podzieliła w okresie grecko-rzymskim. Świat śródziemnomorski przeszedł wtedy próg cywilizacyjny, a poza nim było barbaricum. I zaczęła się tworzyć Europa średniowieczna, obejmująca obie te części. Druga, jeszcze w pierwszych stuleciach, miała charakter barbaricum, dopiero w ciągu wieków IX-XI zamieszkujące ją ludy wchodziły w krąg cywilizowanych.

– Z perspektywy historycznej to nie wydaje się późno; rozumiem, że perspektywa archeologiczna jest dłuższa.
– Muszę powiedzieć, że dla mnie szczególny urok archeologii polega na tym, iż pozwala ona wyjść poza tę zasłonę czy granicę, jaką stanowią źródła pisane. Swobodnie wchodzę w świat starszy niż opisany przez Widukinda czy Ibrahima ibn Jakuba. chodzę – dosłownie – po tej ziemi, po której chodził Mieszko I, dotykam wałów obronnych, które on budował. Byliśmy obecni w Europie już w chwili jej narodzin jako wspólnoty jednoczącej świat śródziemnomorski i barbaricum, od samego początku kształtowania się średniowiecznej cywilizacji europejskiej.

– Czy bez źródeł pisanych byłoby „widać” średniowieczną Europę?
– Byłoby „widać”, ale jest, oczywiście, kwestia interpretacji. Archeologia pradziejowa korzysta z etnologii, tj. ze znajomości ludów pierwotnych obecnie żyjących. Kiedy badamy osiedle neolityczne, to sięgamy do Nowej Gwinei czy środkowej Afryki, gdzie struktury społeczne niewiele się zmieniły przez tysiąclecia. A my, archeolodzy-mediewiści, mamy klucz w postaci źródeł pisanych. Exemplum Birka – istnieją relacje kronikarskie, jest cmentarzysko ze świetnie zachowanym wyposażeniem. Analizujemy, jak to się ma do siebie.

– Jak w świetle tych badań wygląda proces jednoczenia się świata śródziemnomorskiego z barbaricum?
– Trzeba pamiętać, że cywilizacja śródziemnomorska przeżyła okres załamania w VII-VIII wieku. Potem odrodziła się na zachodzie, gdzie powstało państwo Karola Wielkiego i, troszkę później, na wschodzie w postaci Cesarstwa Wschodniorzymskiego, czyli Bizancjum. Zaczęła się nowa integracja Europy poprzez oddziaływanie na ludy barbaricum z jednej strony Skandynawów, z drugiej Słowian Zachodnich, Węgrów i części Słowian Południowych, te ludy weszły ostatecznie w krąg cywilizacji łacińskiej. W IX wieku mieliśmy na Morawach misję Cyryla i Metodego, która przyniosła owoce w kręgu bizantyjskim. Bizancjum zaś oddziaływało na swoich słowiańskich sąsiadów na Bałkanach, tj. Bułgarię, Serbię, Czarnogórę i na Ruś, czyli Słowian Wschodnich (cechy bizantyjskie upatrujemy nawet w obyczajowości Związku Radzieckiego). W XI wieku Ruś Kijowska była potężnym, rozwiniętym cywilizacyjnie i jednym z najbardziej oświeconych krajów Europy dzięki piśmiennictwu w języku narodowym. Podczas gdy u nas łacina stanowiła istotną barierę, tam ludność miejska pisała listy i notatki na korze brzozowej, której zwitki archeologowie odkryli najpierw w Nowogrodzie Wielkim, a potem w innych miastach. Uderzenie mongolskie w XIII wieku podcięło podstawy świetności Rusi.

