|
Wielcy uczeni miewają skomplikowane biografie. Paradoks Einstein - Minkowski jest tematem tego eseju,
którego pierwszą część publikowaliśmy w poprzednim numerze.
Witold Kowalski
![[Herman Minkowski]](images/24-matka_small.jpg) |
| Hermann Minkowski |
Wyjaśnienie istoty teorii względności wypada mi pozostawić godniejszemu pióru. Bohaterem mojej
opowieści nie jest zresztą sama teoria, lecz moment ujawniania jej światu i związane z tym
społeczne uwikłania jej twórcy. Wspomniawszy wcześniej o niechęci, z jaką oficjalna nauka
przyjmowała Einsteina, trzeba teraz dorzucić jeszcze chyba bardziej zastanawiający paradoks.
Otóż, do podsuniętego przez Minkowskiego opisu swej teorii Einstein odniósł się zdecydowanie
wrogo. Sam będąc przyciśnięty brakiem akceptacji u innych, z niebotyczną nonszalancją pozbył
się swego najważniejszego sprzymierzeńca. "Wrogo" to może za mało powiedziane: Einstein po
prostu opis Minkowskiego zupełnie zignorował, przez co tak bardzo stracił wątek swych
rozważań, iż - nie widząc dla nich dalszej drogi - swoje relatywistyczne spekulacje na kilka
lat zupełnie zarzucił.
Paradoks zaiste niebotyczny! Da się go oczywiście wytłumaczyć przyjmując, że wyobraźnia
Einsteina - która bez większych ceregieli potrafiła dosiąść błyskawicy i z szybkością światła
mknąć poprzez przestworza (spełniając przy okazji postulat Słowackiego, który żądał, by język
myśli był "jak piorun jasny, prędki") - w kwestiach czysto matematycznych po prostu zawodziła.
No tak, ale paradoks Einstein - Minkowski ma bardzo wyraźne uwikłanie społeczne, podstaw
taktyki w kontaktach międzyludzkich umieją się zaś nauczyć nawet raczkujące dzieci. O co więc
w sprzężeniu tych dwóch nawzajem uzupełniających się umysłów chodziło? Dlaczego nie potrafił
Einstein ująć publicznie wyciągniętej doń dłoni Minkowskiego?
LIST Z GETYNGI
Punktu widzenia Minkowskiego nie dane było poznać, gdyż zmarł na skutek dziwnego zbiegu
okoliczności w parę miesięcy po swym kolońskim wykładzie. Wprawdzie rozlane zapalenie wyrostka
robaczkowego jest stanem bardzo poważnym, niemniej na początku XX wieku, w Getyndze, dla osoby
ze środowiska profesorskiego był to stan niemal w stu procentach uleczalny - dlatego śmierć
Minkowskiego trzeba określić jako dziwną i zagadkową. Ponoć na łożu śmierci miał powiedzieć:
Jakaż szkoda, że muszę umrzeć w czasie, gdy powstaje teoria względności. Takie przedśmiertne
wyznania nagminnie bywają apokryfami, jeśli je jednak Minkowski wypowiedział, to się mylił - w
tejże chwili teoria przestała się rozwijać, o mało co nie umarła wraz z nim. Ta wypowiedź i ta
śmierć to następne dwa wiążące szczegóły rozważanego tu sprzężenia. Bo w kilka miesięcy po
śmierci Minkowskiego Einstein po raz pierwszy został poproszony o wygłoszenie publicznego
wykładu. Oszołomił ponoć wówczas słuchaczy śmiałością swej myśli. Wtedy właśnie objawił światu
swe słynne równanie: E=mc2. Wciąż jednak nie umiał dostrzec, że równanie to jest bezpośrednio
wpisane w niechcianą i odrzuconą czasoprzestrzeń Minkowskiego. Jest to fakt równie istotny, co
przedśmiertna wypowiedź Minkowskiego. Wiemy dzisiaj bowiem, że wystarczy współrzędnym metryki
Minkowskiego przypisać rozważane przez Einsteina własności fizyczne, dokonać parę prostych
manipulacji matematycznych i... E=mc2 samo nam wychodzi, ujawnia swą obecność, jak Deus ex
machina...
