Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 11-12/2003

E-edukacja

Poprzedni Następny

Okolice nauki

E-edukacja jest ogromną szansą dla społeczeństw 
całego świata. Nie ma już chyba odwrotu z drogi, 
którą obraliśmy. Promowanie idei wirtualnego nauczania na poziomie akademickim jest koniecznością.

Artur Paszkowski

 Fot. Stefan Ciechan

  Minęły trzy lata, od kiedy społeczeństwa naszego globu wkroczyły w nowy wiek. Niewątpliwie weszły weń z olbrzymimi nadziejami, ale i równie wielkimi obawami. Ubiegłe stulecie zwykło się określać mianem wieku rewolucyjnych przemian. Przyczyn jest bardzo wiele. Niezwykle burzliwe wydarzenia dwóch wojen światowych, szereg konfliktów politycznych o lokalnym tylko z nazwy charakterze oraz charakterystyczny, szczególnie dla przełomu lat 50. i 60., proces dekolonizacji, to jedno. Obserwowany zaś na niespotykaną dotąd skalę rozwój nauk ścisłych, używanie coraz nowszych technologii oraz niepodzielne panowanie informacji, zwłaszcza pod koniec wieku XX – to drugie. Co istotne, wszystko to miało swój niezaprzeczalny wpływ na planowanie ustrojów społeczeństw minionego stulecia.

Pamiętać jednak należy, iż wszelkie zmiany organizacji społeczeństw na tak wielką skalę miały już miejsce dużo wcześniej aniżeli w wieku XX. W znakomitej części były one prostą konsekwencją postępu gospodarczego i technicznego, jaki dokonał się w Europie od XVIII do końca XIX wieku. Dziś dla podkreślenia znaczenia tego okresu przyjmuje się powszechnie we wszelkich rozważaniach termin rewolucji przemysłowej. Jak słusznie podkreślił Emil Durkheim, gospodarka przeszła wtedy od izolowanych rynków lokalnych do rynku narodowego, a przejście to stworzyło nową jakość społeczną. W wydanej w roku 1893 książce Podział pracy Durkheim zauważył, iż postępująca industrializacja rozbija bariery transportowe, które utrzymywały izolację lokalnych rynków i prowadzi tym samym do powstania nowego typu społeczeństwa, opartego na tak zwanej solidarności organicznej. Nikogo zaś chyba nie trzeba przekonywać, jak wielce pomocnymi w rozbijaniu owych barier okazały się w późniejszych okresach takie wytwory ludzkiej działalności, jak telegraf, elektryczność czy telefon. Pomocne okazały się po prostu wiedza i informacja.

Tak naprawdę jednak o tym, ile znaczy dla rozwoju społeczeństw szeroko rozumiana informacja i ile może ona zdziałać, ludzkość dowiedziała się dopiero w wieku ubiegłym. Dlaczego tak późno? Odpowiedź na to pytanie zdaje się leżeć właśnie w owym niesamowitym rozwoju nauki i wiedzy, jaki miał miejsce w ciągu minionych stu lat. W latach dwudziestych ubiegłego wieku informacja znalazła sprzymierzeńca w odbiorniku radiowym, dwadzieścia lat później w telewizji. Najistotniejsze jednak dla przedmiotowych rozważań było to, co zdarzyło się w latach 70. i 80. XX wieku. Wtedy bowiem, w głównej mierze za sprawą komputerów, nastąpiła prawdziwa eksplozja informacyjna.

Charakterystyczne jest, iż niekwestionowanymi liderami w stosowaniu omawianych tutaj nowoczesnych technik informacyjnych i – co się z tym wiąże – w dokonywaniu przemian ustroju społeczeństwa, były Japonia i USA. W przypadku Stanów Zjednoczonych w całej rozciągłości tezę tę potwierdzają wyniki badań prowadzonych przez amerykańskiego ekonomistę Fritza Machlupa. Dokonał on bardzo szczegółowej analizy jednego z sektorów ekonomii USA, który określił jakże charakterystycznym mianem „produkcji i dystrybucji wiedzy”. Bezpośrednim celem badań było odpowiednie zgrupowanie i ocena blisko trzydziestu różnych dziedzin przypisanych do kilku podstawowych kategorii, a mianowicie do badań naukowych, oświaty, mediów, komunikacji, maszyn informacyjnych i usług o takim właśnie charakterze. Machlup oceniał, iż już w 1958 roku analizowany sektor informacji dostarczał prawie trzecią część dochodu narodowego i skupiał tyleż samo siły roboczej. Ponadto „produkcja i dystrybucja wiedzy” rozwijała się pomiędzy 1947 a 1958 rokiem dwa razy szybciej niż wzrastał dochód narodowy USA. Nic więc dziwnego, że Stany Zjednoczone zaczęły stawać się społeczeństwem opartym nade wszystko na wiedzy i informacji naukowej.

