Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 11-12/2003

Listy

Poprzedni

Bezpośrednia współpraca

Chciałabym skomentować artykuł prodziekana Wydziału Ekonomicznego AE w Poznaniu Przemysława Deszczyńskiego („Z perspektywy menedżera i profesora”, „FA”, 10/03). Sama już od wielu lat współpracuję z praktyką (początkowo jako dyrektor ds. marketingu, a obecnie jako doradca zarządu jednego z koncernów logistycznych w Polsce), prowadzę również zajęcia z logistyki i negocjacji w SGH. Podobnie jak autor jestem profesorem uczelnianym. Przyznam, że poglądy autora są mi bardzo bliskie i w pełni mogę się pod nimi podpisać. Z jednym wyjątkiem – widząc, jak bardzo współpraca praktyki z uczelnią ma znaczenie w rozwoju obu tych podmiotów, udało mi się namówić koncern logistyczny do podjęcia bezpośredniej współpracy z SGH. Dzięki temu studenci odbywają praktyki uczestnicząc w prawdziwych projektach (mam doświadczenia ze współpracy z uniwersytetem w M?nster, gdzie kontakty między praktyką a uczelnią są bardzo bliskie), natomiast praktyków zapraszam na wykłady do siebie, jak również na studia podyplomowe (jestem kierownikiem jednego ze studiów). Prezes współuczestniczy również w tworzeniu strategii uczelni. Jestem także przekonana, że interdyscyplinarność, szerokie horyzonty studentów, które można rozwijać właśnie w uczelni, jest cechą bardzo pożądaną przez pracodawców. Dlatego też struktury formalne, silosowe, zarówno w uczelni, jak też w przedsiębiorstwie, nie sprzyjają rozwojowi i „rozciąganiu” obu tych podmiotów.
Łączę ciepłe pozdrowienia dla redakcji, życząc dalszych udanych artykułów, dotykających tak ważnych dla środowiska naukowego problemów.

prof. dr hab. Halina Brdulak,
kierownik Zakładu Transportu 
Międzynarodowego i Logistyki 
Szkoły Głównej Handlowej

Habilitacja i brak pieniędzy

W numerze 10/03 „FA” przeczytałem artykuł p. Ryszarda Sobczaka „Badania, dydaktyka, habilitacja”. Ponieważ część środowiska akademickiego, mająca odmienne poglądy od autora tego tekstu, na ogół rzadko zabiera głos, można odnieść wrażenie, że tylko skostniali urzędnicy i członkowie konserwatywnej Centralnej Komisji stoją na straży nikomu już niepotrzebnej habilitacji i formalnej kariery naukowej. Niezabieranie jednak głosu w ważnej sprawie jest oddawaniem pola pomysłom, które mogą spowodować trudne wręcz do ocenienia szkody i zgadzaniem się na ciche przytakiwanie argumentom, które po prostu są nieprawdziwe.

Zacznijmy od zdania: „(...) i przecież w bardzo wielu krajach wiodących w rozwoju nauki nadal jej [habilitacji] nie ma”. Jakich? Warto może przypomnieć, że habilitacja jest jak najbardziej obecna w systemie promocji naukowej m.in. we Francji, Niemczech, Szwecji, a wiec w najważniejszych krajach, w których ukształtował się kontynentalny, związany z silnym udziałem państwa i bezpłatnym szkolnictwem model nauki i nauczania. Nie ma zaś habilitacji w kraju, do którego potencjalni reformatorzy nauki polskiej tak chętnie się odnoszą, w USA.

List ten piszę właśnie z USA. Spędziłem tu (i w Kanadzie) wiele lat, pracując w różnych uczelniach. Amerykański system akademicki, a raczej jego osiągnięcia, oparty jest na grupie kilkudziesięciu bardzo bogatych uniwersytetów, z których każdy posiada zapewne większy budżet niż całe polskie szkolnictwo. Stopnie profesorów w tych prestiżowych uczelniach uzyskują tylko wybitne światowe sławy, nie brakuje tam laureatów Nagrody Nobla. Ludzie z wielu krajów są po prostu kupowani za niebotyczne pieniądze. Pensja jednego profesora potrafi przekraczać zarobki wszystkich profesorów dużego instytutu Uniwersytetu Warszawskiego. Osiągnięcia naukowe są tu raczej funkcją sprawnego systemu ekonomicznego, a nie skazanego w dużej mierze na samowystarczalność, tak jak ma to miejsce w Polsce, dobrze zorganizowanego systemu promocji. Profesorowie tych najlepszych amerykańskich uczelni nie mieliby żadnego problemu z uzyskaniem habilitacji w jakimkolwiek kraju, gdzie istnieje taki wymóg (często zresztą mają habilitację właśnie z kraju pochodzenia). Nas na taki system po prostu nie stać, i powody są tu z gruntu nienaukowe: mniej produkujemy kukurydzy, samochodów i samolotów. I nigdy nie będziemy produkować tyle, co Amerykanie.