Ale właśnie tego potencjału metryki Minkowskiego Einstein za nic nie potrafił dostrzec. A więc
wiemy: w momencie, gdy dziwny zbieg okoliczności uśmiercił Minkowskiego, był on jedynym na
świecie człowiekiem, posiadającym nie tylko dogłębną świadomość drogi, którą pójść należy,
jeśli się chce teorię szczególną uogólnić, lecz także (w przeciwieństwie do Einsteina) aparat
naukowy pozwalający na tę drogę bez opóźnień wstąpić. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby
przypuścić, iż gdyby Minkowski swą przypadłość przeżył, w parę dni po owym inauguracyjnym
wykładzie publicznym otrzymałby Einstein z Getyngi list wyprowadzający E=mc2 z "płaskiej"
matrycy geometrycznej, wymyślonej przez autora listu.
ZAKONNIK Z BRNA
Einstein z kolei nosił wprawdzie w sobie potrzebę uogólnienia własnej teorii, lecz nie umiał
sobie wyobrazić, jak to można osiągnąć. Z Getyngi (ani znikąd inąd) list z równaniami nie
nadszedł i zapadł Einstein w głęboką, kilkuletnią depresję, gdyż zwątpił wręcz w możliwość
przełożenia swych intuicji myślowych na język zrozumiały dla nauki powszechnej. To też bardzo
ważny moment. Jest jakąś miarą wielkości Einsteina, iż w końcu sam dostrzegł niedostatek swej
wiedzy matematycznej, w niezwykle żmudnym wysiłku zaczął uzupełniać braki, by móc wreszcie
wkroczyć w te obszary wiedzy, po których Minkowski poruszał się swobodnie już 20 lat
wcześniej. Gdy w roku 1915 ogłosił nową, uogólnioną teorię względności, miała ona postać
tensorowego rachunku geometrycznego opisującego działanie pominiętego w teorii z 1905 roku
pola grawitacyjnego.
Wpływu Minkowskiego na jej powstawanie nie da się przecenić. Był on ostrzegawczo negatywny,
gdy przedwczesna śmierć profesora spowodowała siedmioletnie opóźnienie w sformułowaniu teorii.
Był on decydująco ożywczy, gdy wywołana wykładem Minkowskiego akceptacja Einsteina przez
środowiska naukowe, pozwoliła mu wreszcie wyrwać się z objęć urzędniczego marazmu. Siedząc w
krześle rzeczoznawcy II (po awansie) klasy berneńskiego Urzędu Patentowego, można snuć
wspaniałe spekulacje myślowe o naturze zjawiska grawitacji, ale rachunku tensorowego nikt,
nawet Einstein, zwłaszcza Einstein, tam by się nie nauczył. Bez tego zaś kroku przejście od
szczególnej do ogólnej teorii względności nie było możliwe.
Słowem: bez decydującego aktu nobilitacji, jakim był koloński wykład Minkowskiego, szczególna
teoria pozostałaby curiosum znanym (bądź zapoznanym) na marginesie nauki, jej uogólnieniem zaś
musiałby zająć się ktoś inny i o innym czasie. Nie jest to bynajmniej perspektywa zmyślona.
Kilkadziesiąt lat przed Minkowskim i Einsteinem, Grzegorz Mendel - zakonnik augustyński z Brna
- odkrył, sformułował i ogłosił podstawy prawideł genetyki. Przeleżały się te prawidła w
bibliotekach tak długo, aż je na nowo odkrył i sformułował ktoś inny. Zaś ojciec Mendel w
międzyczasie umarł.
DROGA NIEOZNACZONOŚCI
Szwajcarskie Berno nie powtórzyło scenariusza z morawskiego Brna. Nie powtórzyło, choć robiło,
co mogło. W końcu jednak analogia się zwichrowała i pozostała tylko w nazwie miejsca
zesłania...
