Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 1/1999

Dlaczego kultura studencka?
Poprzedni Następny

Najpierw trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co to jest kultura studencka,
porozmawiać z filozofem, socjologiem, antropologiem kultury,
potem dopiero zastanawiać się, czy jest o czym mówić.

Joanna Giza-Stępień

Co kryje się pod tą enigmatyczną, pełną patosu etykietą? Przyklejono ją w 1956 roku, kiedy w nowomowie komunistycznej propagandy pojawiła się kultura chłopska, robotnicza, inteligencka, studencka, wojskowa itp. Nierzadko rodziły się imprezy studenckie poczęte z mezaliansu idei artystycznej studentów i zatroskania władz lokalnych o wizerunek regionu. Kabarety, trupy teatralne, grupy literackie i muzyczne, przekraczały nieomal granice niemożliwego, napełnione duchem tworzenia wbrew panującemu katastrofizmowi, zresztą po raz kolejny - ocalającemu. Po latach wyniszczającego totalitaryzmu młodej Polsce potrzebna jest psychoterapia i artyści - ci bowiem w leczeniu ludzkości sztuką osiągnęli najlepsze rezultaty. Niepokoi jednak stan młodej kultury studenckiej. Na łamach wielu pism, wśród wielu dziennikarzy, twórców i naukowców rozgorzał spór o istnienie kultury studenckiej i jej kondycję. Niestety, w tej krytyce brakuje niezbędnej dawki konstruktywizmu. Korzystając więc z okazji, dorzucam swoje szczecińskie trzy grosze. O opinie na temat wizerunku dzisiejszego środowiska studenckiego i problemów z nim związanych poprosiłam studenta i działacza studenckiego, szefów klubów studenckich, kierownika teatru alternatywnego o randze światowej, kierownika teatru młodzieżowego i animatora kultury.

WALDEMAR KULPA
kierownik Studenckiego
Centrum Kultury "Kontrasty"

Czas studencki, z racji, iż jest czasem świadomych wyborów, powinien być w życiu człowieka okresem twórczym. Kultura studencka nie może zależeć od kultury politycznej w kraju. Odpowiedzialnością za nią obarczyłbym głównie organizacje i kluby studenckie. Zamiast nich powstaje jednak coraz więcej dyskotek i pubów. W Szczecinie nie mamy jeszcze powodów do narzekania, tutaj robimy stosunkowo najwięcej. Jednakże zagrożenie może pochodzić z innej strony. W związku z tym, że kluby są prywatne, charakter ich zależy od sentymentu prowadzącego, od umowy, jaką podpisuje.

Trwa impas. Widać go na przykładzie pantomimy działającej w klubie od lat. Kiedyś przyciągała obiecując promocję, rozwój, wyjazdy, pracę. Dzisiaj nowej garstce pasjonatów zapału wystarcza na 3 miesiące. Dość spojrzeć na dogorywającą Famę czy szczecińskie Juwenalia. Wygasła tradycja organizowania warsztatów przed eliminacjami do konkursów, przeglądów, festiwali. Ciekawostką będzie, jeśli wspomnę, że prowadzone przeze mnie od lat szczecińskie eliminacje do Famy skończyły się, gdyż Warszawa przestała być zainteresowana ludźmi ze Szczecina - wystarczają laureaci Yapy, ludzie z Krakowa i Warszawy. A poza tym, po co tworzyć nową kulturę, jeśli można jeszcze odgrzać starą?

Z drugiej jednak strony, czy student ma potrzebę tworzyć i poprzez sztukę wyrażać siebie, jednoczyć się z pokoleniem? Ludzie szukają ambitniejszej muzyki, głośno śpiewają stare, dobre "kawałki" studenckie, czują się tutaj dobrze, wypełniają klub po brzegi, jednak rzadko uprawiają własną twórczość. Dziwię się, bo jest wolna sala, są możliwości. Przez wiele lat odbywał się w klubie konkurs poetycki z odczytami szczecińskich poetów. Dwa lata temu obchodziliśmy 70-lecie. Jednak nie ma komu przejąć pałeczki, brak kontynuatorów. Nie widać też na korytarzach klubów i akademików studentów z gitarą czy z książką. Dzisiejszy student albo przesiaduje w pubie prowadząc ciemne interesy, albo gdziekolwiek, nad stolikiem z obiecująco usypaną ścieżką, i chociaż jest wśród nich wielu chcących tworzyć, to ochota kończy się z reguły na deklaracjach. Studenci przestali nawet ostatnio pytać o pracę umysłową w klubie - interesuje ich tylko odpłatne sprzątanie, mycie, czyszczenie.