Amerykański system promocji naukowej funkcjonuje już znacznie gorzej w mniejszych, zwłaszcza stanowych uniwersytetach. Pełno tam osób niezdolnych do jakiejkolwiek pracy twórczej, wykorzystujących do maksimum uproszczony system awansu, bez jakiejkolwiek już kontroli silnego środowiska. Tak właśnie, moim zdaniem, będą wyglądać polskie uczelnie, gdy pozbędziemy się już ostatecznie Centralnej Komisji, Akademii Nauk i nadzoru ministerstwa. Nie wybudujemy Manhattanu w miejsce Warszawy, Krakowa czy Wrocławia, bo to wymaga ogromnych nakładów, zafundujemy sobie za to Harlem i Bronx. Jak to już zresztą w kilku „reformowanych” z zapałem dziedzinach dobrze się udało.

Innym zarzutem autora artykułu „Badania, dydaktyka, habilitacja” jest „hermetyczność” habilitacji, którą „najczęściej pisze się pod ewentualnych recenzentów”. Nie znam w mojej dziedzinie (matematyka) ani jednego takiego przypadku. Przy dostatecznych osiągnięciach, mających już uznanie (na ogół międzynarodowe), habilitacja wymaga od autora niewielkiego wysiłku w postaci spięcia prac z dobrych czasopism, napisania autoreferatu i złożenia całości w odpowiedniej, mającej uprawnienia habilitacyjne jednostce. Jedyną przeszkodą w uzyskaniu habilitacji jest brak wyników uznawanych przez środowisko za wartościowe. Warto może przyjrzeć się, kto z Polaków mających w swojej dziedzinie międzynarodowe uznanie nie ma habilitacji. Myślę, że znalazłoby się bardzo mało takich przykładów. Może żaden. To świadczy tylko o tym, że istniejący system weryfikacyjny funkcjonuje wcale dobrze.

Dr Sobczak pyta, „czy robienie habilitacji ma cokolwiek wspólnego z nabyciem umiejętności organizowania badań naukowych?”. I odpowiada: „tak, ale swoich”. Chyba nie ma nic złego w udowodnieniu najpierw, że posiada się talent, wiedzę i umiejętność uzyskania wartościowych wyników, i na tej podstawie otrzymaniu uprawnień do kierowania większymi zespołami. W przypadku bardzo zdolnych ludzi habilitacja przychodziła z reguły bardzo szybko.

Najwybitniejsi nie są pomijani. Wręcz przeciwnie, zostają członkami PAN. Można by podać od razu kilka przykładów.

Nie ma też formalnych przeszkód w zrobieniu habilitacji z prac wspólnych. Trzeba tylko jednoznacznej deklaracji wszystkich autorów dotyczącej ich wkładu w publikacje.

System habilitacji w Polsce jest oparty na ocenie recenzentów, będących kompetentnymi specjalistami w dziedzinie wybranej przez habilitanta. To właśnie recenzentów dobiera się do zainteresowań i osiągnięć kandydata do habilitacji, a nie odwrotnie, jak to sugeruje autor wspomnianego artykułu. Oczywiście, jak to w życiu, zdarzają się tu konflikty personalne, niestety, czasami nie pozostające bez wpływu na ocenę. Ten czynnik ludzki występuje zawsze, ale właśnie obecny system oceny (wielu recenzentów, superrecenzenci) ogranicza takie niebezpieczeństwo do minimum.

Co do roli starszych adiunktów w uczelniach, to nie chciałbym, aby ten list był odebrany jako atak na tę grupę zawodową. Są to często ludzie o wyjątkowych umiejętnościach, często też zaangażowani w wartościowe badania. Na ogół wymogi dotyczące terminów uzyskiwania kolejnych stopni naukowych, w przypadku nawet wolnego przyrostu dorobku, są traktowane dość łagodnie. Różne zresztą czynniki wpływają na opóźnienie tzw. kariery. W Polsce istnieje też droga stabilizacji w uczelniach posiadających duże potrzeby dydaktyczne osób, które w prace badawcze już zaangażowane nie są. Istnieją przecież etaty wykładowców i starszych wykładowców. Niewiele chyba, zarówno z punktu widzenia promocji pracy naukowej, jak i zwykłego ludzkiego traktowania pracowników, da się tu jeszcze poprawić.