Scenariusz więc zamknięty i pierwszy, i drugi. Jednakże główne moje pytanie: dlaczego tak
dziwnie utrudnione było sprzężenie tych dwóch wybitnych ludzi: Einsteina i Minkowskiego,
pozostało bez odpowiedzi. Niezwykle bliskie ich pokrewieństwo myślowe zostało już udowodnione,
nie podlega kwestii. Dlaczego więc dostrzegł Matryca w młodym E. przede wszystkim leniwca?
Dlaczego później, po latach, gdy Minkowski występuje z publicznymi przeprosinami, cały swój
autorytet rzuca na szalę Einsteina, ten ostatni reaguje tak jednoznacznie wrogo i negatywnie?
Pozornie, bez wchodzenia w sferę podejrzanej wartości psychologizmów i jeszcze bardziej
wątpliwych biograficznych plotek, przekonującej odpowiedzi podać niepodobna. Możliwa jest
jednak inna droga, zasugerowana przez dokładnie te same zagadnienia, dla których rozwiązania
szukali Einstein i Minkowski. Jest to droga, po której dziś zgodnie kroczą następcy zarówno
Einsteina, jak i Minkowskiego. Droga, na której bez trudu opisują dziś byty wielkie i malutkie
- kosmologie i cząsteczki, stroniąc wszelako (z wyjątkiem Rogera Penrose`a) od przenoszenia
się w obszary wypełnione codziennością myśli ludzkiej. Jest to droga nieoznaczoności rachunku
kwantowego.
POTRZEBA SPÓJNI
Znowu: nie musimy rozumieć wszystkich powikłań tego swoistego podejścia do zagadnień świata,
by uznać logicznie wypływające zeń konsekwencje. Einstein stworzył podwaliny mechaniki
kwantowej (niemałą tu rolę odegrał jego ówczesny brak rozeznania w obyczajności matematycznej
i przyjmowanie za dobrą monetę wyników, które dla bardziej zaawansowanych matematyków były
tylko wybiegiem formalnym). Później zdecydowanie ją odrzucał, sprzeciw swój motywując
spostrzeżeniem, iż "Bóg nie gra w kości". A jednak, za sprawą Johna Bella, zagorzałego
przeciwnika kwantyzmu, wynaleziono przed paru laty sprawdzian jego poprawności. I okazało się,
że mechanika kwantowa jest uprawnionym opisem rzeczywistości!
Ale nie jedynym. Ze sprawdzianu zasugerowanego przez Bella wynika także, iż alternatywnym
wobec kwantowego opisem naszego świata jest pogodzenie się z faktem, iż obowiązuje w nim
bezwzględny determinizm, który z góry niejako stanowi również o tak podstawowych sprawach,
jak: kto, co, kiedy i gdzie wykona jakikolwiek ruch, chociażby był to ruch wyłącznie myślowy.
Nikt jeszcze nie udowodnił, że mechanika kwantowa nie sprawdza się na poziomie myśli;
rozważania Penrose`a zdają się wskazywać, iż jej odniesienie do świata myśli jest wręcz
nieuniknionym warunkiem dla spójnej koegzystencji fizyki, chemii i biologii. Postawa przeciwna
(zaprzeczająca potrzebie spójni) jest oczywiście możliwa, lecz - poza arbitralnym
rozszerzeniem obszaru niewiedzy - niczego nie osiąga. Problem wprawdzie od siebie odsuwa, lecz
go przez to nijak nie rozwiązuje.
POSTULAT SŁOWACKIEGO
Jeżeli wszelako podstawową spójnię wiedzy uznajemy bez pozytywistycznych zwątpień,
deterministyczną konkluzję wynikającą z eksperymentu zaproponowanego przez Bella przychodzi
nam odnieść wręcz z koniecznością do opisanego wyżej sprzężenia Einstein - Minkowski. Wówczas
zaś nasze pytanie otrzymuje całkiem jasną odpowiedź: nie tylko przypadki życia Einsteina
zostały z góry tak ustawione, aby pozwolić się urodzić jego przewrotnej myśli, lecz również
życie i działanie innych aktorów tego dramatu - Minkowskiego, Adlera, Kleinera, dyrektora
monachijskiego gimnazjum, który młodocianego Einsteina wygonił ze szkoły, czy członków
Czcigodnej Rady - tak zostało dobrane, by spełniać wymogi narodzin. Innymi słowy: w osobach
Einsteina i Minkowskiego teoria fizyczna kształtowała się w opisany sposób dlatego, że z
teorii fizycznej wynika, że inaczej kształtować się nie mogła.