Fot. Joanna Giza-StępieńDAREK C. STARTEK
szef artystyczny
klubu Politechniki Szczecińskiej "Pinokio"

O kulturze studenckiej trzeba mówić wyłącznie w kategoriach historycznych. Powinniśmy raczej mówić o tym, jak odnowić, stworzyć kulturę studencką na miarę czasu obecnego, bo przecież kultury nie można powielić i postawić na półce obok tej z lat 60., 70., 80. Trzeba wieloletniej pracy, aby pewne zjawiska nabrały wymiaru ponadjednostkowego, kulturowego.

Kultura to słowo, którego nie lubię, bo nabrało pejoratywnych konotacji, wymaga faktów, nie dyskusji. Kultury nie tworzy się na zamówienie, jest nieodłączna człowiekowi. Zamiast wypowiadać się na jej temat działam, aby ludzi w wieku edukacyjnym zupełnie nie odhumanizować. Obcowanie z czymś, co ma głębszy wymiar niż konsumpcja, proza życia, zabieganie o kasę i o sukces, jest niezbędne, bo na tym można się oprzeć, a struktura i charakter tegoż określa naszą kulturę.

Mój ośrodek służy więc misji odkrywania młodych ludzi. Nikt nikogo nie chce nawracać na piosenkę studencką, teatr awangardowy czy ambitną literaturę, na człowieka współczesnego. W końcu student to też człowiek. Z tej perspektywy trudno sobie wyobrazić, by kominiarze mieli swoją kulturę. Przedstawiamy więc studentowi sprawdzone oferty. Jest więc śmiech i poezja, muzyka lekka i przyjemna oraz jazz na najwyższym, światowym poziomie. Poza tym: turnieje wydziałowe, imprezy sportowe, branżowe i środowiskowe. Oczywiście, zarabiamy na imprezach masowych, ale ostatnio i te elitarne, deficytowe imprezy, bywa, zarabiają na siebie. Jeżeli więc włożymy w organizację maksimum perfekcji, wszystko może się udać. Klub jest otwarty na wszystkie działania związane z kulturą studencką, dające się tutaj zrealizować. Od niedawna oswajamy się z działalnością literacką, którą zainicjował znany w Szczecinie animator kultury Jurek Drechsler; zaraził nimi młodych ludzi, zaprosił i zachęcił do prezentacji. Ale potrzeba więcej takich zapaleńców. Przed laty z klubem związał się na wiele lat alternatywny teatr Kana - pragniemy i te kontakty teatralne wskrzesić, w związku z tym zaprosiliśmy do współpracy początkujący teatr Orlando. Nie zmienię konsumpcyjnego i konformistycznego stylu bycia studenta, mogę jedynie pomóc znaleźć się w jego otoczeniu wszystkim zagubionym i poszukującym czegoś więcej.

PIOTR MUSZYŃSKI
kierownik Centrum Kultury
Studentów "Trans"

Kultura studencka do hasło, które nie bardzo ma zastosowanie w dzisiejszych realiach. Środowisko studenckie kiedyś było zwarte, dzisiaj, z racji rozwoju mediów i innych nowinek technicznych, rozproszyło się. Oczywiście, nie ubolewam nad faktem rozwoju, ale nad kosztami, jakie za to trzeba płacić. Student nastawiony jest konsumpcyjnie do życia, jest leniwy, nie chce się zmieniać. Trzeba dać mu dyskotekę, stare i nowe kawałki, tanie piwo. A działania klubu nie mogą uderzać w próżnię. Mam w "Transie" salę, gdzie można stworzyć pracownię malarską, fotograficzną, teatralną czy uprawiać inną formę sztuki, nikt się tym jednak nie interesuje, ciągle wszystkim brakuje czasu. Wobec tego klub spełnia najczęściej rolę kulturalnej pijalni piwa po godzinach i w weekend. Nie ma spontanicznej twórczości wśród młodych ludzi, nie licząc pojawiającej się zawsze garstki na wymarciu.

