Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 3/1998

Nowy hippiasz
Poprzedni Następny

Publikowany w numerze styczniowym
artykuł Zbigniewa Żmigrodzkiego,
poświęcony ocenie wykładowców
przez studentów, wywołał liczne polemiki.
Zamieszczamy poniżej dwie pierwsze wypowiedzi.

Ewa Chmielecka

Jestem nauczycielem akademickim, który systematycznie przeprowadza ankietę studencką po swoich wykładach, czerpiąc z tego wiele pożytku i satysfakcji. Toteż tekst prof. Zbigniewa Żmigrodzkiego („F.A.” 1/98) czytałam z narastającym zdumieniem. Przypuszczam, że niechęć autora do studenckich ocen wypływa albo ze złych doświadczeń, albo z braku informacji o tym, na czym polega dobrze przeprowadzone ankietowanie studentów Tekst zawiera wiele nieporozumień i niejasności, które pragnę skomentować. Zacznę jednak od sprawy fundamentalnej, a mianowicie wartości pojawiających się w relacjach uczeń–nauczyciel. Prof. Żmigrodzki pisze: Zaufanie do nauczycieli i wychowawców stanowiło od niepamiętnych czasów niekwestionowany aksjomat i fundament ludzkiej kultury. Zapewne tak, ale uczono mnie również, że takim fundamentem jest także krytycyzm, prawo do wyrażania uargumentowanych opinii, bez względu na to, czyje poglądy czy uczynki podlegają ocenie. Sokrates, wielki wszak nauczyciel, prowadził dialogi z uczniami zachęcając ich do podważania jego zdania. Nie wahał się pokazywać niedoskonałości swych poglądów. Dziwne byłoby to zaiste zaufanie, które wzbraniałoby poddania nauczyciela ocenie uczniów.

SPRZECIW BUDZI IDEA

Ale do rzeczy. Bardzo ułatwiłoby zrozumienie myśli prof. Żmigrodzkiego, gdyby jego krytyki dotyczyły jasno przedstawionej i scharakteryzowanej akcji czy techniki oceny. Autor pisze ogólnikowo: W szkołach wyższych prowadzi się od pewnego czasu akcję ankietowania studentów, mającą na celu ocenę wykładowców. Została ona narzucona bez dyskusji i przynosi ujemne skutki. (...) ferują te kryteria [oceny – EC] urzędnicy, za którymi ukrywają się jednak polityczni decydenci. (...) niewłaściwość i ujemne skutki tej bezdyskusyjnie narzuconej i szkodliwej społecznie metody. Interesuję się sprawą oceny jakości nauczania od dawna i nie zauważyłam, aby jakiekolwiek organy próbowały narzucić uczelniom akcję oceny wykładowców. Sprzeciwiałoby się to zarówno zasadzie autonomii uczelni w sprawach nauczania, jak i literze prawa – autonomia ta jest wszak chroniona ustawowo. Owszem, wiele uczelni wprowadza tzw. systemy wewnętrznej oceny jakości kształcenia, których częścią jest badanie opinii studentów, ale czynią to właśnie autonomicznie i same ustanawiają kryteria oceny. Powstające ostatnio projekty (Akademicka Komisja Akredytacyjna, Porozumienie Uniwersytetów Polskich na rzecz Jakości Kształcenia) dotyczą instytucji dbających o zapewnianie jakości w uczelniach i rozwiązań o charakterze systemowym. Ankietowanie studentów jest ich niewielkim i wcale nie najważniejszym elementem. O wiele ważniejsze są procedury prowadzące do systematycznego poprawiania jakości nauczania. I w tym przypadku uczelnie samodzielnie decydują lub decydować będą o kształcie przyjętych systemów.

Sądzę więc, że sprzeciw prof. Żmigrodzkiego budzi nie tyle konkretny projekt, co sama idea pytania studentów o opinię na temat sposobu prowadzenia zajęć, w których uczestniczą. Podkreślam: opinię o sposobie prowadzenia zajęć, a nie o merytorycznych kwalifikacjach wykładowców, co zdaje się sugerować prof. Żmigrodzki. Nie słyszałam bowiem, aby ktokolwiek próbował zachęcać studentów do wyrażania opinii o uczonych – nauczycielach akademickich jako takich. Byłaby to idea groteskowa, choćby z tego powodu, że do takiej oceny studenci nie mają stosownej wiedzy. Dobrze skonstruowana ankieta studencka zawiera pytania, na które student może kompetentnie odpowiedzieć, a więc o to, co „zdarzyło się” na zajęciach: czy student rozumiał tok wykładu? Czy polecone przez wykładowcę podręczniki były dostępne? Czy zachodziła dobra relacja pomiędzy wykładem a ćwiczeniami? czy student miał szansę przedyskutować wątpliwości, zadać pytania? Czy przygotowane przez wykładowcę pomoce naukowe były mu użyteczne? Czy znane mu były kryteria zaliczenia zajęć? Punkty ankiety bezpośrednio dotyczące nauczyciela przybierają formę pytań o jego punktualność, dostępność na konsultacjach, otwartość na potrzeby studentów itp. Dla wykładowcy jest to kopalnia wiadomości o tym, jak odbierają go studenci w jednej tylko roli – nauczyciela. W żadnym wypadku nie jest to wotum nieufności, to narzędzie, mające pomóc wykładowcy w dobrym wypełnianiu jego zadań!