Główny problem nauki w Polsce to jej niedofinansowanie. To nie istnienie habilitacji wpływa na kłopoty nauki, ale brak pieniędzy na stały kontakt ze światem, brak nowoczesnych laboratoriów w naukach technicznych, brak stypendiów dla młodych pracowników, którzy powinni poznawać w najlepiej rozwiniętych krajach wszelkie nowości, a później mieć zapewniony godziwy byt w ojczyźnie, gdzie prowadziliby własne badania i dzieliliby się nabytą wiedzą ze studentami i kolegami. Polska na ten cel łoży poniżej 0,4 proc. PKB, podczas gdy kraje, których celem jest rozwój – ok. 5 proc. To ta proporcja i krótkowzroczność kolejnych ekip sprawujących w Polsce władzę sprawiają, że nauka ma się źle. To właśnie powoduje, że miast być eksporterem technologii, stajemy się eksporterem siły roboczej. Nie jest zaś winien system promocji w uczelniach i kontroli, który, mimo wszystkich przeciwności, wciąż pozwala nam funkcjonować.

Podsumowując: zanim damy się zwieść argumentom na rzecz „reform”, zastanówmy się, czy reforma nie polega na demontażu dachu przed porą deszczową.

Michał Morayne
prof. nadzw. w Instytucie Matematyki
Politechniki Wrocławskiej

Wszystko było bez sensu

Jeśli kradnie się z jednego autora, to jest plagiat, jeśli z wielu – to są to badania naukowe. Jest to myśl Wilsona Miznera.

Jeżeli o mnie chodzi, to jestem bliski twierdzenia, że „wszystko jest złe w polskiej nauce”. W mojej opinii, zwłaszcza w przypadku państwa tak przeciętnego, jak Polska, nauka powinna wspomagać rozwiązywanie problemów gospodarczych. Powinna czerpać ze świata i dać Polakom lepsze życie. W końcu to Polacy łożą na polskich naukowców i mają prawo oczekiwać coś w zamian. Gdy wypełni się ten obowiązek, wówczas można dać upust fantazji i dokładać do „nauki światowej”.

Ja, niestety, u końca swej „kariery naukowej”, dochodzę do wniosku, że „to wszystko było bez sensu”. Budowałem pierwszy w Polsce lidar (w czasach, gdy cały świat stawiał pierwsze kroki). Wszyscy stawiali mi tylko przeszkody. Żadnej pomocy, zrozumienia czy choćby duchowego wsparcia. W końcu znalazłem się w szpitalu, a potem, ledwo żywy, leciałem do Portugalii.

Tam odżyłem, a gdy po dwóch latach wróciłem do kraju, znowu zaczęli mnie „szarpać” (i to dawni przyjaciele). Lidar, po oderwaniu dodatków, sprzedano, pawilon lidarowy zamieniono na hurtownię.

Pomyśleć, że tyle swego życia włożyłem w to wyzwanie, sądząc, że robię to dla kraju i skończyło się na niczym. Analizowałem gospodarkę odpadami stałymi w byłym województwie poznańskim. Gdy okazało się, że możliwe są duże oszczędności, może nawet miliony, poinformowałem o moich wnioskach SANITECH, SANEPID i Wydział Ochrony Środowiska. Niestety, nikt nawet nie odpowiedział. Po co było to robić i angażować swoje prywatne pieniądze? Realizowałem roczny projekt KBN. Po rozliczeniu określono go jako „znakomity”. Gdy wnioskowałem o nowy, będący właściwą realizacją pomysłu, bezpodstawnie go skrytykowano.

Teraz, gdy (jestem sam zaskoczony) udało mi się uzyskać wzór na „toksyczność addytywną mieszaniny” (jest to wyjątkowe światowe osiągnięcie o zasadniczym znaczeniu dla ekologii i ochrony środowiska, można też wykorzystać je do produkcji leków bez tzw. efektów ubocznych), nie wiem co mam z tym robić. Pisałem do POLFY – nie odpisali, pisałem do Coca-coli – zbyli mnie. Nawiązałem pierwsze kontakty z naukowcami z zagranicy.
Nie liczę na wiele. Na cóż można liczyć, mając roczny budżet w 2003 r. netto: 1200 zł (razem 6 osób, w tym 1 doktorant i 1 dyplomant)? Nawet napisałem projekt do KBN, ale okazało się, że opiniodawcy są „aroganckimi dyletantami”. Sądzę, że nie jestem sam, że takich, jak ja, jest wielu. Szkoda, że nie możemy dojść do głosu (choćby od czasu do czasu).

Józef Grabowski
Instytut Fizyki Politechniki Poznańskiej

Komentarze