Rozmowa Forum
Dziś nauka bardzo się podzieliła, wyspecjalizowała, a także skomercjalizowała. Badacze tracą zdolność do wydobywania ze swoich dziedzin problemów, które mogłyby zainteresować szersze grono.
Rozmowa z prof. Andrzejem Paszewskim,
prezesem Towarzystwa Naukowego Warszawskiego
|
Fot. Piotr Kieraciński
 |
| Prof. dr hab. Andrzej Paszewski, genetyk, kierownik Zakładu Genetyki w Instytucie Biochemii i Biofizyki PAN, prezes Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, członek Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Genetycznego. |
- Czy towarzystwa naukowe mają się dziś dobrze?
- Jeśli ma Pan na myśli sytuację finansową, to muszę powiedzieć, że nietęgo. Trudno prowadzić działalność tylko w oparciu o składki członkowskie, które nie mogą być wysokie. Kiedyś towarzystwa miały dobrodziejów. Towarzystwo Naukowe Warszawskie, które w 1907 r. podjęło misję zlikwidowanego przez Rosjan Towarzystwa Przyjaciół Nauk, już w tym samym roku dysponowało znaczącymi kwotami na działalność, pochodzącymi od darczyńców. Gdy towarzystwo zaczęło organizować placówki badawcze, otrzymywało też wsparcie ze strony państwa. Dziś rola takich korporacji naukowych, jak TNW, zmieniła się. Nie prowadzą one badań naukowych, które są bardzo kosztowne, niemniej pewien stały poziom finansowania jest potrzebny dla ich działalności. Im wyższy, tym ta działalność może być bogatsza.
- Chce to znaczy, że zamożni ludzie byli skłonni dawać uczonym pieniądze na działalność, a dziś nie chcą tego robić?
- Taka tradycja była kultywowana przez pokolenia ludzi należących do grup oświeconych. Wśród członków TPN w Warszawie była spora grupa - około 25 proc. - ludzi zamożnych, nie badaczy, którzy traktowali udział w tej działalności jako rodzaj służby społecznej, nawet patriotycznej, a także element prestiżu. Wydaje się, że utrwalił się pogląd, iż cała sfera nauki powinna być zasilana przez państwo i gospodarkę, a nie przez taką czy inną formę mecenatu społecznego.
- Rozumiem, że brak pieniędzy to nie jedyny problem towarzystw. Wydaje się, że brakuje w nich młodych uczonych.
- Rzeczywiście, daje się zauważyć ogromną lukę pokoleniową. Młodzi nie mają zapewnionej stabilizacji zawodowej, muszą nieustannie walczyć o środki na badania, śledzić zmiany w swojej dziedzinie, które teraz następują bardzo szybko, muszą się ścigać. Nie mają czasu na działalność społeczną lub debaty intelektualne, niechętnie angażują się w sprawy, które nie przekładają się na konkretne, mierzalne efekty. Jeśli mają szersze zainteresowania, to wolą realizować je indywidualnie, np. przez lektury.
- Pomimo trudnej sytuacji, powstaje mnóstwo towarzystw naukowych, najczęściej związanych z bardzo wąskimi specjalnościami naukowymi.
- Trzeba odróżniać towarzystwa specjalistyczne od towarzystw ogólnych, które kiedyś były miejscami dysput intelektualnych, prezentacji wyników badań na forum interdyscyplinarnym i ośrodkami kulturotwórczymi. Dziś nauka bardzo się podzieliła, wyspecjalizowała, a także skomercjalizowała. Badacze tracą zdolność do wydobywania ze swoich dziedzin problemów, które mogłyby zainteresować szersze grono. Można powiedzieć ogólnie, że profesjonalizm wypiera intelektualizm. Stowarzyszenia specjalistyczne ułatwiają kontakt roboczy między badaczami o podobnych zainteresowaniach, a także starania o zdobycie funduszy na współpracę, stypendia czy na konferencje, których organizowanie liczy się też w karierze naukowej, zwłaszcza, gdy są to konferencje międzynarodowe.
- Nie bierze Pan pod uwagę zwykłej potrzeby stowarzyszania się, bycia w określonej grupie, spotykania w środowisku?