W zeszłym roku organizowałem po raz drugi giełdę piosenki do eliminacji na Festiwal Piosenki Studenckiej w Krakowie i, chociaż ta impreza ma w Szczecinie kilkuletnią tradycję, nikt się nie zgłosił. Bardzo nie lubię takich pojęć, jak poezja śpiewana, kultura studencka etc., bo one z reguły nie mają pokrycia w rzeczywistości, a ograniczają się do działań mających ożywić trupa czegoś, co umarło śmiercią naturalną. Kultura studencka, myślę, funkcjonuje w świadomości społecznej, w języku, bo ludzie przyzwyczajają się do słów nie rozumiejąc ich. Stąd slogany.

Moja praca polega m.in. na opłacaniu rachunków klubu, pilnowaniu napraw, zapraszaniu wykonawców i twórców, z którymi mam bezpośredni kontakt, sprawdzaniu, czy nie zabrakło pasty do podłogi, zamawianiu nowych muszli klozetowych, jeśli stare się rozpadły. A wobec kultury nabieram pokory i czekam. Gdy pojawiło się wśród studentów zapotrzebowanie na styl techno, odnotowałem je jako część składową kultury studenckiej. Wszystko, co dotyczy studenta jest, moim zdaniem, częścią jego kultury - również zestawy w McDonaldzie czy KFC - ale wolałbym to określenie zarezerwować wyłącznie dla mojego pokolenia. Dzisiaj już nie udają się imprezy organizowane małym nakładem i przy pomocy wyobraźni. Prędzej można oczekiwać żenady. Czasami wydaje mi się, że nie ma poetów, choć jeszcze ciągle istnieje poezja, ale na pewno to nie jest poezja pokolenia frugo.

DARIUSZ BARANIK
członek ZSP w Szczecinie,
student USz.

Na pewno Szczecin nie jest pustynią kulturalną, mówię to z całą odpowiedzialnością za słowa. Byłem niedawno w miejscach odwiedzanych chętnie przez studentów w Krakowie i w Warszawie - nie porażały, chyba tylko podobieństwem pewnych nastrojów. W Szczecinie jedynym klubem, który może zaproponować mi coś ambitnego przez cały tydzień i podczas wakacji, są "Kontrasty". Tutaj mam "Bal Starej Płyty", muzykę filmową, muzykę z Zielonej Wyspy, piątkową "Śmierć dyskotece" - imprezę alternatywną dla disco i techno, muzykę latynoamerykańską. "Kontrasty" przygarniają wszystkie niechciane dzieci USz., który mimo iż jest tu największą uczelnią, nie posiada własnego klubu, a na istniejące nie chce dokładać pieniędzy. Inna sprawa, że nikt nie chce. Jedynymi stałymi sponsorami kultury studenckiej są: przemysł tytoniowy, gorzelniczy i browarniczy. W kulturę studencką nie chcą inwestować również media. Trudno o stały etat w gazecie studenckiej, na zmonopolizowanym przez stacje katolickie i komercyjne rynku radiowym nie ma miejsca na radio studenckie, alternatywne, a po świetnym ARP nie ma śladu. Podobnie z mediami telewizyjnymi, gdzie zrezygnowano z naszego cyklu programów "Bez żaluzji", na korzyść antenowego czasu dla rodzinnych spotkań katolickich. Później zaś dyskutuje się w mediach nad poziomem naszej kultury, surowo ją oceniając.

Myślę, że problem leży nie tylko po stronie instytucji, ale również ludzi. Jest to kwestia małej otwartości na młodzież pracowników naukowych, którzy zza pieniędzy nie widzą już potrzebującego ukierunkowania młodego człowieka. Kiedyś sama sytuacja społeczno-polityczna umożliwiała dialog pokoleniowy, a co dzisiaj może łączyć, niezależnie od wieku i statusu społeczno-zawodowego? Tylko pasje i problemy. I chociaż uczelnie przyjmują coraz więcej młodych ludzi, każdy z nich jest na studiach osobą anonimową. Chcielibyśmy tę sytuację zmienić. Stąd obóz adaptacyjny w Międzywodziu, otrzęsiny, bale itp. Na to wszystko jednak sam szukam pieniędzy i nie interesuje mnie wtedy, jaki przemysł reprezentuje sponsor. Lubię działać wśród ludzi, udowadniać na swoim przykładzie, że na studiach nie można się nudzić, marzenia są do zrealizowania, a przysłowiowy garnuszek nie musi być koniecznie fundowany przez rodziców. Marzy mi się sytuacja, kiedy nie będę się wstydził za studenta przed sobą i światem.