Podobne do amerykańskich rozwiązania przyjęła również Japonia, gdzie w ogóle po raz pierwszy pojawił się termin „społeczeństwo informacyjne”. Mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni poszli nawet krok dalej – będąc uczestnikiem prawdziwego boomu społeczno-gospodarczego lat 70. i wszystkich jego konsekwencji, świetnie zdawali sobie sprawę, iż głównym problemem niedalekiej już przyszłości pozostawać będzie nie tyle liczba wykorzystywanych komputerów i technik informatycznych, ile szeroko rozumiana powszechność technologii informacyjnej w codziennym życiu. Efektem poczynionych spostrzeżeń było opracowanie w roku 1972 przez Yonsji Masudę „Planu utworzenia społeczeństwa informacyjnego jako celu narodowego na rok 2000”, którego realizacja przywiodła Japonię na sam szczyt piramidy społeczeństw określanych informacyjnymi.

PODATNY GRUNT

Dwaj polscy naukowcy, cybernetyk Roman Galar i teleinformatyk Józef Lubacz, w swoich rozważaniach pod znamiennym tytułem Paradoksalne konsekwencje rewolucji informacyjnej w edukacji piszą, iż trudno o dziedzinę, która z postępem technik informacyjnych (TI) kojarzyłaby się lepiej niż edukacja. Istotą obu jest przecież przekazywanie i przetwarzanie informacji. Wśród uczniów i studentów techniki te znajdują szczególnie entuzjastycznych adeptów. Niektórzy z nich, tuż po szkołach, wsławili się przełomowymi innowacjami informacyjnymi. Instytucje edukacyjne są wdzięcznym klientem i często przodują we wdrażaniu nowatorskich rozwiązań z zakresu TI. Pracownicy uczelni odgrywają zwykle ważną rolę przy opracowywaniu tych rozwiązań. Praktyka również potwierdza te słowa, a technologie informatyczne na dobre sadowią się w szeroko pojmowanej edukacji, której domeną była dotąd kartka czystego bądź zadrukowanego papieru.

Przyczyn przedstawionego stanu rzeczy upatrywać należy przede wszystkim w postępującym procesie globalizacji, zarówno gospodarczej, jak i społecznej, w upowszechnianiu się Internetu jako światowej sieci informacyjnej, w ciągle rosnącej, dzięki unowocześnianiu środków telekomunikacji, elastyczności proponowanych rozwiązań w nauczaniu na odległość, w powstaniu ogólnodostępnych bibliotek elektronicznych, czy też w łatwości tworzenia i przesyłania dokumentów elektronicznych. Nie sposób nie dostrzegać owego ogromu zjawisk, które bezpośrednio wpływają na powszechność nauczania.

Obecnie blisko 50 proc. amerykańskich koledżów oferuje model nauczania z wykorzystaniem Internetu, co daje ponad 50 tysięcy kursów na poziomie uniwersyteckim dostępnych on-line. Analitycy przewidują, iż już za rok prawie 90 proc. wyższych szkół zawodowych będzie udostępniało kursy internetowe. Szacowny amerykański MIT chce w ciągu najbliższych 10 lat udostępnić ponad 2 tysiące kursów. Uniwersytety penetrują rynek w różnoraki sposób. Jedne czynią to samotnie, inne tworzą prawdziwe konsorcja. Cztery uniwersytety – University of California at Berkeley, Penn State University, University of Washington oraz University of Wisconsin – stworzyły grupę Alliance of Four i współpracują z klientami korporacyjnymi. Grupa udostępnia około 200 kursów on-line, które są projektowane przez około 15-25 osób. Obecnie Alliance of Four rozmawia z MIT o udostępnieniu kursów bezpłatnych. W połowie 2000 roku ruszył w sieci olbrzymi uniwersytet wirtualny Unext.com. Warta blisko 100 milionów USD inwestycja pozyskała pięć elitarnych uczelni: Columbia, Stanford, Chicago, Carnegie Mellon oraz London School of Economics. Obecnie działa już część przedsięwzięcia, Cardean University 30, który oferuje kursy biznesowe firmom chcącym szkolić swoich pracowników. Druga część, UNext 31, ma być dostępna już dla indywidualnych studentów.

Mimo że wolne od eksploatacji pozostają nadal rynki międzynarodowe, wartość e-edukacji już teraz budzi szacunek.

