Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 7-8/1998

Psychologia na rozdrożu
Poprzedni Następny

Albo psychologia pozostanie tam gdzie jest, pełniąc funkcję strażnika
w szpitalach psychiatrycznych lub też dostarczając konwersacji i rozrywki
na seansach terapeutycznych, albo odważnie przyzna, że "problem"
zdrowia i choroby umysłowej jest dziedziną umysłu, myśli, filozofii.

Piotr Skórzyński

Fot. Stefan CiechanTrzeba się umieć zatracić na czas pewien, jeśli się chcemy nauczyć czegoś od tego, czym sami nie jesteśmy. Dzisiaj mówimy nie o zatraceniu, lecz o otwarciu, ale wydaje się, że to jednak Nietzsche (autor powyższego) trafił w istotę rzeczy. Otworzyć się na nowość to zawiesić na moment to, co stare. Ale jak daleko posunąć się dzisiaj, by zachować ciągłość, by zachować tożsamość? Jak dalece można się zmienić, by jeszcze pozostać sobą?

BEZPIECZEŃSTWO I ROZKOSZ

Jest to jedno z najtrudniejszych pytań filozoficznych. Filozofem zostaje zwykle ten, kto szuka w zmienności życia tego, co stałe - stąd olbrzymie kłopoty, jakie filozofom starożytnym stwarzało samo pojęcie ruchu. Melissos z Samos, twórczy kontynuator dzieła Parmenidesa, zadaje pytanie, które 2 tysiące lat później powtórzy Pascal: Skoro wszystko się zmienia, to jak możemy stwierdzić, że jest jeszcze tym, czym było na początku? Buddyzm i egzystencjalizm odpowiadają: Nie możemy, człowiek nie jest układem statycznym, lecz dynamicznym - nie "jest" lecz "staje się". Egzystencjalizm zadłużył się tu u Williama Jamesa, który pod koniec XIX wieku uznał świadomość nie za sieć idei, lecz za potok uczuć i myśli. W podobnym kierunku szły rozważania Wasylija Rozanowa, tylko o cztery lata późniejsze od Jamesowskich Zasad psychologii z 1890 roku. Na marginesie analizy twórczości Dostojewskiego, pisał on: Można właściwie zaryzykować twierdzenie, że człowiek genialny po prostu żyje, podczas gdy inni tylko istnieją. Oznacza to, że w każdej chwili jest inny, stan jego ducha nieustannie się zmienia, choć przenikanie jego serca przez świat doczesny nie pozostawia żadnych dostrzegalnych śladów. Byłaby to zatem cecha pobudliwości - i wrażliwości zarazem. Ale Roznanow pisze, że musi to powodować także zmienność.

Ta heraklitejska tradycja, którą na początku XX wieku podjął Bergson - "rzeczy nie są, lecz się stają" - w psychologii pojawiła się w postaci teorii Harry'ego Sullivana. Przyjął on schopenhaeurowski dualizm motywacji, dostosowując go do terminologii freudowskiej: w jego ujęciu są to równoważne potrzeby bezpieczeństwa i rozkoszy. Jego analiza potrzeby bezpieczeństwa jest jednak znacznie głębsza niż poprzednio: wykazał on mianowicie, że poczucie bezpieczeństwa jest właśnie poczuciem, czyli uczuciem, że nie zależy od rzeczywistego zagrożenia, lecz od tego, na ile jesteśmy zintegrowani z człowiekiem lub grupą, które są dla nas autorytetami. Sullivan zwrócił także uwagę na niedoceniany przez psychoanalityków wpływ grupy rówieśniczej w procesie pokwitania i dojrzewania. Badania, które poszły w tym kierunku (Piageta i innych) wykazały, że freudowska koncepcja Superego musi zostać rozszerzona o wkład, jaki w osobowość dziecka i nastolatka wnosi świat jego przyjaciół i kolegów. W psychologii amerykańskiej przeważa obecnie pogląd, że te dziecięce i nastoletnie przyjaźnie i rywalizacje trzeba uznać za równie ważne, co nakazy i zakazy autorytetów dorosłych.

