Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 10/1999

Nie wyrzucać indeksów
Poprzedni Następny

Można odnieść wrażenie, że dydaktyka jest traktowana jako niefortunny, 
a nawet przeszkadzający dodatek do działalności naukowej.

Paweł Tarczyński

Wiele już powiedziano na temat nauki, jej złej kondycji finansowej i rozlicznych problemów, które jej dotykają, a których nie ma sensu tu wymieniać, gdyż i tak wszyscy zainteresowani je znają. Na łamach „Forum” ukazało się mnóstwo artykułów, które poruszały problematykę nauki w różnych aspektach. Niestety, ostatnio zabrakło omówienia sprawy bardzo istotnej, która w prasie akademickiej także jest praktycznie pomijana, mianowicie kwestii dydaktyki w uczelniach wyższych. A jest to przecież problem sam w sobie.

Zajęcia ze studentami absorbują sporo czasu pracownikom naukowym, zarówno tym, którzy chcą, żeby ich praca stała na wysokim poziomie i którym zależy na tym, aby studenci z tych zajęć coś wynieśli, a nie przysypiali w ławkach, jak i tym, którzy dydaktykę traktują tylko jak dokuczliwy obowiązek. I tu pojawia się pierwszy problem. Nie od dziś wiadomo, że nie każdy ma predyspozycje bycia nauczycielem czy wykładowcą. Nie wszyscy mają ten „dar”, który pozwala przekazywać wiedzę, w sposób prosty, przyswajalny i zrozumiały, a jednocześnie interesujący. Każdy z nas podczas studiów poznał bezpośrednio kilkunastu lub kilkudziesięciu wykładowców, od asystenta poczynając, na profesorze kończąc. Wśród tej mozaiki stylów prowadzenia ćwiczeń i wykładów zdarzały się z pewnością osoby, o których śmiało można powiedzieć, że były dobrymi dydaktykami, ale pojawiali się też tacy, którzy – mówiąc oględnie – minęli się z powołaniem. Zajęcia u tych ostatnich nie były niczym przyjemnym, wręcz przeciwnie – potwierdzały tezę, że nie każdy dobry naukowiec może być dobrym dydaktykiem (zresztą może być też odwrotnie). Oczywiście, ideałem są tacy pracownicy naukowo-dydaktyczni, którzy potrafią połączyć jedno z drugim. Na szczęście tych ostatnich można jeszcze wielu znaleźć w uczelniach.

STUDENT ZNERWICOWANY

Kryterium przyjęcia do pracy w uczelni stanowią osiągnięcia naukowe. Na predyspozycje dydaktyczne nikt nie patrzy. Nikt nie sprawdza przygotowania do pracy ze studentami kandydata na nauczyciela akademickiego. Nie ma w zwyczaju prowadzenia badań psychologicznych, które mogłyby – przynajmniej w pewnym stopniu – wyeliminować ludzi nie nadających się do pracy dydaktycznej. Tymczasem, gdy taki kandydat zostanie przyjęty, wszystko zależy tylko od niego. Bez względu na to, jak wygląda jego działalność dydaktyczna, przedłużenie umowy o pracę zależy od zrobionego w terminie doktoratu czy habilitacji. A że w międzyczasie taka osoba doprowadziła na przykład do nerwicy kilkunastu studentów, to sprawa mało istotna.

Problem jakości dydaktyki jest szczególnie widoczny w grupie asystentów. Zatrudniani w uczelniach świeżo „upieczeni” magistrowie zaczynają pracę ze studentami praktycznie bez żadnego przygotowania dydaktycznego. Pozostaje im intuicja, wyobraźnia oraz przygotowanie merytoryczne. Do wszystkiego muszą dochodzić metodą prób i błędów. Co jednak istotne – niektórzy wykładowcy swych błędów dydaktycznych nie niwelują nawet po kilkunastu latach pracy, co wynika z tego, że albo ich nie zauważają, albo nie chcą zauważać.

