|
Rozmawiamy z laureatami ubiegłorocznej edycji
Nagrody Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. Wręczenie nagród miało miejsce,
tradycyjnie, 6 grudnia w Zamku Królewskim w Warszawie.
Prof. Tomasz Łuczak, matematyk z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Nagroda w dziedzinie nauk ścisłych za prace nad teorią losowych struktur dyskretnych
- Co może Pan powiedzieć o zastosowaniach teorii losowych struktur dyskretnych, którymi Pan się zajmuje?
- Struktury losowe mogą być wykorzystane jako modele różnorakich systemów fizycznych i biologicznych, jednak najważniejszą rolę pełnią one w informatyce. Przypuśćmy, że chcemy porównać efektywność działania dwóch procedur. W języku matematyki zadanie to sprowadza się do analizy działania tych procedur na odpowiednio dobranej strukturze losowej. W tym przypadku "losowa" znaczy tyle, co "przeciętna". To właśnie fakt, że w badaniach średniej złożoności algorytmów posługujemy się strukturami losowymi spowodował w ostatnich kilkunastu latach gwałtowny wzrost zainteresowania tymi obiektami.
- Czy Polska jest w czołówce badań w dziedzinie struktur losowych, czy też jest Pan pionierem w naszym kraju? Kto jeszcze się tym u nas zajmuje?
- Dwadzieścia lat temu teorią struktur losowych zainteresowała się grupa młodych asystentów i studentów matematyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Mieli solidne podstawy matematyczne, wiele zapału i, jak się wkrótce okazało, sporo szczęścia. Gdy okazało się, jak istotna jest rola struktur losowych w zastosowaniach informatycznych, Poznań niemal z dnia na dzień stał się jednym z najsilniejszych ośrodków w tej dziedzinie i pozostaje nim do dziś. Widomym tego świadectwem jest fakt, że tutaj właśnie znajduje się redakcja wydawanego w Nowym Jorku "Random Structures and Algorithms" - najpoważniejszego czasopisma poświęconego probabilistycznym aspektom informatyki. W Poznaniu również odbywa się, co cztery lata, konferencja skupiająca najwybitniejszych specjalistów z tej dziedziny.
- W wywiadzie dla "Rzeczypospolitej" tłumaczył Pan przedmiot swoich badań za pomocą przykładu z punktami na kartce papieru. Było to przekonujące. Czy prace, które Pan prowadzi, dają się popularyzować? Czy ma Pan zamiar to kiedyś zrobić?
- Proszę pamiętać, że to, czego uczymy się w szkole średniej z zakresu nauk ścisłych odzwierciedla, z małymi wyjątkami, stan wiedzy z lat dwudziestych lub trzydziestych naszego wieku. Jest zatem rzeczą oczywistą, że zrozumienie którejkolwiek ze współczesnych teorii matematycznych, fizycznych czy chemicznych wymaga najczęściej niemałego wysiłku. Dlatego, jeśli naukowcy mówią o swoich badaniach podając czasami bardzo proste przykłady, to czynią tak nie tylko po to, by nakreślić obraz dziedziny, którą się zajmują. Sądzę, że starają się oni raczej, na swój sposób, skłonić widzów, słuchaczy i czytelników do podjęcia trudu zrozumienia choć cząstki świata współczesnej nauki.
Rozmawiał Grzegorz Filip

Prof. Andrzej Paczkowski, historyk z Instytutu Studiów Politycznych PAN w Warszawie. Nagroda w dziedzinie nauk humanistycznych i społecznych za książkę Pół wieku dziejów Polski 1939-1989, PWN, Warszawa 1996.
- Kiedy czytałem rozdziały Pana książki dotyczące pierwszych lat powojennych, odniosłem wrażenie, że napisał Pan historię zniewalania kraju. Podmiotem zdarzeń są tu wyłącznie komuniści. Opozycja jest tylko przedmiotem ich działań.
- Jest tam więcej o komunistach dlatego, że oni rządzili. Ich poznanie jest ważniejsze dla zrozumienia tego, co się działo, niż poznanie jakiejkolwiek innej siły politycznej.
