Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 11-12/2003

Przyszłość filologii

Poprzedni Następny

Życie akademickie

W opublikowanej na łamach „Rzeczpospolitej” rozmowie rektor Uniwersytetu Warszawskiego 
prof. Piotr Węgleński powiedział: Przyznaję, że nie nadążamy za tym, co się dzieje na rynku, w stopniu, który by mnie w pełni satysfakcjonował. Na przykład w dziedzinie filologii szybciej powinniśmy 
przechodzić z klasycznych studiów filologicznych, typu polonistyka, anglistyka, italianistyka, na studia 
regionalne, czyli takie, na których język jest dodatkiem. Absolwent takich studiów powinien dobrze się orientować w prawie, ekonomii, historii, polityce danego kraju czy regionu, a nie tylko znać język 
i reguły gramatyczne (Uniwersytecki znaczy wszechstronny, „Rzeczpospolita”, 
27.10.2003, dodatek: „Regiony. Warszawa i Mazowsze”, s. 32).

Ponieważ temat rynku, który miałby decydować o kształcie uniwersyteckiej filologii 
wydał nam się istotny, poprosiliśmy kilku filologów o skomentowanie tej wypowiedzi. 
Oto nadesłane do naszej redakcji komentarze.

Fot. Stefan Ciechan

WSPÓLNE CELE

Muszę powiedzieć, że wypowiedź ta zdumiewa mnie z kilku powodów. Chciałbym to moje zdumienie uzasadnić z pozycji neofilologa-germanisty, pracującego w zawodzie już prawie trzydzieści lat.

Po pierwsze, prof. Węgleński zapomina, że na wszystkich neofilologiach wiele miejsca w programie studiów zajmuje wiedza kulturo- i realioznawcza, obejmująca właśnie zagadnienia z historii, ekonomii i polityki, także historii i polityki regionalnej – w przypadku germanistów nie tylko Niemiec, ale wszystkich krajów niemieckojęzycznych. Zagadnienia te są także przedmiotem prac magisterskich pisanych na seminariach z zakresu kulturoznawstwa niemieckojęzycznego. Również na zajęciach z praktycznej nauki języka poruszane są te tematy, prowadzone są dyskusje o wszystkim, co nurtuje na co dzień obywateli Polski i ich relacjach z krajami niemieckojęzycznymi, a także naturalnie odwrotnie. Takim ostatnim tematem jest wywołana przez Erikę Steinbach kwestia wypędzonych i budowa ich centrum. Studenci czytają teksty fachowe – także prawnicze i ekonomiczne – po to, by mogli opanować specjalistyczne słownictwo. Absolwenci germanistyki otrzymują tym samym narzędzia językowe, które umożliwiają im swobodne poruszanie się w tych zagadnieniach i szybkie dostosowywanie się do wymogów pracodawcy. Wielu z nich nie chce przecież pracować w szkole i wybiera najróżniejsze firmy prywatne i państwowe.

Po drugie, germanistyka przestała być jedynie kierunkiem filologicznym, oferuje bowiem nie tylko typowe, „standardowe” wykształcenie filologiczne oraz solidnie przygotowuje do zawodu nauczyciela (blok przedmiotów pedagogicznych, psychologicznych i glottodydaktycznych wynosi, zgodnie z wytycznymi ministerstwa, 330 godzin), ale umożliwia absolwentowi zdobycie podstaw zawodu tłumacza. Już od ponad pięciu lat nasi studenci mogą wybierać specjalizację translatorską, na której otrzymują wiedzę teoretyczną, dotyczącą przekładu ustnego i pisemnego, ale przede wszystkim uczestniczą w ćwiczeniach z translacji pisemnych, konsekutywnych, a vista itp. Naturalnie jest to tylko przygotowanie do zawodu, bo przecież tłumaczem się nie zostaje po studiach, ale dzięki wieloletniej praktyce i stałym doświadczeniom w tej dziedzinie. Nie sposób także wyobrazić sobie właściwego przygotowania do tego zawodu bez przynajmniej pewnego minimum przedmiotów filologicznych, dzięki którym możliwy jest tak zwany transfer kulturowy. Dlatego też i na otwartej w UMCS przed trzema laty specjalizacji lingwistyka stosowana są takie przedmioty filologiczne, jak literatura pierwszego i drugiego języka czy językoznawstwo, aczkolwiek oferowane są one w znacznie mniejszym wymiarze niż na „klasycznej” filologii. Nasi absolwenci znają tym samym nie tylko język i reguły gramatyczne, ale dysponują szeroką wiedzą „pozafilologiczną”.