I właśnie psycholodzy ze Stanów Zjednoczonych zaczęli gromadzić dowody na prawdziwość starej tezy Montaigne'a: Nie znam naturalniejszej żądzy niż żądza poznania. W badaniach na szczurach okazało się, że osobniki przyzwyczajone do wykonywania ćwiczeń a potem ich pozbawione, jeżeli dać im wybór między pożywieniem a wykonaniem ćwiczenia, zdecydują się raczej na głód niż - jak by powiedział Schopenhauer - na nudę. Co więcej, postawa ta przejawiała się przez całe ich życie, chociaż ów początkowy intensywny trening miał miejsce w ich młodości. Z kolei fizjolodzy zaczęli bardziej szczegółowo badać zjawisko stresu, które w naukowym znaczeniu tego słowa znaczy po prostu silny lub stały bodziec (przeciążenie, które potocznie nazywamy właśnie stresem, nosi w terminologii fizjologicznej nazwę dystresu). Okazało się, że bardzo trudno tutaj o jakieś normy, które odnosiłyby się do wszystkich ludzi. Jak pisze prof. Elżbieta Fonberg, u niektórych ludzi stres może wywołać reakcje tak ogólne, że przestraja cały organizm, a więc może działać leczniczo na różne choroby. Wreszcie przeprowadzone pod koniec lat siedemdziesiątych badania Mai Pines wykazały, że trzeba porzucić stereotypy o umierających na zawał biznesmenach i politykach, "zestresowanych" swoją aktywnością. Wyszło na jaw, że właśnie ludzie z inicjatywą, pracujący "na swoim" lub na stanowiskach, które dawały im prawo do samodzielnych decyzji, byli mniej zagrożeni zawałami czy wrzodami. Jak czytamy w "Psychology Today" (XII 1980), ludzie odporni na stres mają specyficzny zespół postaw wobec życia - otwartość za zmiany, poczucie zaangażowania w to, co robią, odwagę w podejmowaniu ryzyka, braku lęku przed nowymi doświadczeniami.

LUDZIE JAK PSY

Długą drogę odbyli psycholodzy, by uznać te wartości. Choć dzisiaj wydaje się to dziwaczne, to jednak ta "nauka o duszy", by dosłownie przetłumaczyć jej grecką nazwę, aspirowała z początku do statusu zoologii czy fizjologii. Usiłowanie przeniesienia terminów i metodologii z tamtych nauk na grunt psychologii spowodowało sytuację, dla której najlepsze określenie to tragifarsa. Część farsowa czy może lepiej groteskowa, to te wszystkie teorie, które człowieka traktowały jak minerał czy co najwyżej roślinę - mam na myśli oczywiście cały nurt behawiorystyczny. Nie warto wracać do tego zamkniętego już (miejmy nadzieję) rozdziału: na nasze potrzeby wystarczy przypomnienie, że behawioryści uznali za fundamentalne doświadczenie Pawłowa na temat wzbudzania odruchów warunkowych u psów i beztrosko przetransponowali je na ludzi. (Sam Pawłow, oddajmy mu sprawiedliwość, patrzył na to z pewnym niepokojem - zwłaszcza jeśli chodzi o "behawiorystów" z CzeKa. Nigdy bym się nie odważył - powiedział - robić z psami tego, co bolszewicy robią z ludźmi). Sprowadzając psychikę do zespołu uwarunkowań, zanegowali istnienie natury ludzkiej i ogłosili całkowitą podatność człowieka na bodźce. Jak łatwo zauważyć, zgadzało się to bardzo dobrze z marksizmem, toteż wulgarny behawioryzm stał się jedynym prądem psychologicznym tolerowanym w ZSRR. Kiedy w latach trzydziestych badania psychologii rozwojowej wykazały zbieżność pewnych fantazji dziecięcych, niezależnie od środowiska, w jakim się wychowały, władza radziecka uznała to za tak poważne zagrożenie, iż poświęciła temu tematowi specjalne posiedzenie Biura Politycznego WKP(b) i potępiła ów kierunek za to, że zamazuje różnice klasowe dzieci. Badania psychologiczne nad dziećmi zostały praktycznie zakazane, a psycholodzy radzieccy, którzy się nimi zajmowali zostali - normalną wówczas koleją rzeczy - zlikwidowani fizycznie.