Czy jednak ów, jakże podatny grunt, jaki wytworzył się pod możliwościami nauczania z wykorzystaniem sieci Internet, budzi u wszystkich tak szczery podziw? Czy e-edukacja przyjmowana jest wszędzie i przez wszystkich aż tak bezkrytycznie, jak wskazywałyby na to przywołane wyżej dane? R. Galar i J. Lubacz podkreślają, najzupełniej zresztą słusznie, że, jak to zwykle bywa w okresach wstępnych transformacji, mamy obecnie do czynienia ze znacznym zróżnicowaniem poglądów na to, co właściwie się dzieje i czy w ogóle coś się dzieje. Na temat skutków TI i efektów współczesnego modelu edukacji spotyka się więc dziś opinie zarówno euforyczne, jak i głęboko pesymistyczne. Jak zatem ocenić zalety i wady nowo powstającego systemu edukacyjnego?

WYGODA NADE WSZYSTKO

Przede wszystkim przyznać należy, iż edukacja z wykorzystaniem nowych technik informacyjnych daje nieograniczone wprost możliwości dostępu studentów i wykładowców do globalnych zasobów wiedzy i kultury. Zasoby te uzupełniają w poważnym stopniu, przynajmniej na pierwszym etapie budowy społeczeństwa informacyjnego, niedobory lokalnych bibliotek, niedostępność placówek kulturalnych, muzeów i teatrów oraz ograniczoną ciągle możliwość korzystania ze znakomicie wyposażonych pracowni matematycznych, fizycznych czy językowych. Dzięki Internetowi usystematyzowana wiedza dostępna jest w każdej chwili, z każdego miejsca na świecie oraz dla każdego, bez względu na to, czy jest mieszkańcem wielkiej aglomeracji, czy też małej wioski.

Zaletą korzystania z wirtualnej edukacji, i to nie tylko na poziomie uniwersyteckim, jest również obiektywizacja ocen. Techniki informacyjne otwierają tutaj przeogromne możliwości, oferując narzędzia niezbędne zarówno do sprawnego przeprowadzenia wszelkich testów, jak i do obliczania wyrafinowanie skumulowanych średnich ważonych. Ma to szczególnie wielkie znaczenie tam, gdzie pożądany obiektywizm ocen sprzęga się z bezpośrednią gratyfikacją stypendialną i wybieralnością seminariów oraz przedmiotów fakultatywnych.

Częstokroć w literaturze przedmiotu podnosi się, iż tradycyjne systemy edukacji uniwersyteckiej, z uwagi na rozmaitość treści i poziomów nauczania, utrudniają dokonywanie jakichkolwiek rozstrzygnięć w zakresie uprawnień i kwalifikacji związanych z wykształceniem uzyskanym przez różne osoby w różnych krajach. Procesy zjednoczeniowe, jakie dokonują się w Europie, nadają tym problemom wymiar szczególny, bo praktyczny. Także i tutaj e-edukacja ma własną receptę. Dzięki nieograniczonym wprost możliwościom technicznym prowadzi do pożądanej w pewnym stopniu unifikacji programów nauczania i kompatybilności europejskich systemów edukacji akademickiej. To ważne, jeśli weźmiemy pod uwagę wspólny rynek pracy.

And last but not least – wygoda. Edukacja prowadzona z wykorzystaniem nowych technologii zapewnia jej uczestnikom przede wszystkim wygodę i komfort. Jak pisze w książce Miękkie ostrze P. Levinson: konieczność codziennego lub cotygodniowego znajdowania się w określonym miejscu o określonej porze będzie raczej minusem, zwłaszcza dla szczególnych kategorii studentów, takich jak pracujący dorośli, osoby niepełnosprawne czy mieszkające daleko od szkoły czy uczelni. Edukacja przez Internet przetrwała najpewniej dlatego, i będzie się nadal rozwijać, ponieważ prawie zawsze wygodniej jest usiąść przy swoim komputerze niż udać się do sali zajęć. Z innych zalet tego rodzaju edukacji można wymienić stałe rejestrowanie wszystkich toczących się dyskusji, możliwość udziału w zajęciach o dowolnej porze, w dzień lub w nocy itd. Główna przyczyna sukcesu tej formy kształcenia jest jednak niewątpliwie taka, że wygoda, jaką zapewnia, przewyższa wszystkie wady wynikające z braku fizycznej bliskości.

