|
Najważniejsze jest, co student, osoba pełnoletnia, ma w głowie,
a nie to, kto siedzi obok niego w gabinecie u pani profesor.
Halina Bykowska
W minionej sesji letniej ponad 80 proc. studentów II roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Gdańskiego nie zaliczyło egzaminu testowego z prawa finansowego w pierwszym terminie. Sytuacja powtarza się od kilku lat. Prof. Jolanta Gliniecka, pracownik naukowo-dydaktyczny Katedry Prawa Finansowego, autorka testów twierdzi, że zasadniczy problem tkwi w zmianie obyczajów.
Wilk jest straszny!
Gdy tak wielka liczba studentów nie zaliczyła w pierwszym terminie testu z prawa finansowego, zaniepokoili się niektórzy rodzice. – Młodzież bardzo to przeżywa – zwierza mi się matka studenta, prosząc o nieujawnianie nazwiska. – Test jest zbyt trudny. Tak ocenił go pracownik naukowy z Uniwersytetu Poznańskiego – argumentuje i podkreśla, że w Katedrze Prawa Finansowego UG sytuacja budzi niepokój, bo dwóje z egzaminu testowego sypią się obficie rokrocznie. Przysłowiowy wilk jest więc straszny.
To samo wynika z wypowiedzi studenta (zgodził się mówić pod warunkiem, że nie zostanie podane jego nazwisko), który wprawdzie już zaliczył III rok prawa w UG, jednak ze względu na to, że nie uzyskał na II roku pozytywnej oceny z egzaminu testowego z prawa finansowego (a zdawał go aż pięć razy!), musi powtarzać czwarty semestr. – Test z prawa finansowego, oparty na zasadzie wielokrotnego wyboru, jest bardzo szczegółowy – mówi. – Jego treść nie wykracza jednak poza bardzo obszerny, obowiązujący materiał. Ale test z każdego przedmiotu może być opracowany w taki sposób, że kłopoty z zaliczeniem będzie miała większość zdających – argumentuje i zapowiada, iż zmieni uczelnię, jeśli nie zaliczy egzaminu.
Upadek autorytetu
Niemal całe wakacje czekałam na możliwość dłuższej rozmowy z prof. Jolantą Gliniecką, którą zbulwersowały skargi studentów i rodziców, pozbawione, jak twierdzi, rzeczowych argumentów. Okazało się bowiem, że matka, która współczuła młodzieży, a zwłaszcza swemu dziecku, nie była w stanie podać nazwiska profesora z Poznania, rzekomo uznającego test za wykraczający poza obowiązujący materiał. Argument mógł więc być wyssany z palca.
Prof. Gliniecka, która przez dwie kadencje sprawowała funkcję dziekana ds. studenckich i dwukrotnie została nagrodzona przez rektora uczelni za osiągnięcia dydaktyczne, chciała w trakcie wakacyjnych miesięcy odreagować stres, na jaki ją narażono w związku z zatrważającymi wynikami testu. Okres wakacji sprzyjał, jak przyznała, relaksowi i przemyśleniom.
Ustaliła, że egzamin testowy z prawa finansowego był dla studentów II roku studiów stacjonarnych ostatni w letniej, niełatwej sesji. Młodzież skupiła się głównie na innych zaliczeniach, pozostawiając zbyt mało czasu na przygotowanie się do testu z prawa finansowego. Podobnie było w ostatnich kilku latach.
Mały kontakt z mistrzem
– Upadł etos nauczyciela-mistrza, a dostęp do wiedzy stał się znacznie większy – stwierdza prof. Gliniecka. Pęd do zdobywania wiedzy jest, twierdzi, uzasadniony, bowiem Polska należy do krajów o stosunkowo niskim wskaźniku skolaryzacji. Młodzi ludzie zabiegający o miejsce w uczelni mają świadomość, że ich kariera zawodowa uzależniona będzie od wykształcenia i kwalifikacji. Nie dziwi zatem, że coraz większy odsetek młodzieży pragnie studiować.