 Fot. Joanna Giza-StępieńZYGMUNT DUCZYŃSKI
kierownik artystyczny
Teatru Kana, psychoterapeuta

Nie powinniśmy zastanawiać się nad kulturą studencką, lecz nad kontrkulturą, kulturą alternatywną i różnymi formami czynnej działalności kulturotwórczej. Bo istotne są tylko działania wchodzące w konflikt z ludźmi i ich dynamika. Taką rolę wielkiego buntownika pełni teatr, mając moc przekształcania świadomości młodych ludzi. Kwitowanie kultury studenckiej mianem miernej, nijakiej, jest dowodem na lenistwo umysłowe krytyków. Stoją za tym demony wygodnictwa. To, co się dzieje w klubach studenckich, jest przerażające - prowadzi się działania stereotypowe, wyrastające z kiepskiego rozeznania oczekiwań środowiska. Mających apetyt na wiedzę i dynamikę rozwojową zawsze było mniej, ale to nie oznacza, że można generalizować, że klub studencki ma być emanacją masowych gustów. Próbujemy przeciwdziałać zabiegom wymierzonym we wrażliwszą część społeczności studenckiej, aby ci "Boży popaprańcy", ceniący ambitniejszą muzykę i literaturę, mieli się gdzie i z czym spotkać. Rezygnowanie z takich spotkań jest zabójcze, a zasłanianie się stwierdzeniem, że kultura studencka umarła, to jakby powiedzieć, że wśród studentów umarła wrażliwość. Jeśli szef klubu jest takiej opinii wyznawcą, to zamiast próbować aktywizować działania młodych, powinien podać się do dymisji.

Muszę jednak wspomnieć i o wyjątkach, do których należy Startek z "Pinokia". Jego skromna działka jest uprawiana dobrze i o to przecież chodzi.

W latach 70. i 80. kluby studenckie też nie aktywizowały, ale istniała wspólnota działania, np. idea robienia teatru. Te wspólnoty były transcendentne i transgresywne wobec rzeczywistości. Wierzyły, że są zdolne zmieniać rzeczywistość, choć wiara ta oczywiście była utopią. Dzisiaj takie pseudowspólnoty po kilku spotkaniach umierają. Kiedyś włóczyliśmy się jako teatr od drzwi do drzwi, uciekając przed ubecją, ale nasza wspólnota była silniejsza niż inercja jakiegoś klubu czy głupota jego kierownika. Mieliśmy świadomość pewnego ryzyka i kosztów. Obecnie zauważam dziwny marazm wśród studentów, jakby brakowało im przeciwciał do zwalczania ograniczeń. Przez taką słabość coraz więcej ludzi odkrywa w sobie destrukcję i popada w narkomanię. Godzą się na śmierć. A przecież młodzi ludzie nie powinni zapominać o tym, że wszystko dla siebie muszą wywalczyć, bo nic z góry im się nie należy. Więc jeśli czują się osamotnieni, powinni o tym głośno mówić. Myślę bowiem, że powodem pasywności może być po prostu osłabiony odruch buntu, brak niezgody na rzeczywistość. Dlaczego ekolodzy potrafią przywiązać się dzisiaj do drzewa lub wejść na dach? Czy dlatego, że się nie boją i przeżywają rzeczywisty gniew? Może to właśnie bunt jest koniecznym warunkiem twórczym?

Nie wszyscy jednak godzą się na wygodę, jeśli powstały tak wartościowe młode teatry, jak Teatr Porywacze Ciał, Teatr Biuro Podróży, Manhattan, performance techno w środowisku studenckim Poznania, kolejne teatry uliczne. W Szczecinie coraz lepsze rzeczy robią dwa teatry związane z Kaną: Teatr Kresu Nocy, obecnie zajęty niedokończoną Historią Gombrowicza i Teatr Tańca Butho, prowadzony przez studenta filologii polskiej USz. To wszystko, co się wykluwa w środowisku młodych twórców szczecińskich, pokazujemy podczas corocznego festiwalu teatralnego "Okna". Dzieje się bardzo dużo wśród młodych poszukujących ludzi i mają oni szansę mówić o sobie własnym językiem. Problem tkwi może jeszcze w czymś innym: mianowicie, czy zechcemy tego typu wydarzenia kulturalne nazwać kulturą studencką?