– Zarówno łaciński Zachód, jak Bizancjum należały do kultury chrześcijańskiej.
– I to było podstawowym czynnikiem integrującym oraz kształtującym średniowieczną Europę. Nie tylko wiara w Boga czy kult religijny, ale cała kultura intelektualna – przede wszystkim pismo – i artystyczna. Myślę, że tak jest do dzisiaj, jakkolwiek wciąż widać granicę między obszarami oddziaływania obu centrów. Jeśli pojedziemy do Jugosławii, zobaczymy ją wyraźnie w architekturze. Przed wojną przebiegała przez Polskę, teraz mamy inne granice państwowe, a także następują procesy unifikacyjne w całej Europie, trudniej zatem odczytać to, że w pewnym momencie dziejów Zachód poszedł swoją drogą, Bizancjum swoją. Na Zachodzie, w efekcie zderzenia się świata barbarzyńskiego z imperium rzymskim, szybko powstawały struktury poziome, tzn. różne grupy społeczne łączyły się i broniły swoich praw. Zanim jeszcze ukształtował się ustrój stanowy, w późnym średniowieczu, miasta uzyskały własne odrębne prawa. W Bizancjum panowała autokracja. Dominowały, jak to określił jeden z rosyjskich badaczy, struktury pionowe. Władza przenosiła się od cesarza w dół. Taki sposób rządzenia został później przeniesiony i w nowej postaci zrealizowany w Rosji, pod pewnym jeszcze dodatkowym wpływem ludów stepowych, Mongołów.

W okresie średniowiecza ukształtowały się też odmienne typy mentalności. Na Zachodzie wykształcił się indywidualizm, społeczność była dynamiczna, kupcy i rzemieślnicy organizowali się, ruszali w świat. Bizancjum, zagrożone stale przez Arabów, później Turków, było bardziej izolowane, zamknięte, w końcu upadło, a kultura symboliczna przetrwała w klasztorach górskich, w cerkiewkach. Ta kultura, zwłaszcza sztuka, oddziaływała na Europę. Kiedy kopałem na Torcello koło Wenecji, wyraźnie widziałem tam „forpocztę” Bizancjum.

– Co ludy barbaricum wniosły do wspólnej Europy?
– Badałem Normanów i Słowian, którzy wnieśli swoje odmienne cechy i związane z nimi różne wartości. Normanowie, lud morskich żeglarzy, bitni, odważni. mało mieli miejsca na uprawę roli, wobec tego hodowali bydło, a zboże importowali z ziem słowiańskich już w X wieku (odkopano magazyny zbożowe). Słowianie – mniej ruchliwi, mniej zorganizowani, skorzy do anarchii, dobrzy rolnicy. Nie przypadkiem Polska stała się głównym dostarczycielem zboża dla miast angielskich i flandryjskich.

– Kiedy definitywnie kończy się barbaricum i jest już jedna Europa?
– Kiedy wszystkie te ludy przyjmują chrześcijaństwo i wchodzą w krąg cywilizacji łacińskiej. Wielkie Morawy – IX wiek. Czechy, Polska, Węgry, Ruś, Skandynawia – X-XI wiek. Oczywiście, to jest proces, który trwa, na przykład w starej Uppsali działał ośrodek kultowy jeszcze w drugiej połowie XI wieku, a na Połabiu i Pomorzu chrześcijaństwo zapuściło korzenie na dobre w wieku XII. Najdłużej trwali w pogaństwie Bałtowie, Prusowie, czyli siedzący w lasach przodkowie Litwinów i Łotyszów, a dalej na północ Ugrofinowie.

– Do czego w tym najdawniejszym dziedzictwie możemy nawiązywać?
– Sformułowałbym to inaczej – o czym powinniśmy pamiętać? O tym, co sobie czasem – ostatnio częściej – przypominamy, że w cywilizowanej Europie jesteśmy od tysiąca lat (pojęcie: Europejczyk pojawiło się w VIII wieku, po bitwie pod Poitiers). Wobec tego cały dorobek europejskiej kultury jest wspólny. To zobowiązuje do dbania i pomnażania go. Nie powinniśmy zbytnio podkreślać różnic między Wschodem i Zachodem, co znaczy, że musimy traktować naszych sąsiadów jak partnerów w wykonywaniu wspólnych zadań. Starałem się w swojej książce pokazywać Normanów, Germanów, Słowian, Bałtów, jak ludy różniące się między sobą rozmaitymi cechami, ale bez wartościowania. Takie podejście pozwala uniknąć i kompleksu niższości, i megalomanii.

Rozmawiała Magdalena Bajer

 

Komentarze