- Ale podmiotem działań są u Pana bardziej oni niż opozycja...
- Są w tej książce partie poświęcone opozycji, są poświęcone tym, którzy rządzili. Ponieważ rządzący mają większy wpływ na losy narodu, to po prostu więcej o nich pisałem.
- Historycy spierają się o charakter okresu tuż-powojennego. Czy była to wojna domowa, okupacja czy powstanie antysowieckie?
- Termin "wojna domowa" jest tu niefortunny, bo zakłada, że nie uczestniczą w niej siły obce i zachowane są proporcje między czynnikami wewnętrznymi. Tutaj oba te warunki nie były spełnione. Do połowy 1946 roku wojska NKWD brały czynny udział w zwalczaniu partyzantki, a stacjonowały w Polsce do wiosny 1947. Nie była to więc wojna domowa. Czy okupacja? Może tak, ale z administracją sprawowaną przez "tubylców". Mogło to przypominać niektóre państwa satelickie z okresu II wojny światowej, na terenie których stacjonowały garnizony niemieckie czy włoskie, ale państwa te miały własnego prezydenta czy rząd. Pojęcie okupacji nie jest więc adekwatne. Pierwsze dwa-trzy lata to okres dominacji i obecności sowieckiej, w pewnym sensie i okupacji, ale bez wykonywania władzy administracyjnej przez Związek Sowiecki. Później to było coś w rodzaju dominium czy odległej prowincji imperium, której zarządcy mają jakiś zakres autonomii.
- Wobec tych wszystkich trudności interpretacyjnych zasadne staje się może pytanie: Czy nie za wcześnie na syntezę polskiego półwiecza?
- Istnieje jeszcze dziewiętnastowieczna tradycja opisywania historii żywej. Przypomnę książkę Adama Próchnika Pierwsze piętnastolecie Polski niepodległej. Zarys dziejów politycznych, obejmującą okres 1918-33, która ukazała się już w 1934 roku! Książki o rewolucji francuskiej powstawały, gdy w żyłach Francuzów płonęła jeszcze rewolucyjna krew. Można by się też powołać na Tukidydesa. Nie jest to więc nic nowego.
- Czy pisząc tę książkę miał Pan intencje popularyzacyjne?
- W pewnym sensie tak, choć nie chciałem szeroko upowszechniać wiedzy faktograficznej. Chciałem przedstawić mój sposób widzenia szerszemu gronu niż tylko grono profesjonalnych historyków i zaproponować pewną formułę, w jakiej można opisywać powojenne dzieje Polski.
- Dla niektórych historyków istnieje opozycja między profesjonalizmem a popularyzacją. Czy Pan też tak to widzi?
- Istnieje, oczywiście, różnica pomiędzy broszurą czy podręcznikiem szkolnym z jednej strony, a wąską monografią z drugiej. Znaczna część książek ma natomiast charakter pośredni. Nawet pisząc z zachowaniem pełnych wymogów warsztatu, z przypisami, indeksami, można pisać tak, by czytali to nie tylko koledzy-historycy. W humanistyce granica popularyzacji jest płynna.
- Czy Pana książka może stać się punktem wyjścia do opracowania podręcznika szkolnego?
- Nie, to właśnie nie miał być podręcznik. Nie miałem takich ambicji ani koncepcji. Być może szkielet tej książki nadawałby się na podręcznik, o tyle że jest ona ułożona chronologicznie. Ale pomysł był zupełnie inny.
Rozmawiał Grzegorz Filip

Prof. Ryszard Gryglewski, farmakolog z Katedry Farmakologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nagroda w dziedzinie nauk przyrodniczych i medycznych za cykl badań nad regulacją tromborezystencji.
- Czy samo wyjaśnienie wszystkich słów obcego pochodzenia, stosowanych przy nazywaniu problematyki badań, które Pan prowadzi, pozwoli zrozumieć, o co w tych badaniach chodzi?
