Jestem filozofem. Sądzę, że to powód do dumy. Zdarzało mi się jednak, że będąc w towarzystwie ludzi, którzy pracują we własnych firmach, wpadałem w zakłopotanie, gdy pytano mnie, co robię. „Aha, to na was płacimy podatki” - słyszałem - „a wy siedzicie i myślicie, pieniądze zaś na konto spływają”. Na dowcip trzeba odpowiedzieć dowcipem. Aby rozładować napięcie, opowiadałem wtedy starą anegdotę. Pewien urzędnik postanowił w ramach oszczędności zlikwidować w państwowych uczelniach filozofię. Filozofowie przysłali jednak delegację z następującą petycją: „Uprzejmie prosimy, by zostawić nas w spokoju. Skoro trzymacie matematyków, to trzymajcie i nas. Jesteśmy od nich tańsi, im musicie zapewnić sporo papieru, długopisów i koszy na śmieci, my zaś bez koszy na pewno się obędziemy...”
Choć w przytoczonej „petycji” pomija się koszty wynagrodzeń, sprzętu komputerowego, druku itp., to jednak jej główna myśl jest prawdziwa. Filozofowie - zarówno w skali globalnej, jak i w porównaniu z pracownikami innych nauk - dużo nie kosztują. A to, co uda im się „wyrwać” z budżetu, to prawie nic. Czy jednak warto, by polski podatnik oddawał cząstkę swoich dochodów na filozofów i na produkowane przez nich stosy (w większości zrozumiałych tylko przez nielicznych) tekstów? Na pytanie odpowiadam pytaniami. Czy warto płacić podatki na ludzi, którzy zajmują się opracowywaniem dorobku pisarzy i myślicieli rozpatrujących ostateczne pytania człowieka? Czy opłaca się wydawać pieniądze na te gałęzie nauki, które nie przynoszą konkretnych technicznych korzyści? Czy ma sens utrzymywać specjalistów od najogólniejszych teorii - bytu, poznania i działania?
Im społeczeństwo bardziej rozwinięte i bogatsze, tym lepiej stara się, by jego członkowie mogli jak najpełniej realizować swoje potrzeby. Większość z nas stawia państwu wymóg zapewnienia obywatelom opieki medycznej. Nie można jednak zrealizować tego wymogu, nie opłacając badań naukowych - nie tylko w medycynie, ale i w dyscyplinach bardziej teoretycznych, z których medycyna korzysta. Z kolei trudno przeprowadzić jakiekolwiek badanie nie znając zasad poprawnego myślenia, nie odróżniając zdania obserwacyjnego od ogólnej hipotezy, nie mając żadnego pojęcia o koncepcjach człowieka. W tych sprawach często wystarczy zdrowy rozsądek, jednak bez rzetelnej teorii nie znajdzie on żadnego pewnego gruntu. Takich teorii dostarcza filozofia. Zresztą od lekarzy wymagamy nie tylko, by byli fachowcami w swych dziedzinach. Chcemy także, by byli ludźmi kulturalnymi i wrażliwymi, dostrzegającymi nasze moralne i egzystencjalne problemy. Problemy, o których mówi się w lepszych powieściach, sztukach czy filmach, a które naukowo porządkuje właśnie filozofia.
Jak widać, sedno problemu nie tkwi w tym, czy łożyć pieniądze na filozofię, lecz w tym, czy polscy filozofowie należycie wywiązują się ze swych obowiązków. Obserwując nasze rodzime podwórko, mogę stwierdzić, że pod tym względem nie jest najgorzej. „Nie najgorzej” znaczy tu: nie gorzej niż w innych dziedzinach polskiej nauki, a zwłaszcza humanistyki (pomijam porównanie z opłacanymi przez nas politykami i urzędnikami, bo o tym szkoda gadać). Większość gorzkich słów, jakie można wypowiedzieć pod adresem naszych instytutów filozoficznych, dotyczy także innych jednostek badawczych. Być może dadzą się one sprowadzić do kwestii organizacyjnych: wprowadzenia rzetelnych konkursów na etaty naukowe (w USA rzetelność ta jest gwarantowana przez wymóg zatrudniania kandydatów spoza własnego środowiska), uzależnienia płac od ilości i jakości publikacji, udoskonalenia mechanizmów selekcyjno-rotacyjnych (by etatów nie blokowali „wieczni tułacze”), zadbanie o promocję (także zagraniczną!) rodzimych osiągnięć. Trzeba jednak pamiętać, że nawet najlepsze reformy automatycznie nie zapewnią nam geniuszy. Na kilka talentów składa się wiele lat ciągłej, rzetelnej pracy kilku pokoleń zwykłych, solidnych badaczy.