Powyższa odpowiedź, zwłaszcza ostatnie zdanie, przypomina kołowrotek, gonitwę pustych myśli.
Nawet jeśli jest to odpowiedź naukowo pod każdym względem prawdziwa, jest to równocześnie
odpowiedź wyjątkowo bzdurna, dla chociażby tych powodów, że wbudowany w nią od zarania
ahistoryzm na poziomie języka naturalnego odbiera jej natychmiast jądro sensowności. Język
naturalny obowiązany jest bowiem spełniać resztę Postulatu Słowackiego: wypowiadając
"wszystko, co pomyśli głowa", musi być równocześnie "giętki". Determinizm i giętkość to dwa
sprzeczne pojęcia; odpowiedź naukowa uderza więc nie tylko swoją pustotą, ale - będąc
pozbawiona walorów poetyckich - jest równocześnie wypełniona brzydotą. Jest nieelegancka.
W zasadzie powyższa, jakże smutna konkluzja powinna zabić w nas jakąkolwiek chęć dalszych
rozważań nad sensem utrudnień, jakie myśl Einsteina napotkała na drodze ku wielkości. Tak się
jednak składa, iż - oprócz umówionego kryterium prawdziwości - fizycy stawiają swym teoriom
jeszcze jeden warunek: teorie muszą być "eleganckie", a więc nie udziwnione, nie zagmatwane,
nie utylitarne, a więc proste tą - na przykład - prostotą, jaką geometria Lorentza (metryka
Minkowskiego jest jej szczególnym przypadkiem) nagina się wobec pojęć teorii względności.
Czyli Wymóg Elegancji stwierdza ni mniej ni więcej, że Postulat Słowackiego obowiązuje również
dla teorii naukowej; nie każdej wprawdzie, ale dla tej najwyższej - tak, obowiązuje.
PRAWDA CZY PIĘKNO?
Einstein powiedział kiedyś wręcz, że teoria nieelegancka nie interesowałaby go. To następna
ważna wypowiedź, gdyż odkrywa powody, dla których w ogóle zajął się on teoretyzowaniem. Razem
z odpowiedzią daną Kleinerowi ("nie muszę być profesorem!") odkrywa przed nami walkę, jaka
zawsze się toczy na styku determinizmu i wolnej woli człowieka. Einstein czuł, że życie
naukowca jest dlań tylko jedną z opcji - swoiście wygodną, bynajmniej jednak nie jedyną. (Bez
wątpienia podobnie uważał Grzegorz Mendel, którego kariera tym się różniła od przygód
Einsteina, iż nawet na kierunek nauczycielski nie chciano go przyjąć.) Okazuje się więc, że w
samoświadomości człowieka (a w każdym razie Einsteina) naczelnym motywem sprawczym nie jest
poszukiwanie prawdy, lecz piękna - a to jest już kategorią nie nauki bynajmniej, lecz poezji.
I wiary.
Warto więc w tym miejscu przytoczyć opinię księdza profesora Michała Hellera, który
czasoprzestrzeń Minkowskiego określił, nie - jak to początkowo mniemał Einstein - jako niezbyt
udaną ilustrację szczególnej teorii względności, czy też - jak to później przyznawał Einstein
- jako genialny drogowskaz wiodący ku ogólnej teorii względności, lecz jako coś jakościowo o
wiele istotniejszego: jako obiekt tak czystej poznawczo elegancji, iż jego formuły
jakby muszą pochodzić od samego Boga. Zważywszy, że jeszcze nie tak dawno Kościół bał się niektórych bytów
matematycznych bardziej niż piekielnego ognia, jest to wypowiedź niezwykle znamienna. Zaś
księdzu Hellerowi wtóruje z zaświatów Sokrates, gdy zaprzecza sofistycznym wywodom, jakoby
"mądrości" (czyli, chociażby, umiejętności naukowego teoretyzowania) można było się nauczyć
studiując wielkich mistrzów. Nie - powiada Sokrates - inteligencja i naukowość to jeszcze nie
mądrość. Prawdziwa mądrość jest nam dana. Z góry. Trzeba tylko pozwolić jej się urodzić. Nie
dziwota, iż mahometanie uważają Sokratesa za jednego z proroków wiary.
