Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 10/1998

Feeling
Poprzedni Następny

Jan Koteja

Motto: Last but not least, the sponsor will have a good feeling...

Kiedy początkujący systematyk odkryje nowy gatunek (a to odkrywanie nowych gatunków będzie trwało... ho, ho!), ma problem, jak go nazwać. Oczywiście jest on (gatunek) niezwykły, niebieski, kudłaty... Nazwą gatunku zoolog chciałby uhonorować swoich rodziców, szefa, no i dziewczynę; naturalnie jest patriotą, więc może „polonicus” albo „kwasniewski” (w nazwach naukowych, niestety, nie może być „ś”)? A tu gatunek jest tylko jeden, więc zawzięcie szuka kolejnych nowych gatunków i tak dokonuje się postęp wiedzy. Na ironię losu, stary wyjadacz też ma problem z nazwami: już wszystkich uhonorował a ostatecznie, ile można mieć dziewcząt? Kodeks nomenklatury idzie wyjadaczom na rękę i zezwala tworzyć nazwy z dowolnego zlepku liter. Wystarczy kupić literową wycinankę dla pierwszej klasy, pociąć, włożyć literki do worka i z zamkniętymi oczyma je wybierać – nazwa gotowa. Kto woli, może się posłużyć komputerem. Jak potem taką nazwę czytać? A kto potrafi w Polsce czytać nazwy chińskie lub w Anglii polskie, np. przysłowiowego „chrząszcza”? Czujecie jednak, że jest w tym jakieś potworne marnotrawstwo. To tak, jakby ktoś powiercił dziurki w medalach i zrobił z nich kółka do traktora (traktor ma duże i małe kółka) dla wnuka, zamiast przypiąć je do piersi.

Pierwsi zauważyli to marnotrawstwo parlamentarzyści i drastycznie obcięli dotacje na naukę, a zwłaszcza na odkrywanie nowych gatunków, oraz badacze z Unii Europejskiej. Właśnie czytam w biuletynie European Science Foundation, że w Niemczech i Francji można, po wpłaceniu odpowiedniej kwoty, wyznaczyć nazwę nowego gatunku, czyli być jego „godfather”, jak napisano. Może to być nazwa od nazwiska lub imienia sponsora, ale też jego małżonki, rodziny, przyjaciół, znajomych itp., która utrwali zbożny czyn po wieczne czasy, czyli „forever, thus providing a glimpse of eternity”. Oprócz tego, sponsor otrzyma odpowiednie certyfikaty, 50 kopii pracy do rozdawania znajomym, i może się ubiegać o ulgi podatkowe.

Ofiarowana kwota nie może być jednak wdowim groszem ani też „co łaska”, ma to być „arelatively moderate donation”. Specjalnie tego nie tłumaczę, bo co to znaczy „relatywnie umiarkowany”? Bardziej wymowna jest minimalna kwota – 10 000 DM. Na nasze to by było 20 000 złotych, a na stare – 200 milionów; w sam raz tyle zarabia młodszy profesor rocznie i mógłby się stać ojcem chrzestnym nowego gatunku. Oprócz wszystkich (tu nie wymienionych) korzyści, miałby jeszcze, last but not least, dobre samopoczucie z dobrego uczynku, że właśnie ocalił od zagłady i zachował dla potomnych unikalne twory przyrody. Bo jeszcze nie powiedziałem, że konkretnie chodzi o szczątki skamieniałych owadów ze środkowego mezozoiku, które można „kupić” (zainteresowanym szczegółami kontraktu prześlę kopię).

Opisanie nowego gatunku i nadanie mu nazwy wiąże się z pewnym ceremoniałem, w którym, między innymi, autor ma objaśnić skąd się nazwa wzięła. Np.: „Nazwę Corpus kowalskii nadano na cześć pana Stanisława Kowalskiego, dla upamiętnienia Jego ofiarnego czynu w wysokości 10 000 DM. Podkreślić trzeba, że nie chodzi o pana Stanisława Kowalskiego, który ma kuźnię koło potoku ani o tego, którego koń kopnął w zeszłym roku, tylko o pana Stanisława Kowalskiego, co prowadzi zakład dentystyczny w Kłaju”. Nie sądźcie, że sobie kpiny robię z dentystów. Biuletyn ESF wymienił wśród sponsorów na pierwszym miejscu właśnie dentystę z Niemiec. A dodatkowa korzyść taka, że po opublikowaniu tego nowego gatunku, a good feeling będą mieli również pacjenci pana S. Kowalskiego (ci, którym powyrywał zęby i ci, którzy noszą piękne szczęki). Swoją drogą, jakie cudowne powiązanie – dolnokredowe odciski ważek i plastykowe szczęki – nawet Picasso by nie wymyślił.

W całym tym kontrakcie jest pewien mankament. Ci, którzy oglądają telewizję wiedzą, że ta sama pasta do zębów pojawia się na ekranach każdego dnia, ba! każdej godziny. Tymczasem, tylko raz napiszą, dlaczego ten Corpus nazywa się kowalskii. Po dwu lub trzech latach już nikt nie będzie wiedział, o jakiego Kowalskiego chodzi. I co tu mówić o wieczności.

Sponsorem może zostać nie tylko osoba fizyczna, ale również prawna, np. Coca-cola, NBP itp. Wtedy taki gatunek nazywałby się Corpus cocacolae (zakładając, że chodzi o kobietę), Corpus nbpicus lub jakoś podobnie. Wątpię jednak, czy osoby prawne zechcą inwestować w tak banalne i bezprocentowe przedsięwzięcia, jak nazywanie skamieniałych owadów. Co innego ewentualnie dinozaury.

Czy rzeczy święte (dobre) wymagają usprawiedliwienia (uświęcenia)? To dlaczego jeden z propagatorów kontraktu pisze: „In my view it is a very positive proposal. Sometimes the end does justify the means” (po polsku to by było trochę inaczej, ale wymowa ta sama). Rzymianie mówili prościej – Pecunia non olet – w żadnych okolicznościach i pod żadnymi warunkami, a pan Lenin powiedział, że kapitalista sprzeda ci nawet sznur, na którym masz zamiar go powiesić (jak wiecie, proroctwo to okazało się tylko połowicznie prawdziwe). No, ale my jesteśmy w Europie, a nie w Rzymie czy na Wschodzie i musimy każde świństwo usprawiedliwić i uświęcić.

Autor nazwy gatunku dopisuje do niej swoje nazwisko, też po wieczne czasy, bez sponsorowania, jeszcze mu za to płacą. A mogę Ci zdradzić, Miły Czytelniku, że czynność ta zapewnia mu nie mniej pozytywne i gorące odczucia niż panu Kowalskiemu wyrywanie zębów i sponsorowanie nowych gatunków. No dobrze, to sponsor i opisywacz – a reszta świata? Onegdaj przyłapałem młodzieńca, który się wkradł do klatki korzystając z nie domkniętych drzwi (jest domofon, a jakże). Wszedł na ostatnie piętro, ja niestety też, bo tam mieszkam. Kiedy już nie było wyjścia, zapytał: „Czy mogę tu przenocować? Uciekł mi autobus”. Bracie, pomyślałem, tobie nie tylko autobus uciekł. Ulokował się w kącie i zasnął nim światło zgasło na schodach. Przynajmniej tej nocy on i ja też mieliśmy a good feeling.

Uwagi.