- Chodzi o oporność (rezystencję) ściany naczynia krwionośnego, np. tętnicy, na tworzenie zakrzepów (thrombus). W Krakowie zajmujemy się głównie wnętrzem tętnic, które jest wysłane komórkami śródbłonka. To one wytwarzają substancje odpowiadające za zjawisko tromborezystencji. Ale oporność na tworzenie skrzepów nie zawsze jest pożądana. Gdyby nie powstawały skrzepy, wówczas nawet lekkie skaleczenie prowadziłoby do śmiertelnego wykrwawienia.
- Zakrzepy mają więc także pozytywną funkcję?
- W języku polskim rozróżniamy pomiędzy skrzepami - powstającymi po skrzepnięciu krwi na zewnątrz ustroju, a zakrzepami - które tworzą się wewnątrz naczyń krwionośnych. W tym sensie skrzepy odgrywają rolę pozytywną, a zakrzepy nigdy nie powinny się tworzyć. Ich powstanie jest zjawiskiem patologicznym, a najczęstszą przyczyną powstawania zakrzepów jest miażdżyca. Gdy się starzejemy, wykładzina tętnic staje się coraz bardziej szorstka w sensie biochemicznym i krew, zamiast ślizgać się po niej, zaczyna wirować i przystawać. Najpierw tworzą się małe zakrzepy przyścienne, które rozrastają się do wymiarów uniemożliwiających przepływ krwi.
- Wtedy następuje zawał lub udar mózgu?
- Tak. Zawał serca i niedokrwienny udar mózgu są często skutkiem zablokowania przez zakrzepy przepływu krwi w odpowiednich tętnicach.
- Z Pańskich badań wynika, że trzy czynniki zapobiegające zakrzepom są najskuteczniejsze, gdy działają równocześnie?
- Wykładzina tętnic wytwarza wiele różnych substancji, które nas bronią przed zakrzepami. Trzy z nich są szczególnie ważne. Pierwszy, to znana od 1976 roku prostacyklina, która zapobiega powstawaniu zakrzepów. Drugi czynnik, to aktywator plazminogenu, który przyczynia się do rozpuszczenia powstałych już zakrzepów. Trzeci czynnik - odkryty stosunkowo niedawno - to tlenek azotu, który wzmacnia działanie obu poprzednich. W sytuacji zagrożenia śródbłonek tętnic uwalnia te substancje razem, a one wzbudzają się nawzajem, w nasileniu tromborezystencji - działają "wespół w zespół", jak śpiewał Michnikowski.
- Na czym polega istota odkrycia, za które otrzymał Pan Nagrodę FNP?
- W leczeniu przeciwzakrzepowym często stosuje się pojedyncze leki, które w jakiś sposób naśladują jeden z trzech czynników śródbłonkowych. Według naszej koncepcji, łączne podawanie dwu lub trzech "naśladowców" mogłoby polepszyć efekt terapeutyczny. Sądzimy bowiem, że polipragmazja, oparta na rozumieniu obronnej funkcji śródbłonka, jest dobrą drogą do rozwinięcia nowych metod leczenia przeciwzakrzepowego.
- Dlaczego nie stosuje się tych trzech czynników w praktyce?
- Bywa, że praktyka wyprzedza teorię. Na przykład obecnie, ze względu na wyniki klinicznych badań wieloośrodkowych z udziałem tysięcy pacjentów, w zawale serca stosuje się aktywator plazminogenu lub streptokinazę - substytut tego ostatniego - łącznie z aspiryną. Badania doświadczalne potwierdzają słuszność takiego postępowania i w dążeniu do jeszcze ściślejszego naśladowania natury wysuwają możliwość zastąpienia aspiryny tiklopidyną. Myślę, że wkrótce przyjdzie czas na wzmacnianie tromborezystencji przy użyciu wszystkich trzech naturalnych kanałów śródbłonkowych.
Rozmawiał Piotr Kieraciński

Prof. Antoni Rogalski, fizyk z Instytutu Fizyki Technicznej Wojskowej Akademii Technicznej. Nagroda w dziedzinie nauk technicznych za prace nad detektorami promieniowania podczerwonego z wykorzystaniem potrójnych związków półprzewodnikowych.
- W dziedzinie półprzewodników zasadnicza sprawa to nowe materiały?