Tak czy inaczej, język nie może jednak być tylko „dodatkiem”, bo powiązany jest każdorazowo z procesami kulturowymi, których nie sposób zrozumieć bez przedmiotów filologicznych. Dobre wykształcenie filologiczne nie przeszkadza absolwentom dokształcać się w wybranym później zawodzie, a przeciwnie – jedynie to ułatwia. Naszym podstawowym celem jest więc wykształcenie takiego germanisty, który w każdym zawodzie będzie mógł być pośrednikiem między kulturami.

Osobnym zagadnieniem jest fakt, że filologie obce zaczynają postrzegać zmianę jakości kandydatów na studia, których poziom intelektualny w wielu przypadkach się obniża. Dawniej studia filologiczne były studiami elitarnymi, przyciągającymi najlepszych absolwentów szkół średnich. Dzisiaj tacy absolwenci, często ze znajomością więcej niż jednego języka obcego, wybierają modne studia niefilologiczne, bo chcą szybko zrobić karierę i pieniądze. Ale czy można mieć dzisiaj pewność co do trafności wyboru przyszłych kierunków studiów? Czy wymieniona przez prof. Węgleńskiego biotechnologia rzeczywiście gwarantuje zatrudnienie po studiach? Jak długo oblegana ostatnio arabistyka będzie szansą zawodową dla jej absolwentów? I co wart jest „arabista” znający jedynie język, bez zaplecza filologicznego, a więc wiedzy kulturowej dotyczącej islamu, historii krajów arabskich etc.? Albo odwrotnie, ile wart jest na Bliskim Wschodzie ekonomista, polityk itp. bez doskonałej znajomości języka arabskiego i wiedzy filologicznej umożliwiającej mu swobodne poruszanie się w mentalności krajów regionu? Musi wtedy po prostu otaczać się filologami, którzy otwierają mu ten skomplikowany świat. Najlepszym przykładem jest nieustannie nękany przez media profesor arabista z UW.

Nie jestem przekonany, że w przyszłości w naszych uniwersytetach językiem wykładowym będzie angielski. Europa dlatego fascynuje, że jest tak różnorodna językowo i kulturowo. I każdy, kto zechce dokładnie poznać jakiś kraj, musi studiować w języku tego kraju. Także i studenci przyjeżdżający do naszego kraju będą się uczyć naszego języka jako medium komunikacji i nauki. Inaczej szybko spostrzegą, że żyją w getcie i zechcą się z niego wyrwać. Język polski będzie także przecież jednym z oficjalnych języków Unii Europejskiej i sam już spotkałem wielu Niemców, którzy z nauką naszego języka wiążą nadzieje zawodowe. Nie wykluczam wszakże, że pewne dziedziny, także uniwersyteckie, zostaną zdominowane przez język angielski.
Na koniec kwestia niżu demograficznego. Niemcy dotknięci są tą „plagą” już od dawna, ale kiedy przed ponad dziesięciu laty wybrałem się na wykład na germanistyce Wolnego Uniwersytetu w Berlinie, byłem zaszokowany, że studenci siedzą na podłodze, bo brakowało dla nich krzeseł. Wynika to z tego, że prawie wszyscy absolwenci szkół średnich idą na studia. Poziom ich wiedzy jest kwestią zupełnie odrębną.

Prof. dr hab. Janusz Golec, germanista
dyrektor Instytutu Germanistyki UMCS

STAN KLĘSKI?

Jak wynika z wypowiedzi rektora UW – a wynika tak ponad wszelką wątpliwość – absolwent polonistyki warszawskiej zna „tylko język i reguły gramatyczne”. A historii literatury nie studiował? Dawniejszych i nowszych kanonów artyzmu nie zgłębiał, ich perspektyw filozoficznych nie odsłaniał? Związków między sztuką słowa a innymi obszarami sztuk nie wychwyci? O poetyce i teorii literatury nie słyszał? W grach wojennych szkół badawczych rozeznać się nie zdoła? W interpretacji swych sił nie próbował? Zrecenzować tomu wierszy nie potrafi? Arcydzieł od tandety nie odróżni? Pogadanki literackiej nie wygłosi? Dysertacji magisterskiej, doktorskiej, habilitacyjnej nie napisze?

Jeśli Magnificencja wie, co mówi, więc jeżeli u stołecznych polonistów uniwersyteckich, w jednej z dwóch – wedle rektora – liczących się uczelni wyższych w Polsce obserwujemy oto stan klęski naukowej, nie należy się dziwić koncepcji przekształcenia polonistyki warszawskiej w „studia regionalne”, stanowiące mieszaninę gramatyki, ekonomii, prawa i polityki...