Niestety, to, że młodzi pracownicy naukowo-dydaktyczni nie są przygotowani do pracy ze studentami, wiadomo nie od dziś. Nic jednak nie robi się, by zmienić ten stan rzeczy. Wręcz przeciwnie, można odnieść wrażenie, że dydaktyka jest traktowana jako niefortunny, a nawet przeszkadzający dodatek do działalności naukowej. Ważniejszy jest doktorat, habilitacja. Jak łatwo zauważyć, częściej naukowcy rozmawiają o dysertacjach doktorskich czy habilitacyjnych niż o aktualnie prowadzonych zajęciach i problemach z nimi związanych. Pytania w stylu, kiedy się bronisz? jak daleko masz zaawansowaną pracę doktorską? kiedy w końcu napiszesz tę habilitację? nie należą do rzadkości i stanowią start do dyskusji o sprawach naukowych. Natomiast trzeba ostro wytężać słuch, żeby usłyszeć jakąkolwiek rozmowę o problemach dydaktycznych.

Reguły w szkolnictwie wyższym są z góry określone: w ciągu ośmiu lat doktorat, dziewięciu – habilitacja (z małymi odstępstwami i możliwością przedłużenia). A co w tym okresie „wyczynia” wykładowca w pracy dydaktycznej ze studentami, jest jakby mniej istotne. Nawet ponawiane co kilka lat, a nawet częściej, ankiety oceniające pracowników naukowo-dydaktycznych, opiniowane przez kierowników zakładów, katedr, dyrektorów instytutów i w końcu rady wydziałów nie dają żadnego wiarygodnego obrazu pracy dydaktycznej, często fałszując go ponad miarę. Typowa analogia do sytuacji w oświacie, gdzie wielu belfrów nie nadających się do pracy z młodzieżą uparcie „męczy” swoich podopiecznych, nie ponosząc przy tym żadnych konsekwencji.

Powszechnie znane są historie o różnego rodzaju „wyczynach” niektórych pracowników naukowo-dydaktycznych. Jedne krążą jako żart, inne wzbudzają politowanie, a niektóre powinny być przestrogą przed popełnianiem podobnych błędów. Wśród tych wyczynów wyrzucanie indeksów przez okno to jedynie niewinna zabawa, która poprawia sprawność fizyczną biegających po piętrach studentów.

ZMORY I DRESZCZE

W pracy dydaktycznej ważna jest rzetelność. Nie trzeba przypominać, że koniecznością jest bardzo dobre przygotowanie do zajęć. Korzystanie z najnowszej literatury naukowej i przekazywanie najnowszych wyników badań to obowiązek każdego wykładowcy. Zdarza się jednak często, że w pogoni za tytułami (oraz z innych powodów, o których niżej) na solidną pracę dydaktyczną niektórzy nie mają po prostu czasu i, niestety, chęci. Jeśli wykładowcy szkoda czasu na sprawdzenie np. 200 referatów, to nie zleca ich studentom. Jeszcze gorzej, gdy nauczyciel akademicki wykorzystuje studentów do „pomocy” w zbieraniu materiałów do własnej pracy naukowej. Pomijam tu rzetelność, z jaką studenci na przykład zbiorą bibliografię na dany temat. Nieetyczność takich działań jest oczywista, nie ma więc sensu rozpisywać się na ten temat.