Behawioryzm doszedł nieuchronnie do zanegowania całej duchowości człowieka w dziele B. Skinnera, zatytułowanym z godną podziwu szczerością Poza wolnością i godnością. Jest to dalszy ciąg behawioralnej utopii, którą Skinner zarysował wcześniej w książce Walden Two. Dla historyka utopii niewiele jest tam rzeczy nowych; w sumie jest to poprawione wydanie Prawdziwego chrześcijaństwa Babeta (z lat czterdziestych XIX wieku): jednego z pierwszych komunistów. Projekt Skinnera spotkał się na szczęście z tym, na co zasługiwał: zdumieniem i pobłażliwością dla ostatniego już niedobitka potężnego niegdyś ruchu.

WIĘCEJ Z FILOZOFII

Nie behawioryzm jednak jest winien temu, co uderza obserwatora i historyka psychologii dwudziestowiecznej: to znaczy relatywizmu moralnego. Psychologia, z chwilą gdy zaczęła burzyć stereotypy epoki wiktoriańskiej, rozstała się też z jej moralnością. Niestety, na jej miejsce nie stworzyła własnej. Naturalnie, psychiatrzy uważali się za lekarzy i, zgodnie z dogmatem medycznym, starali się chronić życie pacjentów. Przynajmniej tak się tłumaczą przedstawiciele psychiatrii krajów niemieckojęzycznych, gdy pada pytanie o ich rolę w I wojnie światowej i okresie hitlerowskim. Prawda bowiem wygląda tak, że wszyscy nie tylko poparli imperializm niemiecko-austriacki, a potem nazistowski, ale często służyli uzasadnieniami ideologicznymi. Jeszcze haniebniej zachowali się ich koledzy w 1971, kiedy to na Światowym Kongresie Psychiatrycznym odmówiono nawet zbadania praktyk sowieckich dotyczących umieszczania dysydentów w szpitalach psychiatrycznych i torturowania ich (to strona sowiecka nazywała leczeniem).

Zauważmy jednak, że dla szkoły, która przyjęła spencerowską interpretację inteligencji jako funkcji przystosowawczej do otoczenia, dysydenci (nie tylko radzieccy) byli rzeczywiście chorzy. Spencer przestał już być oficjalnym autorytetem, ale jego przekonanie o przewadze czynnika emocjonalnego nad intelektualnym w psychice ludzkiej, nadal jest aksjomatem dla bardzo wielu psychologów. Trzeba ich usprawiedliwić: nauczono ich, że człowiek jest tylko bardzo specjalnym gatunkiem zwierzęcia. Negując to, musieliby zanegować nie tylko swoje autorytety, ale samemu próbować dociec prawdy. A tego nikt od nich nie wymagał. Trzeba byłoby po prostu przyznać, że psychologia ma więcej wspólnego z filozofią niż z biologią, że człowiek nie jest po prostu specyficznym zwierzęciem, że istnieje być może coś, co go od zwierzęcia odróżnia definitywnie: tylko jemu właściwa natura ludzka. Albowiem - jak trafnie, choć niezbyt odkrywczo zauważył Rollo May - posiadanie koncepcji natury człowieka umożliwi rozwiązanie problemu zdrowia i choroby.

