Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 11-12/2003

Taryfa ulgowa

Poprzedni Następny

Poczta elektroniczna

Czy nie można by zastosować ulg dla studentów 
w dziedzinie dostępu do Internetu?
Choćby w imię wyrównywania szans.

Paweł Misiak

Szanowny Panie Redaktorze!

Fot. Stefan Ciechan

Spotkałem ostatnio syna sąsiadów, od niedawna studenta uczelni technicznej. Porozmawialiśmy chwilę o różnych sprawach, w tym również o Internecie, a dokładniej o możliwościach dostępu do tego medium. W czasach szkolnych nie miał dużych potrzeb w tym zakresie. Miał trochę Internetu w szkole, a w domu modem, z którego ze względów finansowych korzystał niezbyt często. Jako adeptowi nauk technicznych przestało mu to jednak wystarczać. Zaczął się więc rozglądać za jakimś łączem stałym. Oferta monopolisty telefonicznego, okazuje się, mimo wszelkich promocji, za droga na studencką kieszeń, a innych możliwości niewiele, o czym zresztą miałem już okazję w tym miejscu wspominać. Na sąsiedniej ulicy znalazł w końcu niewielką firmę oferującą stałe, choć niezbyt szybkie łącze przy wykorzystaniu techniki transmisji radiowej. Było dość tanio, pomyślał, że go stać, więc usługę kupił.

Instalacja przebiegła całkiem sprawnie. Rychło okazało się jednak, że łącze nieco zawodzi. Mówiąc językiem technicznym, miejscowe warunki propagacji są niezbyt korzystne, co objawiało się znikaniem połączenia, gdy na przykład padał deszcz. Firma, molestowana na okoliczność zapewnienia przyzwoitej jakości usługi, za którą bierze pieniądze, podjęła próbę poprawienia stanu rzeczy. Na dachu naszego bloku stanęło odpowiednie urządzenie, a kabel do sąsiada „wpuszczono” przez okno. Patrząc, jak zwisa wzdłuż ściany, wspomniałem dawne czasy, gdy nie było jeszcze telewizji kablowej ani satelitarnej, a dachy bloków na naszym osiedlu porastał las telewizyjnych anten, którego „korzenie” (czyli kable) gęstą siecią opadały z dachów do okien.

Na poziomie dachu propagacja powinna być lepsza, więc i łącze pewniejsze w działaniu. Niestety, nadzieje okazały się płonne. Propagacja może i była lepsza, ale okazało się, że nie wszystko działa jak należy na drugim końcu, czyli w urządzeniach po stronie firmy. Podsumowując, firma pieniądze brała, a usługa prawie nie działała. Jakby się sprawdzało cytowane często w mojej rodzinie przysłowie, że za tanie pieniądze psi mięso jedzą.

PRZYSZŁOŚĆ A PIENIĄDZE

Stosunkowo niedawno w mediach znowu przez chwilę było głośniej o Internecie. Powodem – rządowe plany podniesienia VAT-u na usługi w tej dziedzinie. Zaraz podniosły się protesty, głównie – co oczywiste – w Internecie. I choć może się to wydać dziwne, jakby poskutkowały. Niebawem bowiem pojawiły się informacje, że choć rząd nadal gwałtownie szuka pieniędzy, rozglądając się za „kieszeniami”, do których mógłby sięgnąć, Internetowi na razie „odpuścił”. Wszelako, patrząc na sprawę realistycznie należy przyjąć stanowisko, że do końca nic nie wiadomo. Innymi słowy: poczekamy, zobaczymy.

Podniesienie podatku oznacza, rzecz jasna, wzrost cen dla klientów indywidualnych, a w ledwie zbilansowanych budżetach domowych większości naszego społeczeństwa oznaczać to może konieczność rezygnacji z pewnych dóbr. W kraju, gdzie ceny indywidualnego dostępu do Internetu są dość wygórowane, oznacza to co najmniej zahamowanie, jeśli nie zmniejszenie stopnia internetyzacji społeczeństwa, ze studentami włącznie. A nie trzeba chyba specjalnie nikogo przekonywać, że w dzisiejszych czasach dostęp do Sieci jest niemal nieodzownym elementem kształcenia ku przyszłości.
Nie byłoby problemu, gdyby na przykład dostawcy usług internetowych istotnie obniżyli ceny. Jednak w naszej wczesnokapitalistycznej gospodarce takiej możliwości na razie nie ma, bo brak konkurencji z prawdziwego zdarzenia, przynajmniej w dziedzinie usług internetowych dla ludności. Powstają, co prawda, małe firemki oferujące „ostatni kilometr” sieci, ale one też nie mogą za bardzo opuścić, bo z kolei same muszą płacić wielkim operatorom, dyktującym wysokie ceny za dostęp do świata. A wielcy operatorzy telekomunikacyjni nie mają motywacji, by znacząco obniżać ceny, skoro dominują na rynku.

KTO MA W GŁOWIE OLEJ...

W tej sytuacji przychodzą mi na myśl rozmaite ulgi dla studentów. Dotyczą one głównie komunikacji fizycznej – miejskiej, kolejowej itp., ale też dostępu do wiedzy i informacji, jak w przypadku ulgowych dla studentów kosztów prenumerat niektórych czasopism. Czy nie można by zastosować podobnych ulg w dziedzinie dostępu do Internetu? Choćby w imię wyrównywania szans. Paradoksalnie, chodzi między innymi o wyrównanie szans tych, co studiują w swoim mieście i mieszkają w domu, z tymi, którzy przyjechali na studia z daleka i dostali miejsce w akademiku, gdzie w każdym pokoju jest gniazdko internetowe. W perspektywie wejścia do Unii należałoby też wyrównywać warunki studiowania z tymi w krajach zachodniej Europy, z czym wiąże się między innymi szeroko rozumiany dostęp do wiedzy, również, a może przede wszystkim, tej w Internecie.