Na jakość pracy dydaktycznej znamienny wpływ ma rosnąca w zawrotnym tempie liczba studentów. Cóż z tego, że poprawia się tak preferowany przez MEN wskaźnik scholaryzacji, skoro obniża się poziom kształcenia. Przecież nie jest wielką sztuką „wyprodukowanie” rzeszy magistrów z dyplomami o wątpliwej wartości, sztuką jest utrzymanie dydaktyki na poziomie, którego nikt nie będzie się wstydził. Tymczasem rzeczywistość wygląda następująco: na wielką skalę rozwijane są studia zaoczne i wieczorowe (w niektórych uczelniach przewaga liczebna studentów zaocznych nad dziennymi przekracza już granice zdrowego rozsądku). Fakt ten jest powszechnie tolerowany, a tymczasem co roku opuszcza uczelnie rzesza absolwentów studiów zaocznych, o generalnie gorszym przygotowaniu do pracy w wyuczonym zawodzie niż absolwenci studiów dziennych. Trudno nie wspomnieć, że studenci zaoczni płacą za towar gorszej jakości niż otrzymywany przez studentów dziennych. Grupy ćwiczeniowe, konwersatoryjne i seminaryjne osiągają maksymalne limity. W wielu uczelniach brakuje sal wykładowych o liczbie miejsc przystosowanych do ilości słuchaczy. Obrazki przytaczane przez telewizję, pokazujące studentów koczujących podczas wykładu na okiennych parapetach, nie należały do zabawnych, choć u niektórych wzbudzały uśmiech politowania. Natomiast uczelnie, żeby się utrzymać, zwiększają limity podczas rekrutacji nowych roczników. Można powiedzieć, że szkoły wyższe pękają w szwach, a kadry naukowej przybywa niewiele. Ta, która jest, boryka się ponadto z własnymi problemami egzystencjalnymi.

Zmorą dla dydaktyki (o nauce nie wspominając) jest wieloetatowość. Praktycznie trudno znaleźć pracowników naukowo-dydaktycznych, których praca w wyższej uczelni jest jedynym źródłem utrzymania. Degradacja finansowa szkolnictwa wyższego zmusza nauczycieli akademickich do dorabiania, często w zawodach nie związanych ze szkolnictwem. Rozwinęła się też – ujmując rzecz humorystycznie – turystyka naukowa. Wielu tzw. profesorów-kolejarzy spędza sporo czasu w pociągach, przemieszczając się z jednej uczelni do drugiej. Tajemnicą pozostaje fakt, jak wygląda poziom dydaktyki u naukowców zatrudnionych w 3 lub 4 uczelniach. W środowisku akademickim na razie przymyka się na to oczy. Pytanie, jak długo? Sądzę, że projekt nowej ustawy o szkolnictwie wyższym też tego problemu nie zmieni. Czas najwyższy jednak chory system uzdrowić, odpowiednio wynagradzając pracę nauczycieli akademickich.

ANKIETY I KURSY

Skoro już mowa o pieniądzach warto zwrócić uwagę na fakt, że praca dydaktyczna też jest premiowana od święta, a więc najczęściej zależy od stażu pracy. W praktyce są to nagrody typowo jubileuszowe – np. na 10- czy 25-lecie pracy dydaktycznej. Nagród za rzeczywisty wkład w kształcenie studentów raczej się nie przyznaje. Gratyfikację pieniężną pracownik naukowo-dydaktyczny otrzymuje za rzecz bardziej wymierną: obroniony doktorat, habilitację czy opublikowaną monografię. Warto byłoby pomyśleć o premiowaniu także pracy dydaktycznej, o premiowaniu osób, które poświęcają się dla studentów, które niosą przysłowiowy kaganek oświaty, nie zważając na związane z tym trudności.

W obecnej rzeczywistości trudno znaleźć lekarstwo na złych dydaktyków. Takim antidotum mogą być ankiety przeprowadzane wśród studentów, które funkcjonują już w niektórych uczelniach. Studenci powinni mieć pewien wpływ na ocenę prowadzącego ćwiczenia czy wykłady. Trzeba dać im szansę bycia partnerem w układzie student–nauczyciel. Sądzę, że uzdrowiłoby to stosunki interpersonalne, które nierzadko opierają się na zasadzie podmiot-przedmiot, a arogancja i chamstwo niektórych pracowników tylko te stosunki zaogniają. Pamiętać więc należy, że student ma takie same prawa jak jego nauczyciel. Ten ostatni ma tylko jedną nad nim przewagę – to on wstawia ocenę do indeksu. Nie zwalnia go to jednak od działania w imię sprawiedliwości i w zgodzie z etyką zawodową. Ważne jest jednak, czy środowiska niechętne takiej weryfikacji podejmą próby wprowadzenia tego typu ocen.