BŁĄD ELLULA

A zagrożenia? Pesymiści wskazują tutaj nade wszystko niekorzystne wpływy, jakie e-edukacja wywierać może na rynki pracy. Twierdzą oni, iż odpowiednio przygotowane programy komputerowe mogą pomagać w przyswajaniu pewnych umiejętności, ale następnie poszerzona wiedza zawarta w takim oprogramowaniu pozwala komputerom na samodzielne wykonywanie zadań wymagających tych samych umiejętności. Gdyby jednak zastanowić się głębiej, to okazuje się, że problem ten dotyczy jedynie ograniczonego wycinka dostępnych na rynku profesji. Znacznie poważniejsze konsekwencje wywołać może w interesującym nas przypadku omawiana już wyżej unifikacja programów nauczania na poziomie międzynarodowym. Analogiczność wykształcenia utrudnia bowiem w poważnym stopniu dostrojenie zdobytych kwalifikacji do złożoności rynku pracy. Fakt ten rodzi ponadto dodatkową konkurencję oraz konieczność późniejszego dokształcania różnicującego w efekcie zdobytą wiedzę.

Mówiąc o zaletach korzystania z edukacji wirtualnej podniesiono już wyżej fakt powszechnego dostępu do zasobów sieciowych. Okazuje się jednak, że przez niektórych zjawisko to postrzegane jest wyłącznie w kategoriach zagrożeń. Stanisław Lem w wydanej w roku 1999 książce Bomba megabitowa pisze, iż zjawisko Internetu przypomina poniekąd znany nam z Biblii potop, czyli nadmiar wód, w którym można ze wszystkim utonąć, jeśli nie zdołamy dla ratunku, jak Noe, zbudować sobie Arki. Ale jak by miała wyglądać „Arka Noego Internetu” łatwo rzec, ale nie sposób myśl taką zrealizować. Oto potrzebne są nam nie sieci bezmyślne, nie utysiąckrotnione telefony, faksy, interakcyjne media, lecz ulokowane w sieci odpowiedniki wartościującej informację inteligencji, które wszystko, co jest informacyjnym śmieciem, pochłaniałyby i jako filtry zezwalały jedynie na przepływ wiadomości oraz wizualnych treści ani nie propagujących zła i głupoty, ani nie szkodzących wszystkiemu, co by mogło stać się dla człowieka pożyteczne. Lecz o takich „wstawkach” w Internet możemy obecnie tylko marzyć.

Zdecydowany odpór takim twierdzeniom daje P. Levinson, który przeciwko kontroli przepływu informacji wytacza te same argumenty, co wcześniej Milton, Jefferson i Mill. Twierdzi on bowiem, że ludzie są z natury racjonalni, potrafią oddzielić prawdę od kłamstwa i uzmysłowić własnym dzieciom co jest naprawdę groźne.

Wreszcie wśród ataków na edukację prowadzoną z wykorzystaniem technik informacyjnych wyróżnić można takie, które w rzeczywistości są atakami na nowe media w ogóle. Tutaj edukacja on-line ma swoich krytyków przeważnie wśród biernych obserwatorów, którzy nigdy sami nie uczestniczyli w procesie nauczania z wykorzystaniem Internetu. Jak powiada P. Levinson, krytycy ci, którym przewodzi autor Technopolu Neil Postman, popełniają tak zwany „błąd Ellula”. Błąd ten polega na krytykowaniu technologicznej gąsienicy zanim wylęgnie się z niej motyl. Pogląd, jakoby media miały przejąć nad nami kontrolę, upośledzając tym samym zdolność do racjonalnego myślenia, jak twierdzi Mumford i Postman, czy zatruwając nasze życie, jak podnosi Ellul, zaślepia zupełnie jego wyznawców. Nie dostrzegają oni w ogóle dokonującej się ewolucji mediów.
Jaki jest zatem bilans przedstawionego wyżej katalogu możliwych korzyści i zagrożeń charakterystycznych dla e-edukacji? Wydaje się, że jak najbardziej dla nas pozytywny. Po pierwsze, wraz ze stale powiększającą się kadrą specjalistów kształconych w nowoczesnych uczelniach, dodatkowe profity spływać przecież będą na takie dziedziny ludzkiej aktywności, jak medycyna, genetyka, biotechnologia, ochrona środowiska, telekomunikacja, polityka czy też administracja. W tym znaczeniu e-edukacja jest ogromną szansą dla społeczeństw całego świata. Po drugie zaś, nie ma już chyba odwrotu z drogi, którą obraliśmy. Stąd też odpowiedź na pytanie o bilans wskazywać winna jednoznacznie na konieczność promowania idei wirtualnego nauczania na poziomie akademickim.

 

Komentarze