Prof. dr hab. Edward Balcerzan, polonista
Instytut Filologii Polskiej UAM

POTRZEBA POWAŻNEJ DEBATY

Pan Rektor Piotr Węgleński porusza dwie istotne sprawy. Jedna ma charakter bardzo ogólny i dotyka kwestii relacji między uniwersytetem a rzeczywistością ekonomiczną i społeczną. Czy uniwersytet winien „nadążać za tym, co dzieje się na rynku”? Wszechnica uniwersytecka nie może sobie pozwolić na ignorowanie świata, bo jednym z warunków i powodów jej istnienia jest zaangażowanie w sprawy tegoż świata, co uniwersytet spełnia zarówno w badaniach, jak i w dydaktyce. Nauczanie jest zawsze w ostatecznym rozrachunku uczeniem się świata i – poprzez rozumienie procesów kształtujących rzeczywistość – uczeniem się, przygotowywaniem siebie do mądrego w świecie uczestniczenia. W tym sensie odpowiedź na postawione pytanie jest pozytywna: tak, uniwersytet ma nadążać za tym, co dzieje się na rynku.

Gdy wsłuchamy się w takie sformułowanie, pojawią się jednak wątpliwości. Czy istotnie „nadążać” to czasownik wyrażający działanie uniwersytetu? Z jednej strony, uznaje on jednoznacznie dyktat rynku, przyznając mu rolę naczelnego mechanizmu rzeczywistości, za którym cała reszta musi dążyć w karnym ordynku; z drugiej – sam ów rynek zmienia się tak szybko, iż czasami szanse zawodowe studenta na pierwszym roku studiów są zupełnie inne niż wtedy, gdy odbiera dyplom ich ukończenia. Powiedziałbym zatem, iż uniwersytet winien znać i szanować prawa rynku, lecz strzec się przed ich uznaniem za jedyny regulator rzeczywistości. Ujmując rzecz jeszcze inaczej, uniwersytet studiuje to, co dzieje się na „rynku” i sam przyczynia się do zmian w nim zachodzących, z tym, iż „rynek”, o który chodzi uniwersytetowi, to nie tylko fluktuacje ekonomiczne, lecz także miejsce pracy i debaty nad kształtem życia publicznego poprzez przygotowanie młodych ludzi do godnego w nim uczestniczenia. „Rynek” nie tylko jako gra wartości ekonomicznych, ale także jako „agora”.

Drugą sprawą poruszoną przez Pana Rektora jest przyszłość kierunków filologicznych. Nie posuwając się tak daleko, by język uznać jedynie za „dodatek” (tym bardziej że kwestia unowocześnienia programu filologii dotyczy nie tylko filologii obcych, lecz także filologii polskiej), chętnie przystaję na kierunek wyznaczony przez Pana Profesora Węgleńskiego jako azymut przyszłości filologii. Anthony Easthope napisał przed kilku laty głośną książkę, której tytuł wiele wyjaśniał: From Literary to Cultural Studies. Studia filologiczne umieszczają się dzisiaj na obszarze, w którym swoje wpływy mają filozofia, nauki społeczne, nauki o kulturze, sztuce i mediach. Nauka języka przestaje być jedynie przyswajaniem struktur gramatycznych, literaturoznawstwo nie zadowala się wnikaniem w materię samego tekstu; język jawi się jako historycznie ukształtowana gęsta wiązka relacji społecznych, ekonomicznych, politycznych, w których kodują się dążenia społeczności, konceptualizują się nasze doświadczenia nie tylko jednostkowe, ale i społeczne. Rozpoznawanie owych konceptualizacji stanowi istotne wyposażenie człowieka mającego być świadomym uczestnikiem demokratycznego społeczeństwa.

Sprawa nowego obrazu studiów filologicznych wymaga także innego administracyjnego spojrzenia na nie. Dotychczas „filologiem” był ktoś, kto odbył odpowiednią, niemałą, liczbę godzin zajęć z praktycznej znajomości danego języka i, najczęściej, po odbyciu specjalnego cyklu wykładów, ćwiczeń i praktyk ma kwalifikacje do nauczania tegoż języka w szkole. Przy takiej liczbie godzin wprowadzanie dodatkowych przedmiotów jest już trudne, jeśli wręcz niemożliwe. Wszystko wskazuje zatem na to, że sami filologowie powinni odbyć poważną debatę na temat kształtu ich profesji i kształcenia w ich dyscyplinie, której wynikiem byłyby nowe programy.