Fot. Joanna Giza-StępieńJERZY DRECHSLER
polonista, poeta, animator
kultury w Szczecinie

Najpierw trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co to jest kultura studencka, porozmawiać z filozofem, socjologiem, antropologiem kultury, potem dopiero zastanawiać się, czy jest o czym mówić. Niestety, obecnie działania prostudenckie należą do rzadkości, a jeśli są, to służą tylko za maskę dla prawdziwej działalności klubu. Jedynym w Szczecinie, który poważnie potraktował mój pomysł zaktywizowania studentów wokół własnej twórczości poetyckiej, był klub "Pinokio". Ale czy te spotkania poetyckie staną się tradycją, czy przetrwają najtrudniejsze pierwsze chwile, zobaczymy. Póki co, wolałbym się nie wypowiadać.

Od lat próbuję przebić grubą powłokę obojętności władz na potrzeby duszy młodego człowieka, z różnym skutkiem. Szczecin jest i będzie chyba w związku z tym jeszcze długo na szarym europejskim końcu. A co otrzymamy po latach, jeśli już dzisiaj nie zaczniemy sowicie inwestować w kulturę studencką? Pustynię kulturalną powiększoną o obszar całego województwa. Chyba że zakupimy dla Szczecina kilka indywidualności ze świata nauki i kultury światowej do wychowania i edukowania młodych, zagubionych pokoleń.

MICHAŁ JÓZEF KAWECKI
psycholog, terapeuta

Kultura studencka była dawniej bardziej kolorowa i atrakcyjna dzięki połączeniu młodości z walką o wolność. Wczorajsza walka o niepodległość została dziś zastąpiona budowaniem dobrobytu i dorabianiem się. To ostatnie bywa na ogół szare i prozaiczne. Kultura studencka jest dziś mieszanką pragmatyzmu, zdobywczości i marzeń przystrzyżonych na jeża. Między dzisiejszymi studentami mniej jest, niestety, ducha solidarności, więcej natomiast rywalizacji i zatomizowania. Dusza pojedynczego studenta nasycona jest sporą dawką lęków egzystencjonalnych i smutków. Z drugiej jednak strony, tkwi w studencie ogromny potencjał energii, pracowitości, trzeźwości i myślenia, pędu ku wiedzy. Ambicje i aspiracje obecnych studentów są śmielsze i konkretniejsze, lecz ograniczają się często do dóbr materialnych. Owa "materializacja" dzieje się ze szkodą dla rozwoju duchowego młodych ludzi, tracą oni bowiem związek z kulturą narodową i tradycją. Kultura budowana bez szacunku dla własnych źródeł jest skazana na wegetację i ślepe, bezkrytyczne naśladownictwo cudzych wzorów. Moja zatem recepta: powracać stale do źródeł i jednocześnie być otwartym na świat i Europę.

O kulturze studenckiej mogę mówić przez pryzmat problemów młodych ludzi zgłaszających się do mnie. Najczęściej są to nerwice, nierzadko spowodowane brakiem korzeni, wspólnoty z innymi młodymi ludźmi. Tak wygląda sytuacja np. z dziećmi byłych rodzin komunistycznych. To czasami nie mniejszy problem od alkoholowego czy narkotykowego. Młody człowiek czuje się nieszczęśliwy i całą odpowiedzialnością za to obarcza magię swojego rocznika. Myśli, że brak siły przebicia, niewiara, bezskuteczna pogoń za sukcesem czy marzeniami, to wynik jakiegoś fatum ciążącego nad jego życiem. Okazuje się jednak, że po prostu zabrakło w jego domu hierarchii wartości, że nie wzrastał w duchu cnót narodowych, chrześcijańskich czy humanistycznych. I to wystarczy, żeby czuć się wyalienowanym ze swojego środowiska. Problemem jest więc chociażby brak wspólnych ideowych korzeni, z jakich wyrastały nasze marzenia o wolnej, szczęśliwej Polsce.

Podsumowując tę dyskusję chciałabym wszystkich uspokoić i zachęcić. To dobry moment, aby pozwolić nowemu pokoleniu studentów na stworzenie własnej tożsamości kulturowej. Zdejmijmy więc z nich ciężar przeszłości, a może świadomość próżni, w jakiej tkwią, okaże się najskuteczniejszym impulsem twórczym, pobudzi do walki, chociażby z wiatrakami. A tak na marginesie, o co mi właściwie chodzi?

Uwagi.