Oczywiście, są to jakieś argumenty w sytuacji, gdy Internet jest postrzegany i traktowany jako źródło informacji i wiedzy, podobnie jak tradycyjne biblioteki, a nie tylko jako medium służące zabawie i rozrywce. Niestety, pogląd na to, czym jest Sieć i czemu może służyć często bywa wynikiem prostej ekstrapolacji obserwacji rozwoju innych mediów, głównie telewizji. Ta zaś, mimo pokładanych w niej przed laty nadziei, wyraźnie ewoluuje w stronę rozrywki, traktując całą rzeczywistość jak wielki show. Ta sama telewizja podobnie zresztą mówi o Internecie, zwracając najczęściej uwagę widowni na jego rozrywkowe lub „podejrzane” zastosowania. Takie obrazy trafiają do ludzi nie mających na co dzień kontaktu z Siecią, przekonując ich, że oto mamy do czynienia z jeszcze jednym miazmatem współczesnej cywilizacji. Stąd już tylko krok do wniosku, że studentom to tylko przeszkadza w nauce.

Mając jednak nadzieję, że wśród rozlicznych decydentów znajdą się i tacy, którzy potrafią docenić korzyści z dostępu do Cyberprzestrzeni, pozwalam sobie rozważyć sytuację, gdy ktoś jednak zaproponuje wprowadzenie ustawowych zniżek dla studentów na podłączenie się do Internetu. Oczywiście, natychmiast pojawia się kolejny problem: kto miałby za owe ulgi dopłacać, bo nadziei na to, by operatorzy zgodzili się ich udzielać z dobrej woli, raczej mieć nie można. O ile znam życie, każdy dostawca Internetu, od rynkowych kolosów do jednoosobowych działalności gospodarczych, gotów jest natychmiast wykazać, że i tak sprzedaje usługę poniżej kosztów własnych. Ba! W przypadku owych małych firemek zapewnienie opłacalności sprzedaży taniego dostępu wiąże się często z operowaniem na granicy szarej strefy.

MINIMALIZM REALNY

Do poczynienia powyższych uwag na temat dostępu studentów do Internetu skłoniła mnie nie tylko wspomniana na wstępie rozmowa z synem sąsiadów, lecz również własne doświadczenia dydaktyczne. Przygotowując się do prowadzenia zajęć w zamiejscowej filii mojej uczelni, chciałem zamieszczać większość materiałów dydaktycznych i informacji na swoich stronach internetowych. Kiedy jednak przedstawiłem taką propozycję na pierwszym wykładzie, spora część słuchaczy zaprotestowała, twierdząc, że nie mają praktycznie żadnego dostępu do Sieci. Wycofałem się więc z tego pomysłu, by nie stwarzać sytuacji nierównych szans. Mam jednak nadzieję, że przyjdzie czas, gdy Internet stanie się powszechnie dostępnym i ważnym kanałem komunikacyjnym w zakresie dydaktyki. Będzie to, jak sądzę, korzystne i wygodne dla obu zaangażowanych w proces dydaktyczny stron.

Jeśli zaś chodzi o umożliwienie powszechnego dostępu studentów do Internetu w kraju, gdzie telekomunikacja droga, a obywatele niezbyt bogaci, sądzę, że pomysły na konkretną realizację takiego przedsięwzięcia się znajdą. Jeśli nawet będzie to wymagało poniesienia nakładów z publicznej kiesy, chyba sensowniejsza jest inwestycja w przyszłość niż dopłacanie do viagry dla kombatantów. Obawiam się jednak, że jeśli nawet jakiś polityk zwietrzy w tym polityczny interes i zaangażuje się w tę sprawę, wyjdzie jak zwykle, to znaczy owszem, będą zniżki, ale nie dla studentów, uczniów czy nauczycieli (także akademickich), lecz co najwyżej dla tych grup społecznych, które i tak nie będą z nich korzystać.

Notuję sobie na komputerze kolejny wykład, tworzę listę zadań, przeglądam informacje dostępne w Internecie, a potem i tak będę się starał to wszystko opowiedzieć studentom, pisząc coś na tablicy. Może wspomnę mimochodem, że to i owo na omawiany temat można znaleźć w Sieci, na przykład wskazówki dotyczące rozwiązania zadań czy choćby moje zapiski do owego wykładu. Jednak staram się nie czynić takich uwag za wiele, sprowadzając wszystko do najmniejszego wspólnego mianownika, czyli wykładu i odwołań do drukowanych podręczników.

Jak już nieraz wspominałem w tym miejscu, Internet naprawdę może stanowić istotną pomoc i rozwinięcie możliwości w dziedzinie dydaktyki. Musi być jednak łatwo dostępny wszystkim studentom, nie tylko tym szczęśliwcom, którzy na przykład „załapali” się na zinternetyzowany akademik. Niechby to były terminale internetowe w każdej publicznej bibliotece, nawet w małej wiosce. Problem w tym, że i bibliotek nie ma zbyt wiele...

Na przekór ponurej pogodzie za oknem, chciałem napisać coś budującego, co chyba nie bardzo mi się udało. Nie poddaję się jednak jesiennemu pesymizmowi i życząc Panu Redaktorowi optymistycznego spojrzenia w przyszłość, kreślę się z poważaniem

Paweł Misiak

pm@wroclaw.com

Komentarze