Niedawno uczestniczyłem w VII Polskim Zjeździe Filozoficznym. Licznie zgromadzili się na nim, przedstawiając swoje aktualne badania, reprezentanci wszystkich rodzimych środowisk i pokoleń filozoficznych. Był to swoisty przegląd polskiej filozofii, na jaki nie stać pracowników wielu innych dyscyplin naukowych w naszym kraju. Bez wątpienia, na zjeździe zabrakło koszy na śmieci, o których wspomniałem w przytoczonej na wstępie anegdocie. Uważny słuchacz dostrzegł jednak wiele interesujących referatów. Optymistyczne jest to, że ich autorami byli bardzo często ludzie młodzi, pełni pasji, swobodnie poruszający się w zachodniej literaturze, wyzwoleni od lokalnych kompleksów i uprzedzeń. Niektóre dyskusje pokazały, że filozofowie potrafią jasno mówić o sprawach ważnych dla wszystkich. A jest to szczególnie istotne, gdyż filozofowie zwykle zapominają, że społeczeństwo utrzymując ich, chciałoby coś w zamian - rzeczowych odpowiedzi na pytania o sens życia, rolę religii i wartości moralne.
W tym kontekście należy wskazać na główny „grzech” polskiej filozofii. Jest nim brak komunikacji ze zwykłym, niefilozofującym człowiekiem. Popularyzacja filozofii, zwłaszcza po śmierci ks. J. Tischnera i o. J.M. Bocheńskiego, prawie u nas nie istnieje. Studenci i nauczyciele muszą korzystać z podręczników, z których mało co rozumieją. Brakuje w nich odwołań do współczesnej mentalności i kultury, filozofowie rzadko też podejmują dialog z przedstawicielami innych nauk. Jeśli nie odrobimy tych zaniedbań, autorytet filozofii będzie spadał. W naszym świecie tak ogólna, teoretyczna i problematyczna dyscyplina musi umieć do siebie przekonywać. Inaczej nikt na nią nie zwróci uwagi.
Każdą naukę uprawia się w dwóch nurtach: popularyzacyjnym i specjalistycznym. Bez pierwszego dana nauka straci kontakt z pozostałymi, bez drugiego przestanie się rozwijać. Polska filozofia zaniedbała popularyzację, choć posiada sporo wybitnych (i nie zawsze wypromowanych) specjalistów. Praca specjalisty nie jest jednak pracą efektowną, łatwo nagradzaną poklaskiem. Jej wartość może ocenić tylko wąskie grono fachowców. W tym kontekście należy rozpatrywać snobistyczne pytania o szanse polskiej filozofii w świecie. Trudno się tu spodziewać spektakularnego sukcesu. Możemy jednak sprawić, że więcej polskich specjalistów będzie znanych i cenionych w międzynarodowych gronach ekspertów.
Co zrobić, by tak się stało? Sądzę, że należy skupić się na tych działach filozofii, w których mamy dobre tradycje i które w XX w. stanowiły nasze atuty. Niewątpliwie należy do nich logika. Szkoda jednak, że przestała być ona naszą narodową specjalnością i że nie powstał dotąd polski podręcznik logik filozoficznych. W efekcie sytuacja wygląda tak, że jedni rachują logiczne symbole, inni filozofują, jak chcą. Mało kto jednak (poza kręgiem prof. prof.: L. Koja, J.J. Jadackiego, E. Nieznańskiego, J. Perzanowskiego, J. Woleńskiego i kilku innych) zajmuje się stosowaniem logiki w filozofii. Podobnie jest z estetyką. R. Ingarden i W. Tatarkiewicz zostawili nam kopalnię inspiracji, młodzi estetycy wolą jednak paplać się w postmodernistycznym błocie. Zapominają, że moda na postmodernizm się skończy, a ludzie zawsze będą zachwycać się „normalną” sztuką: oglądać Rafaela, słuchać Mozarta, czytać Balzaka.
Nieco inaczej jest z metafizyką i filozofią religii. Zainteresowanie Kościoła katolickiego tymi dyscyplinami sprawia, że zajmuje się nimi ogromny potencjał ludzki. Praca ta jednak nierzadko idzie na marne, gdyż łatwiej powtarzać stare schematy niż wykorzystywać zdobycze filozofii analitycznej do precyzacji znanych treści. A szkoda, tym bardziej, że - jak swego czasu powiadał o. Bocheński - ścisła teologia naturalna mogłaby być szansą Polaków, narodu religijnego, a zarazem ceniącego logikę.
Niedawno polska telewizja wyemitowała z okazji wspomnianego zjazdu rozmowę o filozofii z jednym z bardziej znanych polskich filozofów. Dziennikarz zakończył program wezwaniem: „Czekamy na nowego Kołakowskiego!” Sądzę, że nie należy mieć złudzeń. Sukces prof. Kołakowskiego to nie tylko rezultat jego filozoficznego i pisarskiego talentu. To koniunktura sprawiła, że właśnie on - człowiek, który dosłownie (od wewnątrz) przeżył i „przeszedł” marksizm - najlepiej nadawał się do obiektywnej krytyki tej ideologii.
Powtarzam, nasza koniunktura już się skończyła. Dziś nie wygramy wiele ani na krytyce marksizmu, ani nawet na analizowaniu (skądinąd słusznej) personalistycznej myśli Jana Pawła II. Świat ma teraz inne zajęcia. Dlatego lepiej, zamiast czekać, zabrać się do swojej pracy - do popularyzacji i do specjalistycznej, żmudnej roboty. Bo gdy znowu przyjdzie koniunktura, zostaniemy z pustymi rękoma.
Dr Jacek Wojtysiak jest adiunktem w Katedrze Teorii Poznania Wydziału Filozoficznego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.