Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 3/1998

Z zapisków zgreda
Poprzedni Następny

Słowo w Sieci funkcjonuje inaczej niż na papierze.
Nie ma jednak pobłażania dla błędów językowych pleniących się
w drukowanych magazynach poświęconych Internetowi i komputerom.

Paweł Misiak

Komputery osobiste, wraz z upowszechnianiem dostępu do nich „szarego człowieka”, spowodowały wiele ciekawych zjawisk społecznych. Ich aktywni i bardziej zaangażowani użytkownicy tworzą wyróżniającą się grupę, dla której wydawane są czasopisma „hobbystyczne” i specjalistyczne. Sprawy związane z używaniem komputerów stają się często tematem rozmów towarzyskich.

Internet, jako nowe, masowe medium komunikacyjne, jest przedmiotem analiz, badań i opisów. W jego zasobach znaleźć można wiele tekstów ogólnych, w rodzaju „Co to jest Sieć?” czy „Internet – jak to działa”. Większość tego typu wypowiedzi podkreśla zalety globalnej komunikacji za pośrednictwem sieci komputerowych. Trudno się dziwić, skoro najczęściej piszą je entuzjaści. Autorzy ci, jak i większość internautów, doceniają szerokie możliwości, łatwość użycia i bogactwo zasobów dostępnych w cyberprzestrzeni. Również oni stanowią łatwą do wyróżnienia grupę, tworzącą specyficzne elementy kultury.

SŁOWO NA PAPIERZE

Wśród czasopism poświęconych szeroko rozumianej tematyce komputerowej i internetowej spektrum poziomów jest szerokie – od najwyższego (niektóre periodyki specjalistyczne) do popularnego. W przeważającej mierze są redagowane porządnie, z poszanowaniem standardów przyjętych dla słowa drukowanego. Zdarzają się od czasu do czasu drobne figle chochlika drukarskiego, ale z reguły teksty pisane są poprawnym językiem. Scripta manent – świadomość tego faktu skłania redaktorów do pracy, czasem ciężkiej (o czym miałem okazję przekonać się na własnej skórze, m.in. pracując krótko w redakcji jednego ze znanych czasopism komputerowych), w rezultacie której czytelnik dostaje teksty językowo strawne, prawie niezależnie od zdolności autorów czy tłumaczy do posługiwania się językiem ojczystym. Między piszącym a czytającym stoją ludzie, których zadaniem jest dbałość o formę, a często i treść.

W szerszej perspektywie zainteresowanie komputerami, owocujące czytaniem magazynów poświęconych temu tematowi, przyczynia się do wzrostu czytelnictwa (nad spadkiem którego ubolewano od dawna), a to z kolei podnosi poziom kultury słowa. Ciekaw jestem wyników badań nad wpływem zainteresowań komputerowych młodzieży na jej sprawność językową. Mam nadzieje, że takowe zostaną kiedyś przeprowadzone.

Sprawą odrębną jest zawartość merytoryczna pism. Wiele zależy tu od założonego profilu, kręgu czytelników, do których pismo jest adresowane itp. Jednak nie te problemy są przedmiotem niniejszego tekstu.

SŁOWO W INTERNECIE

Przed kilku laty na tych łamach opisywałem pożytki płynące z powszechnego dostępu do Internetu. Jednym z ważnych skutków, jakie niesie on ze sobą, jest odwrócenie tendencji do rozpowszechniania się wtórnego analfabetyzmu, o czym przed paru laty alarmująco informowały media. Ponieważ komunikacja w Sieci oparta jest (jeszcze) przede wszystkim na przekazie tekstowym, aktywny internauta musi umieć sprawnie operować słowem. Im doskonalej to czyni, tym lepiej jest postrzegany w cyberkosmicznej społeczności. W Internecie – jak piszesz, tak cię widzą. Zawartość treściowa poczty elektronicznej, grup nowinek (newsgroups), jak również większości stron WWW przekazywana jest poprzez słowo pisane. Obrazy, dźwięki czy sekwencje filmowe stanowią wciąż jeszcze jedynie uzupełnienie. Oczywiście, w niektórych tematach język odgrywa pośledniejszą rolę, ale dotyczy to nielicznych obszarów internetowej rzeczywistości. Podsumowując, wydawało mi się, i niejednokrotnie dawałem temu wyraz, że wraz z upowszechnieniem dostępu do globalnej sieci będzie rosła „alfabetyzacja” internautycznej społeczności.