POŻYTEK Z ANKIET

Pojawia się tu jednak sprawa bardzo ważna: sposób wykorzystania wyników ankiet. Wypowiedź prof. Żmigrodzkiego sugeruje, że wyniki te mogą stać się własnością publiczną, zostać upowszechnione. Otóż żaden ze znanych mi systemów zapewniania jakości nie przewiduje czegoś takiego. W Szkole Głównej Handlowej, w której pracuję, wyniki ankiet, po zakodowaniu i obróbce informatycznej przedstawione zostają wyłącznie nauczycielowi i jego bezpośrednim przełożonym (kierownik katedry, dziekan, rektor). Ankiety przechowywane są jako dokumenty poufne tylko do wglądu osób upoważnionych. Poczucie bezpieczeństwa, świadomość, że wyniki nie będą wykorzystane „przeciwko” nauczycielowi, że nie będą one udostępnione studentom, są zasadniczym warunkiem skuteczności ankiet i uczynienia z nich sposobu doskonalenia nauczania. Oczywiście, jeśli nauczyciel bywa przez dłuższy czas, systematycznie nisko oceniany przez słuchaczy, to dla przełożonych może być to sygnał, że np. należy przeprowadzić hospitację jego zajęć, czy zaproponować mu pomoc w zakresie metodyki nauczania lub podjąć inne kroki.

Wspomniałam już, że sama czerpię wiele pożytku z ankiet studenckich. Od lat przeprowadzam je po moim wykładzie z logiki, posługując się standardową ankietą SGH i co roku dowiaduję się z nich rzeczy, które pozwalają mi zmienić coś w sposobie prowadzenia zajęć – na lepsze, jak sądzę. Oto przykłady. Z ankiet dowiedziałam się, że część moich wypowiedzi nie dochodzi do uszu słuchaczy – mam nieszczęsny zwyczaj chodzenia po sali w czasie zajęć i gestykulowania. Użycie mikrofonu wyeliminowało tę usterkę, jestem słyszalna, nawet gdy mówię zwrócona twarzą do tablicy. Dowiedziałam się, że tempo wykładu jest zbyt szybkie i nierówne, co utrudnia robienie notatek. Od tej pory studenci zaopatrywani są w kopie folii używanych przeze mnie, nie muszą więc w pośpiechu (i z błędami!) notować ich treści, robią tylko do nich komentarz. Dowiedziałam się, że daję studentom za mało szans na sprawdzenie postępów w nauce w ciągu semestru. Udostępniam więc im systematycznie zbiory zadań, które były rozwiązywane na kolokwiach w latach ubiegłych. I tak dalej, i tak dalej. Z satysfakcją zauważam, że moje wysiłki owocują podniesieniem ocen.
W sporadycznych przypadkach miałam do czynienia z ocenami nierzetelnymi. Gdyby miały zostać wykorzystane przez moich przełożonych w niestosowny sposób, co sugeruje prof. Żmigrodzki (a co się nigdy nie zdarzyło), stanowiłoby to bardziej oskarżenie dla środowiska akademickiego (owych nauczycieli, dla których mamy żywić nieograniczone zaufanie) niż dla studentów. Nierzetelności w ankietach wynikały zresztą raczej ze znudzenia albo braku powagi słuchaczy niż z chęci zaszkodzenia nauczycielowi.

WOTUM ZAUFANIA

W wypowiedzi prof. Żmigrodzkiego nauczyciele i uczniowie zdają się być grupami nieżyczliwymi sobie, antagonistycznymi. Realizującymi partykularne cele, odmienne niż dobra edukacja. Czyhającymi nawzajem na swe potknięcia. W istocie, przy takim nastawieniu, ankietyzacja może zmienić się w wyraz wotum nieufności czy narzędzie represji, a nie doskonalenia. Czy jednak naprawdę tacy jesteśmy? Jeśli tak, to nie zasługujemy na zaufanie, o które apeluje autor artykułu, a wpływ ankiet jest bez znaczenia. Jeśli nie – to problem znika i możemy się ankietować do woli.

Dr Ewa Chmielecka pracuje w Instytucie Spraw Publicznych i w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Uwagi.