Tymczasem nauczycieli akademickich nie przybywa w oczekiwanym tempie. Doświadczona kadra akademicka wykrusza się (co jest procesem naturalnym), a części młodych pracowników, zmuszanych – ze względu na skromne płace – do szukania dodatkowych dochodów poza uczelnią, etat akademicki nie daje pełnej satysfakcji. Powoduje to, że pracownicy naukowo-dydaktyczni mają mniejszy kontakt ze studentami, których liczba w ostatnich latach zwielokrotniła się. W zajęciach seminaryjnych uczestniczy obecnie po kilkadziesiąt osób, podczas gdy przed laty brało w nich udział niewięcej niż dziesięciu studentów naraz, co stanowiło okazję do bezpośrednich kontaktów z profesorem. Utrata więzi z mistrzem może stanowić okazję do ignorowania obowiązku uczenia się (czytaj: traktowania danego przedmiotu poważnie).
Student też dorabia
Znakiem czasu jest i to, że coraz większy odsetek studentów też musi gonić za pieniądzem, ponieważ pomoc materialna rodziców i uczelni nie pokrywa w pełni potrzeb. Może zatem nie starczać czasu na naukę. – Często widuję swoich studentów pracujących w supermarketach – powiada prof. Gliniecka i przyznaje, że w pełni to rozumie. Okazuje się zatem, że niełatwa sytuacja materialna zmusza do dorabiania obie strony – i nauczyciela akademickiego, i studenta. Rzutuje to na jakość kształcenia i styl bycia młodzieży akademickiej, która niekiedy zaskakuje tupetem i przykrymi manierami.
Dziwny incydent miał miejsce w trakcie sprawowania przez prof. Gliniecką funkcji prodziekana ds. studenckich. Student, który otrzymał mandat radnego w mieście, systematycznie opuszczał zajęcia dydaktyczne, ponieważ zbyt wiele czasu pochłaniała mu praca społeczna. – Gdy odmówiono mu zaliczenia jednego z przedmiotów, przyszedł do mnie i zaproponował, bym poszukała w regulaminie studiów przepisu, który pozwoliłby mu wybrnąć z trudnej sytuacji – wspomina prof. Gliniecka. – Powiedziałam mu, że nie znam takiego przepisu i nie zamierzam go szukać. Ten szczególny przejaw zuchwałości i braku kultury był na szczęście odosobniony. Przykre jednak, że w ogóle miał miejsce w uczelni.
Dydaktyczna porażka
Prof. Gliniecka dochodzi do wniosku, że złe wyniki testu z prawa finansowego można by traktować jako dydaktyczną porażkę. Spory odsetek studentów II roku prawa musiał przystąpić do egzaminu poprawkowego. – Wiem, że jestem uważnie obserwowana przez młodzież – stwierdza prof. Gliniecka. – Zatem muszę dawać dobry przykład. Pracuję rzetelnie, mam więc podstawy, by oczekiwać, że efektem mojego wysiłku będzie uzyskiwanie przez młodzież pozytywnych ocen z egzaminu. A jeśli tak się nie dzieje, można by sądzić, że efekt dydaktyczny nie został osiągnięty. Nie czuję się winna. Przyczyny nadmiaru negatywnych ocen bywają złożone.
Zaskakuje równocześnie osobliwy sposób podejścia niektórych studentów do egzaminu komisyjnego. Zdarza się, że młodzież przychodzi na ten egzamin zupełnie nieprzygotowana. W dniu, gdy rozmawiałam z prof. Gliniecką, dwaj studenci przystąpili po raz kolejny do egzaminu komisyjnego z prawa finansowego. Niestety, żaden z nich go nie zaliczył. Obaj, twierdzi prof. Gliniecka, nie opanowali nawet podstawowych zagadnień.
Najważniejsze jest w głowie
Inaczej do zdobywania wiedzy podchodzą studenci zaoczni. Według prof. Glinieckiej, pieniądz nie odgrywa tu większej roli, bo niemałe koszty związane z posiadaniem indeksu ponoszą też studenci stacjonarni. Ci jednak, którzy zdecydowali się kształcić zaocznie, jeśli nie zaliczą egzaminu, mają pretensje wyłącznie do siebie. A studenci stacjonarni, zamiast solidnie pracować, idą na skargę do rodziców lub kilkakrotnie zabiegają u dziekana o zgodę na zdawanie egzaminu przed komisją.
Niekiedy dochodzi do sytuacji wręcz żenujących. Gdy jest dwója w indeksie, studenci pojawiają się w gabinecie prof. Glinieckiej w towarzystwie matki lub ojca. Zupełnie to nie pomaga, bo najważniejsze jest, co student, osoba pełnoletnia, ma w głowie, a nie to, kto siedzi obok niego w gabinecie u pani profesor.
|