PRZENIKLIWOŚĆ KAPRALA

Tak to właśnie wygląda. Albo psychologia pozostanie tam, gdzie jest - pełniąc funkcję strażnika w szpitalach psychiatrycznych w wypadku pacjentów ubogich lub też dostarczając konwersacji i rozrywki zamożnym pacjentom na seansach terapeutycznych wszelkiego rodzaju - albo odważnie przyzna, że "problem" zdrowia i choroby umysłowej jest dziedziną umysłu, dziedziną myśli, dziedziną filozofii.

Czytelnicy, którzy nie lubią ostrych sądów, wysuną tu zastrzeżenia: Czy jednak, spytają, psychologia w swojej powszechnej działalności, nie jest pożyteczna. Weźmy na przykład testy... Weźmy. Testy psychologiczne czy, jak wolą je niektórzy nazywać, "psychometryczne" (szczególnie behawioryści byli dumni z tego terminu; najważniejszy jest dobór naukowo brzmiących słów) po raz pierwszy zyskały szerokie użycie w US Army w czasie II wojny światowej. Szczególnie wiele obiecywano sobie po nich przy selekcji komandosów do akcji specjalnych. Niestety, oczekiwania nie sprawdziły się. Jak relacjonuje prof. Fonberg: Okazało się, że prognozy co do ich postawy w czasie akcji były dokładnie odwrotne niż ich rzeczywiste zachowanie. Przy tym, im wyższy był status naukowy i staż badającego psychologia, tym większy procent błędów. Natomiast prości sierżanci umieli "od ręki" ocenić cechy psychologiczne danego rekruta.

Niewiele lepiej powiodło się testom w "sektorze cywilnym". Po początkowym entuzjazmie przyszło otrzeźwienie. W 1950 roku John Guilford, ówczesny przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego wykazał, że ludzie o samodzielnym i niepospolitym sposobie myślenia zawodzili w potocznych testach inteligencji, ponieważ nie zakreślali czy nie pisali tego, czego oczekiwano, lecz rozumowali według własnych pojęć. W rezultacie, spośród badanych właśnie jednostki o umyśle twórczym nie były wychwytywane i o odpadały przy sprawdzianach (Robert Jungk, Człowiek tysiąclecia).

RATOWANIE SENSU

Psychologowie nie mogą dłużej mamić siebie i innych, że są po prostu lekarzami i przyrodnikami. Muszą spojrzeć w twarz prawdzie. Obciąża ich 3 tysiące lat filozofii i zaprzeczając temu dziedzictwu skazują się na wymarcie. To prawda, że filozofować nie jest dzisiaj łatwo. Ale kiedy było? Toteż prawdziwy rozwój psychologii może się zacząć dopiero wtedy, gdy psychologowie przyznają, że ich kondycja nie różni się od położenia każdego myślącego i wrażliwego człowieka. W krajach pozostających pod władzą komunistów było to szczególnie oczywiste i pewnie dlatego właśnie tu sformułowana została - piórem Jadwigi Horn - ta prosta i głęboka zarazem konkluzja, w pierwszym numerze podziemnego pisma "Karta": Nie jest w mocy psychologa przywracać światu, w którym żyje, jego ludzkiego oblicza; skoro jest to świat, w którym morduje się podstawowe prawa jednostki i ludzi. Jeśli chce zachować moralną i intelektualną uczciwość - zacząć być może powinien od uznania bezradności psychologii i absurdu jej uprawiania. Stawką, o jaką toczy się gra, a w której udział bierzemy my wszyscy, nie jest zachowanie zdrowia psychicznego, ale ratowanie i uzasadnianie - wbrew wszystkiemu - głębokiego, człowieczego sensu życia.

Myślę, że te dwa ostatnie pojęcia są bliźniacze. Tylko jeśli widzi się jakiś sens w swoim życiu, można nie bać się obłędu lub rozchwiania psychiki. I psychologia godna swego starożytnego miana musi podjąć te właśnie "nienaukowe", najważniejsze pytania: po co, dlaczego i za jaką cenę warto żyć.

Uwagi.