W pewnych „kanałach” komunikacji sieciowej zaobserwować można specyficzne zjawiska subkulturowe, znajdujące wyraz w sposobie używania języka. Dla nowicjusza, pojawiającego się w tym świecie, zrozumienie niektórych wypowiedzi na IRC (Internet Relay Chat) lub grupach nowinek stanowić może dużą trudność. Specyficzne słownictwo, używane skróty czy „przesunięcia” semantyczne niejednokrotnie bywają przyczyną konfuzji. Pomocy szukać można w słownikach internetowego żargonu, dostępnych – jakże by inaczej – w Sieci.

Charakter komunikacji poprzez Internet bliższy jest porozumiewaniu się za pośrednictwem słowa mówionego niż pisanego. Wypowiedzi są zwykle bardziej spontaniczne, a co za tym idzie – swobodne w formie, nie „cyzelowane” tak bardzo, jak teksty pisane na papierze. Ten fakt, jak również pełna wolność i równość internautów w cyberspołeczeństwie sprawia, iż nietrudno natrafić w Sieci na „kawałki”, które zjeżyłyby włos na głowie każdego belfra-polonisty. Na porządku dziennym są tu błędy ortograficzne (czasem czynione świadomie, np. w przypadku zastępowania liter ze znakami diakrytycznymi literami łacińskimi, odpowiadającymi równobrzmiącym głoskom) i błędy gramatyczne.

OCZAROWANIE I ROZCZAROWANIE

Wyrażone powyżej nadzieje, związane z podnoszeniem kultury językowej, a i kultury w ogóle, za sprawą rozpowszechniania zainteresowań komputerami i Internetem, zostały we mnie ostatnio nieco zachwiane. Oto wpadł mi w ręce produkowany przez wielki koncern wydawniczy kolorowy magazyn, poświecony szeroko pojętej tematyce Internetu i WWW. Zacząłem czytać bez uprzedzeń, a nawet z pewną dozą apriorycznej sympatii, z racji własnych zainteresowań poruszanymi zagadnieniami. Jednak w trakcie lektury czułem coraz większy niesmak. Część z zamieszczonych tam tekstów reprezentowała poziom językowy (i merytoryczny) kiepskiego ucznia szkoły średniej. Gdybyż jeszcze była to świadoma stylizacja, „puszczanie oka” do młodego czytelnika. Ale nie. Wygląda raczej na to, że (wymienieni licznie w stopce) redaktorzy sami prezentują taki właśnie poziom albo przynajmniej firmują swymi nazwiskami zawartość pisma, którego nawet nie czytali.

Jeśli bowiem w wysokonakładowym magazynie trafiają się jaskrawe błędy ortograficzne, to osobę wymienioną pod nagłówkiem „korekta” należałoby natychmiast zwolnić z pracy. Jeśli zaś autor nie umie odnaleźć właściwego polskiego określenia kluczowego dla tekstu i często w nim występującego słowa, za to z uporem godnym lepszej sprawy „wciska” czytelnikowi bezsensowne tłumaczenie „dosłowne”, to przynajmniej redaktor powinien spojrzeć do większego słownika lub zapytać kogoś umiejącego odpowiednie dać rzeczy słowo – choćby za pośrednictwem grup nowinek lub poczty elektronicznej. Podobnie głupio wyglądają redaktor do spółki z korektorem, gdy przepuszczają taki „kwiatek”, jak pomieszanie Heroda z Herodotem (to ostatnie można od biedy usprawiedliwić tym, że numer musiał być przygotowywany do druku w okolicy Bożego Narodzenia).

Wspomniane błędy „uchodzą” w luźnej wymianie zdań w Sieci, gdzie najwyżej ktoś wyśmieje autora. Lecz kiedy pojawiają się w druku, mają wydźwięk szerszy i rodzą obawy o poziom reprezentowany przez – zapewne młodych – ludzi, piszących i redagujących teksty w owym magazynie i przezeń propagowany.

Obawiam się mianowicie, że może to być przejaw procesu odwrotnego do wzmiankowanego na początku. Zamiast przenikania wyższej kultury – słowa drukowanego – na obszar komunikacji internetowej, następuje równanie w dół – pospolitość komunikacyjna Sieci zaczyna opanowywać przekaz drukowany. Czyżbyśmy byli świadkami procesu znanego dobrze z ekonomii, opisywanego między innymi przez Kopernika – wypierania lepszego „pieniądza” przez gorszy? Wrodzony optymizm każe mi łudzić się nadzieją, że młodzi ludzie, czytający owo pismo, są w stanie wspomniane błędy zauważyć...

pm@atm.com.pl

Uwagi.