Prof. dr hab. Tadeusz Sławek, polonista i anglista
Instytut Kultury i Literatury Brytyjskiej i Amerykańskiej UŚ

 KSZTAŁCENIE DYLETANTÓW

Z całym szacunkiem dla Rektora Węgleńskiego muszę powiedzieć, że z jego wypowiedzi wynika, że, po pierwsze, nie zna specyfiki studiów neofilologicznych, a po drugie – nie zapoznał się z sytuacją studiów, które proponuje, choćby w USA i Wielkiej Brytanii. Tzw. area studies były bardzo modne w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych (trochę tego, trochę tamtego, podlane papką językową i dyletant gotowy). Nowy Uniwersytet Essex coś takiego robił, sam byłem świadkiem klapy takiego programu w Kansas University w USA, kiedy tam uczyłem w 1970 r. Studia te zbankrutowały, bo kształciły dyletantów bez głębokiej znajomości żadnego z przedmiotów, które wymienia Pan Rektor.

Rozwiązaniem jest wszystkich dobrze nauczyć języków obcych i wiedzy fachowej, a filologie, które akurat w Polsce są nowoczesne, zostawić fachowcom. Filologowie z ich obecnym wykształceniem przydadzą się tam, gdzie powinni być.

Prof. dr hab. Jacek Fisiak, anglista
dyrektor Instytutu Filologii Angielskiej UAM

 GROŹNY POMYSŁ

Choć wbrew temu, co się obiecuje w przysiędze doktorskiej, zalewa nas dziś fala cupiditas, chcę, by uniwersytet pamiętał o tym, do czego jest powołany – do poszukiwania prawdy i do wychowywania w duchu prawdy przyszłych pokoleń. Stąd też nie odpowiada mi wizja przyszłego uniwersytetu, który zamykałby „niedochodowe” kierunki. Studenckie wybory – które mają decydować o rozwoju kierunków – są kapryśne: dziś arabistyka, przedtem prawo i informatyka, a gdy okazało się, że i po nich trudno o zatrudnienie, wielu studentów próbuje łączyć studia „dające chleb”, np. marketing, ze studiami licencjackimi, np. anglistyki (teraz okazuje się, że i w tej dziedzinie trudno o pracę). Więc może archeologia (bo Irak)? Tymczasem poważny uniwersytet nie powinien być zależny w tak wysokim stopniu od powiewów mody, od rynku pracy etc.

Niech więc z jednej strony rozwijają się studia „praktyczne”, na poziomie licencjatu, także ewentualnie w nowych szkołach prywatnych, które temu właśnie zadaniu powinny się poświęcić. Wszelako za groźny dla integralności i przyszłości uniwersytetu uważam pomysł radykalnego odejścia od „klasycznych studiów filologicznych” i całkowitą ich zamianę na studia regionalne (area studies), które nb. też są potrzebne. Nie po to Europejska Komisja Językowa debatuje nad skutecznymi sposobami kształcenia językowego, by wyrzucano za okno filologie, które przecież przygotowują kadry nauczycieli i przyszłych badaczy, czyli pracowników naukowych (kto inny miałby to robić?), kształcą na poziomie uniwersyteckim tzw. pracowników kultury, tłumaczy, bibliotekarzy (czyżby miały ich produkować owe szkoły prywatne – im samym przydałoby się na ogół porządne dokształcenie humanistyczne). Zresztą przypominam, że większe uniwersytety oferowały już (za czasów premiera Buzka) bogaty wybór przedmiotów, zarówno ogólnokulturowych, jak i „praktycznych” (czyli rodzaj area studies), vide programy filologii obcych w UJ, UW, Uniwersytecie Wrocławskim, UAM i w nich oferty m.in. z zakresu komunikacji, elementów prawa, informatyki w służbie nauczania, zarządzania czy tłumaczenia, wraz z odpowiednią praktyką. Może wejście do Unii Europejskiej pozwoli uniwersytetom odzyskać autonomię (pomniejszoną ostatnio), może już nie będą musiały „integrować” programów, tj. eliminować z nich, jak chce obecne ministerstwo, wszystkiego, co wykracza poza ową znajomość „języka i reguł gramatycznych”.

Dlatego zdanie prof. Węgleńskiego, iż w dziedzinie filologii szybciej powinniśmy przechodzić od klasycznych studiów filologicznych, typu polonistyka, anglistyka, italianistyka, do studiów regionalnych, czyli takich, na których język jest dodatkiem, uważam za groźne dla idei uniwersytetu, może też nieprzemyślane. Studia zwane filologicznymi stanowią, wraz z innymi studiami humanistycznymi, integralną część uniwersytetu i nie są tylko studiami nad „dodatkiem”, jakim miałby być język. Kto, jeśli nie szeroko pojęci humaniści, miałby dbać o owo „wszechstronne, ogólne wykształcenie”, którego – jak mówi prof. Węgleński – żadna szkoła typu prywatna szkoła biznesu nie jest w stanie zapewnić?

Prof. dr hab. Urszula Dąmbska-Prokop, romanistka
Instytut Filologii Romańskiej UJ

 

Komentarze