- Dziś towarzystwa nie pełnią roli kręgów towarzyskich. Myślę, że ich funkcja jako przedłużenia salonów, w najlepszym tego słowa znaczeniu, w których istniało żywe życie intelektualne, bardzo zmalała. Był taki moment pod koniec komunizmu i tuż po jego upadku, kiedy żyjący jeszcze członkowie PAU i TNW poczuli gwałtowną potrzebę kontynuowania tej tradycji, spotykania się, wymiany poglądów. Wtedy doprowadzili do odrodzenia się obu korporacji. Ta potrzeba jest teraz mniej widoczna. Być może pojawią się inne, które zmienią formułę pracy korporacji naukowych na bardziej adekwatną do sytuacji.
- Nie wspomniał Pan o roli towarzystw w popularyzowaniu nauki?
- Sądzę, że popularyzacja jest potrzebna w korporacjach akademickich jako wewnętrzny element integracyjny. Oczywiście dobrze, gdy korporacje prowadzą popularyzację w znaczeniu szerszym, zwłaszcza, gdy mają do tego warunki, chociażby w postaci odpowiednich pomieszczeń. Jednakże członkowie korporacji popularyzują swoje prace również nie w ramach korporacji. Może do tego służyć Internet czy inne media.
- Czy większe znaczenie mają obecnie towarzystwa ogólne o charakterze korporacji, czy towarzystwa specjalistyczne?
- Wydaje się, że rola tych drugich jest klarowniejsza niż tych pierwszych. Osobiście, widzę ważną rolę dla korporacji akademickich, także w ich tradycyjnej roli. Stanowią one jeden z elementów podtrzymujących życie intelektualne i etos środowisk akademickich, bez których szkoły akademickie staną się wyższymi szkołami zawodowymi; proces ten już ma miejsce. Istnieje zróżnicowanie poglądów w tej sprawie i nawet wielu członków istniejących korporacji nie ma skrystalizowanego poglądu co do ich roli. W jakiejś mierze jest to też pewnie wynik ogólnej transformacji kulturowej.
- Chce Pan powiedzieć, że rola Polskiej Akademii Nauk nie jest jasna?
- Akademia jest resortem, urzędem państwowym, zajmującym się organizacją i prowadzeniem placówek badawczych, realizującym politykę państwa w dziedzinie nauki. Posiada też pion korporacyjny, który ma sprawować nadzór merytoryczny nad placówkami i reprezentować naukę polską. W okresie komunizmu korporacja była zdecydowanie zdominowana przez urząd, który dbał o jej swoiście rozumianą "poprawność polityczną", chociaż indywidualnie wielu członków korporacji tej poprawności nie przestrzegało. Było to widoczne nawet dla osób spoza jej grona. Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Wydaje mi się, że korporacja podkreśla swoją funkcję ekspercką. Co do innych, to pewnie dzieli część problemów z innymi korporacjami akademickimi. Warto zauważyć, że wielu członków PAN należy również do innych korporacji, np. PAU i TNW. Moim zdaniem, byłoby dobrze, gdyby te korporacje stały się niezależnymi ośrodkami opinii publicznej, pełniącymi "posługę myślenia", jak to sformułował Jan Paweł II. Ludzie nauki wydają się być szczególnie predysponowani do posługiwania się umysłem, odporni na demagogię i manipulację, a zatem zdolni do niezależnych sądów. I tym mogą służyć społeczeństwu, wypowiadając się w ważnych dla niego sprawach. Aby pełnić taką rolę skutecznie, korporacje muszą być niezależne od czynników politycznych. W praktyce taka zależność zawsze istnieje i zależy od sytuacji ustrojowej oraz stopnia finansowego uzależnienia od państwa. Idealnie jest, gdy przynajmniej ta druga zależność w ogóle nie istnieje - sytuacja w naszych warunkach raczej utopijna.
- Można jednak odnieść wrażenie, że społeczeństwo oczekuje od uczonych opinii eksperckich?
- Na pewno, ale nie zawsze jest w stanie ocenić, czy nie są one zbyt specjalistyczne, jednostronne lub uwikłane w interesy grupowe, np. partii politycznych. Właśnie m.in. korporacje naukowe mogą służyć ludziom pomocą w uzyskiwaniu dobrego obrazu sytuacji, w której mają dokonywać takich czy innych wyborów.
- Czy nasze zapotrzebowanie na ekspertów pokrywa się z zapotrzebowaniem na autorytety?