PIĘKNO I NADZIEJA
Jednakże przedziwne dzieje człowieka, który wprawdzie łatwo urodził szczególną teorię
względności, lecz zanim udało mu się ją uogólnić, musiał się także mądrości (tu: matematyki)
najzwyczajniej nauczyć, zdają się wskazywać, iż dopiero gdy prawda i piękno zejdą się w jedno
- choćby nawet właśnie w naukowej teorii - człowiek wyczerpuje swą przyrodzoną nieufność wobec
świata i gotów spocząć na laurach, świadom, że co mógł - osiągnął. Skoro tak jest, to choć
wprawdzie dzieje powstawania teorii, idąc za sprawdzianem Bella, trzeba uznać za owej teorii
immanentny składnik, niemniej wówczas najbardziej nawet uabsolutniony determinizm (tak samo
zresztą, jak i najbardziej nawet zrelatywizowana nieoznaczoność) rozpływa się w tak pozornie
swawolnym stanie, jakim jest nadzieja. Bo piękno i nadzieja są ze sobą zawsze powiązane. I
wystarczy teraz tylko przyjąć tę nadzieję za inny (wyższy?) stopień poznania...
Możemy więc mieć nadzieję, że determinizm - nawet jeśli bezwględnie obowiązuje również w polu
życiowym człowieka - nie wszędzie musi być jednakowo gęsty. Że tworzy wiry, zwichrowania i
bąble, przez które może się (musi) czasem cudem przecisnąć wolna ludzka wola. Że nawet jeśli
Minkowski chciał/nie chciał - musiał wyciągnąć do Einsteina pomocną dłoń i podobnie
musiał, kiedy umarł - umrzeć, nawet jeśli "decyzja" młodocianego Einsteina, by nie uczyć się
matematyki, jest równie mało postanowieniem jego wewnętrznego ja, co paralelna późniejsza
"decyzja", by samotnie zwalczyć niedostatki swej wiedzy matematycznej, to jednak elegancja
wpisana w osiągnięcia obu tych myślicieli, dla ludzi usposobionych mniej genialnie zdaje się
wręcz rozszerzać granice swobody. Takie postawienie sprawy przypomina być może stanowisko
pozytywistyczne, lecz nie tylko nim nie jest, co wręcz mu zaprzecza - jest bowiem wyznaniem
wiary, nie zaś powielaniem tępego uporu.
W odniesieniach do teorii fizycznej determinizm jest być może gęsty ponad ludzką miarę, bez
trudu więc przychodzi mi wierzyć, nie tylko w to, że najinteligentniejsi, wybrani, wytrenowani
i odkarmieni następcy Einsteina na stolcu "najmądrzejszego człowieka naszych czasów" (kroczący
jego śladami, wedle zasad wyliczonych w naszym wyjściowym scenariuszu) dalej będą poszukiwać
Ostatecznej Teorii Wszystkiego, ale również w to, że z całą pewnością jej nie znajdą. Krzesło
Mistrza na zawsze pozostało bowiem w berneńskim Urzędzie Patentowym, tak jak klęcznik innego
mistrza na zawsze pozostał w brneńskim klasztorze augustynów.
A więc? A więc, wprawdzie poruszając się po najgłębszych tajnikach wszechświata napotykamy na
absolutny determinizm, nie jest to wszakże determinizm, który by chciał i umiał oprzeć się
giętkiej, choć prostej, eleganckiej nadziei.
|