Nasuwa się pytanie, co jeszcze można zrobić, by poprawić jakość kształcenia? Ostatnio rozmawiałem z jednym ze znanych historyków, który z rozrzewnieniem wspominał przedwojennych wykładowców, zachwycających oracjami studentów, którzy na wykładach chłonęli słowa swoich mistrzów. Erudycja tych wykładowców była wynikiem gruntownych ćwiczeń nad sobą. Mój rozmówca zauważył, że można zlikwidować pewne problemy dydaktyczne pracowników naukowych (nie tylko młodych) uruchamiając kursy lub studia, które przygotowywałyby do prowadzenia ćwiczeń czy wykładów. Pomysł jest godny realizacji, tylko czy okazałby się możliwy do przeprowadzenia wśród uczonych, z których każdy jest chodzącą indywidualnością i niewielu pewnie dałoby się namówić na tego typu kurs.

KONKURENCYJNOŚĆ

Sądzę, że należałoby powszechnie wprowadzić rodzaj rywalizacji między wykładowcami. Zabieg mógłby polegać np. na dublowaniu wykładów. Student miałby wówczas możliwość wyboru wykładowcy. Jeżeli podejmowałby decyzję według kryteriów typowo merytorycznych, czyli fachowości wykładowcy, jego predyspozycji dydaktycznych (umiejętności interesującego przekazania najnowszych osiągnięć naukowych i nie tylko), to po 2-3 latach byłoby jasne, który z wykładowców spełnia wymagania studentów. Ponadto, żeby ustrzec się maniery zapisywania się żaków na wykład do prowadzącego, u którego w powszechnym mniemaniu jest „luźniej”, na egzaminie należałoby w pewien sposób oddzielić egzamin od wykładowcy. Powinno się wówczas zrezygnować z przepytywania ustnego na rzecz prac pisemnych. Mało tego, prace te musiałyby być kodowane, a każdą powinno sprawdzić minimum dwóch specjalistów z danej dziedziny. Obiektywność oceny byłaby niepodważalna, a student nie miałby pretensji, że wylosował za trudne pytania albo egzaminator specjalnie go „oblał” itp.

Dzięki zastosowaniu takiej formy egzaminu można by zauważyć, nie tylko to, jak studenci chłoną wiedzę podawaną na wykładzie, ale też, jak dany pracownik naukowo-dydaktyczny (asystent, adiunkt) na ćwiczeniach przygotowuje swoich podopiecznych do egzaminu. Wtedy też – po pewnym czasie – stałoby się jasne, kto potrafi wyposażyć studenta w odpowiedni poziom wiedzy, a kto nie jest w stanie tego zrobić.

Dotknąłem w tym miejscu kolejnej ważnej kwestii – dlaczego studentowi ma zależeć na egzaminie? Obecny system ocen właściwie nie dopinguje studenta do walki o lepsze noty, poza wizją – niewielkiego zresztą – stypendium naukowego. Tylko ukończenie nielicznych uczelni w Polsce z oceną bardzo dobrą umożliwia uzyskanie satysfakcjonującej pracy i to nie zawsze w wyuczonym zawodzie. Sądzę jednak, że będzie kwestią czasu wytworzenie się głębokiej korelacji między wynikami uzyskiwanymi na studiach a późniejszym miejscem pracy. Im lepsza uczelnia i dyplom, tym intratniejsza posada. Żeby tak było, należy już teraz wprowadzać – wzorem uczelni zachodnich – system rankingowy. Najlepszym przykładem funkcjonowania takiego systemu jest prestiżowa uczelnia w Stanach Zjednoczonych – Massachuset’s Institut of Technology. Student powinien w czasie studiów zbierać punkty, a jego miejsce na liście rankingowej byłoby uzależnione od sumy punktów, które zebrałby w czasie 5 lat, z obroną pracy magisterskiej włącznie.

Przytoczone przykłady nie wyczerpują wachlarza problemów związanych z akademicką dydaktyką. Oczywiście wszystkich zawartych tu spostrzeżeń nie da się i nie można generalizować. Jednak problemy istnieją, a żeby cokolwiek zmienić, wola zmian musi wychodzić bezpośrednio ze środowiska pracowników naukowo-dydaktycznych. Jak dotychczas takiej woli nie ma i raczej długo nie będzie.

Uwagi.