- Odnośnie konkretnej wiedzy dobry ekspert staje się autorytetem, zwłaszcza gdy jest niezależny w swych opiniach. W sprawach ogólniejszych oczekuje się, że autorytetami powinni być intelektualiści, których cechuje wieloaspektowe widzenie rzeczywistości, w całej jej złożoności. Czyni to ich dobrymi recenzentami, ale często kiepskimi menedżerami, bo właśnie rozumienie argumentów za i przeciw utrudnia podejmowanie decyzji. Dlatego ważna jest dyskusja intelektualna, dla której korporacje mogą stanowić dobre forum, sprzyjające tworzeniom elit. Tymczasem teraz padają głosy, np. w dyskusji o inteligencji toczonej kiedyś na łamach "Rzeczpospolitej", że elity nie są potrzebne, że rynek i demokracja wszystko załatwią. Samo słowo "intelektualista" brzmi prawie jak obelga. Zarzuca się elitom, że pretendują do "rządu dusz", gdy tymczasem dobre elity są dla społeczeństwa bardzo przydatne w posłudze, o której mówiliśmy. Przychylam się raczej do opinii filozofa Innocentego Bocheńskiego OP, który w swej książce Sto zabobonów jako jeden z nich wymienia właśnie przekonanie, że elity nie są potrzebne, a nawet szkodliwe dla społeczeństwa. Dla elit istnieje w społeczeństwie pewna nisza, która nie znosi próżni. Jeśli nie wypełniają jej elity dobre, to wchodzą w nią elity byle jakie, często realizujące własne cele kosztem społeczeństwa.
- Czy sądzi Pan, że uczeni stracili poczucie intelektualnej misji społecznej?
- Kiedy się czyta wypowiedzi różnych uczonych, można wywnioskować, że tę misję widzą. Nie znaczy to jednak, że przekłada się to na potrzebę działania zbiorowego. Zabranie głosu to jeszcze nie jest opinia publiczna. Ta kształtuje się w debacie, a w środowisku naukowym bardzo zmniejszyła się potrzeba dyskusji intelektualnej na korzyść ściśle profesjonalnej, nierzadko o utylitarnym charakterze. Można chyba powiedzieć, że istnieją intelektualiści, ale w mniejszym stopniu środowiska intelektualne, jako grupy identyfikacji zbiorowej i normatywnego układu odniesienia.
- Ten problem widać na konferencjach naukowych. Niektórzy prelegenci wychodzą po przedstawieniu swojego referatu, nie interesując się, co mają do powiedzenia inni.
- Nazywam takich "zaszczyczaczami". To są ludzie często zapraszani na konferencje, którzy jednak nie widzą potrzeby konfrontowania swoich poglądów z innymi, posłuchania innych referatów, nie potrzebują grupy odniesienia. Odrodzenie tradycji dyskusji, pozwalającej wyjść poza własną dziedzinę, zobaczenia jej w szerszym kontekście społecznym czy historiozoficznym, powinno być jednym z zadań korporacji naukowych.
- Czy próbował Pan zaszczepić te idee w TNW?
- Nie mam poczucia misji, ale działając w TNW oczywiście mam jakąś wizję działania towarzystwa. Nie ukrywam jej, muszę jednak szanować poglądy innych członków i realne możliwości funkcjonowania korporacji. Wydaje mi się, że wielu członków preferuje zebrania wydziałowe, często poświecone tematyce typowej dla stowarzyszeń specjalistycznych. Mniejsza jest presja wydziałów na organizację spotkań wspólnych, poświęconych ważnym problemom ogólnym. Poza tym, nawet gdy zdobędziemy się na wysiłek wypowiedzi w ważnej społecznie sprawie, trudno nam się przebić z nią do mediów, a przez nie do społeczeństwa. To działa zniechęcająco.
- Czy TNW zamierza pozostać przy cenzusie akademickim swych członków?
- Kiedyś taki cenzus nie był chyba wymagany, skoro członkami TNW byli Sienkiewicz, Dąbrowska i Staff. Sądzę, że powrót do tradycji przyjmowania do towarzystwa osób o dużym znaczeniu dla kultury byłby dobry i ożywczy, podnosiłby prestiż TNW, a także ułatwiał pełnienie jego szerszej społecznej roli, o której była mowa. Warto o tym pomyśleć w związku z przypadającą w 2007 r. setną rocznicą Towarzystwa.
Rozmawiał PIOTR KIERACIŃSKI
|