- Niezupełnie. Podstawowy materiał stosowany w pasywnych czujnikach podczerwieni to tellurek kadmowo-rtęciowy - HgCdTe, odkryty w 1959 r. W rozwój technologii tego materiału zainwestowano ogromne pieniądze, a uzyskane wyniki nie były adekwatne do nakładów. W latach 80. naukowcy stracili zaufanie do HgCdTe. Jest to materiał bardzo trudny w masowej produkcji. Przesądzają o tym takie czynniki, jak wysokie ciśnienie rtęci i słabość jej wiązania - dyfuzja rtęci następuje już w temperaturze pokojowej. Czujniki budowane wówczas z tellurku były po prostu zawodne. Z tego powodu zaczęliśmy szukać innych materiałów, takich jak InAsSb, HgMnTe, HgZnTe i supersieci półprzewodnikowych. Supersieci uzyskuje się poprzez osadzanie cienkich wielokrotnych warstw różnych materiałów.
- Badał Pan związki potrójne arsenku galu i arsenku galu z aluminium pod kątem zastosowania do detekcji promieniowania podczerwonego.
- Tak, ale okazało się, że z punktu widzenia właściwości fizycznych tellurek rtęciowo-kadmowy - który w międzyczasie trochę się wzmocnił - jest lepszy. Wprowadzono tzw. technologie epidaksialne, w których zastosowano tańsze i lepsze podłoże. Centymetr kwadratowy podłoża z tellurku kadmu (CdTe) kosztuje kilkaset dolarów, a z szafiru - dolara czy mniej. Teraz znów wracam do tellurku kadmowo-rtęciowego z myślą o wprowadzeniu go do konkretnych wdrożeń.
- Czy prowadził Pan już prace wdrożeniowe w tej dziedzinie, czy budowaliśmy własne czujniki podczerwieni?
- O ile w strukturach wyjściowych, czyli badaniach podstawowych, mamy znaczące osiągnięcia, to w technologii jesteśmy "do tyłu" w porównaniu z ośrodkami zagranicznymi. Nie umiemy robić urządzeń wykorzystujących teoretyczne osiągnięcia w tej dziedzinie, np. budować kamer termowizyjnych.
- W czym problem?
- Nie można tego robić bez ogólnej technologii przemysłu elektronicznego. Oczywiście, można kupić gotowe procesory, bo to będzie tańsze niż tworzenie wszystkiego od nowa. I chyba tym tropem pójdziemy. Sądzę, że nie możemy rezygnować z rozwoju własnych technologii. Dobrym przykładem działalności w nowych polskich warunkach jest firma VIGO-System Ltd. Włączenie Polski do struktur europejskich wymaga podejmowania własnych suwerennych decyzji. Będziemy zmuszeni przyjmować określone standardy, ale mam nadzieję, że zgodnie z nimi będziemy realizować własne programy.
- Czy nie budowaliśmy czujników wykorzystywanych w przemyśle obronnym?
- Do niedawna w dziedzinie technologii wojskowych byliśmy całkowicie uzależnieni od byłego Związku Radzieckiego.
- Przypomnijmy, o jakie urządzenia tu chodzi, gdyż zapewne wielu czytelników będzie kojarzyło czujniki podczerwieni z noktowizorami, czy prostymi urządzeniami alarmowymi.
- W wymienionych przez pana urządzeniach wystarczą aktywne czujniki podczerwieni, tzn. takie, które wysyłają promienie i badają promienie odbite. Na polu walki np. są one niepraktyczne, gdyż łatwo je zlokalizować i zniszczyć. Tu mówimy o czujnikach pasywnych, które wykrywają emitowane promieniowanie. Wykorzystujemy je we wszelkiego rodzaju systemach śledzenia i obserwacji, w przemyśle kosmicznym, w inteligentnych pociskach, które same naprowadzają się na cel. A w cywilu np. do sterowania i kontroli różnych procesów technologicznych, czy w medycynie, przy badaniu obrazu ciała - widać jego cieplejsze punkty.
Rozmawiał Piotr Kieraciński |