|
Piotr M?ldner-Nieckowski
Kiedy przychodzi ciężka choroba, nagle okazuje się, że to nie ona będzie nas upokarzać. Zepsuje się samochód, spali żelazko, zgubią klucze, skończą oszczędności – wszystko wysiądzie, ale barierą naprawdę trudną do pokonania stanie się człowiek. Poloneza zaczną przyjaciele. Będą unikać kontaktów, „bo nie wiedzą, co robić i mówić w takich sytuacjach”, „bo boją się, że już stało się najgorsze”. Takie kłamstwa wprowadzają nas w drugi akt dramatu: samotność z obcości.
Oto tło nędzy kulturowej, z którą tysiące ludzi muszą się stykać na co dzień: kalecy, niedołężni, bezsilni. Poznałem to dobrze jako lekarz z trzydziestoletnią praktyką, ale i członek rodziny, w której co jakiś czas pojawia się nieuleczalna choroba. Ile w tym niezawinionych cierpień, trudno sobie nawet wyobrazić. Nie mam nawet na myśli bólu fizycznego, duszności, trudności z czynnościami fizjologicznymi, niedostatków higieny, głodu i pragnienia.
Dotkliwy jest brak samodzielności. Jeśli chory nie może chodzić, przewrócić się na drugi bok w łóżku, wziąć łyżki do ręki, w jego otoczeniu wszyscy są nagle zabiegani, zmęczeni, źle opłacani, niedouczeni, bezmyślni. Bezkrwiści. Przyjrzyjmy się typowemu a prawdziwemu przykładowi.
Chory ma być przewieziony ze szpitala podmiejskiego do specjalistycznego. Powinna przyjechać karetka przewozowa, ale nie ma jej. Miejscowi przewoźnicy właśnie protestują. Leży więc na noszach na szpitalnym korytarzu. Jedzenia nie dostaje, kuchnia już skreśliła go z ewidencji. Leków nie otrzymuje, bo oddano kartę zleceń lekarzowi, a ten ją wpiął do historii choroby i wyszedł po dyżurze.
Mijają godziny. Litościwy kolega-pacjent podkłada choremu pod głowę poduszkę, która zsunęła się z noszy. Godzinę później na krzyki reaguje pielęgniarka i podaje basen. Ale jak podaje: kładzie pod wózkiem z noszami i odchodzi.
W drugim szpitalu pacjent oczywiście nie jest wpisany na listę kuchenną, dostaje tylko wodę. O lekach nie ma mowy, jeszcze nie było zleceń. Lekarz dyżurny przychodzi po godzinie. Pielęgniarki ubrane na czarno protestują: siedzą przy kawie. Jedna z nich obsługuje oddział, podłączając kroplówki, robiąc zastrzyki i rozdając leki. O pielęgnowaniu nie ma mowy. Jak się wkrótce okaże, tu pielęgnacja w ogóle sprowadza się tylko do poprawienia poduszki, również w dni bezstrajkowe. Chory chce się obrócić na drugi bok, czuje, że robi mu się nowa odleżyna, ale nie potrafi, wkrótce więc wypadnie mu z uda kawał skóry i odsłoni żywe mięso.
Następnego dnia rano lepiej. Nasz pacjent już ma posiłki, jest zbadany, otrzymał leki. Ale do jedzenia musi się oprzeć na łokciu albo usiąść. Siostry, widząc to, narzekają: „Dlaczego sam się nie obsłuży, przecież jest przytomny?” Jeden z chorych tłumaczy, że wystarczy bez wysiłku zsunąć człowiekowi nogi z łóżka, podać palec, a on uniesie się i sprawa załatwiona. Zostaje za to zrugany jako awanturnik. „Dzięki za instruktaż, przekażę wyżej” – mówi z ironią pielęgniarka i zabiera choremu telefon komórkowy, jedyną szansę na porozumienie się z bliskimi w nocnych chwilach rozpaczy. „Nie wolno!”
Ponieważ ustalono, że nasz chory ma kłopoty z samodzielnym jedzeniem i podstawianiem tzw. kaczki, ekipa szpitalna zakłada mu zgłębnik do żołądka i cewnik Foleya do pęcherza. „Teraz nie będzie się pan wydzierać” – usłyszał. Nie powiedziano mu, że to grozi zachłystowym zapaleniem płuc i zapaleniem nerek („nie jego sprawa”).
Następny szpital. Rodzina dowiaduje się o przenosinach. Zdziwieni jadą pod wskazany adres, a tam ich bliski już jest odpowiednio „rozpoznany”. Od lekarza słyszą, że źle wychowali „dziadka”, bo nic tylko się wierci, drze jak opętany, chociaż dostał na uspokojenie, i ma wymagania: podnieś, przełóż, podaj, umyj. „Dziadek” ma co prawda dopiero pięćdziesiąt jeden lat, ale tu mówi się do ludzi właśnie albo per „dziadku-babciu” albo po nazwisku: „pani Kowalskaaa!”, czyli z rosyjska albo niemiecka (skąd się wziął ten chamski zwyczaj?). Nasz pacjent jednak nie chce być dla tych kobiet staruszkiem. Nie chce mieć obrzęków, sinicy, nudności, duszności, spadków ciśnienia, chce jak najszybciej wracać tam, gdzie nikt go nie szturcha, objeżdża i przestawia jak kukłę. Ledwie zdąży się gdzieś zadomowić, już jest przenoszony.
Rodzina gorączkowo rozważa, co robić dalej, boją się go zabierać „na własne żądanie” ze względu na konieczność podawania kroplówek. Tymczasem pacjenta umieszczono na korytarzu, „bo źle rokuje”. Jest pomysł: zamówić na noc pielęgniarkę! Sto pięćdziesiąt złotych, ale trudno, jakoś się złożą. Następnego dnia dowiedzą się, że pielęgniarka od drugiej w nocy kamieniem spała. „Nie jestem służącą tego pana” – usłyszą.
Oszczędźmy dalszych szczegółów, są zbyt drastyczne. Po tygodniu męczarni rodzina postanawia posłuchać prośby „dziadka”, który już nie chce się leczyć. Chce już tylko umrzeć, w domu, nie przy tych ludziach.
Powtarzam: jest to relacja typowa. Słyszałem ją w różnych wariantach setki razy. Opisane upokorzenie to najokrutniejszy sposób niszczenia ludzi, a tak dzieje się przecież nagminnie i niemal wszędzie. Polski system opieki zdrowotnej jest bardziej chory niż czytamy w gazetach. Szpitale są przeznaczone dla zdrowych, silnych i zaradnych. Nie wierzysz? Zachoruj.
Za tę tragedię odpowiadają posłowie, minister zdrowia, szefowie kas chorych, dyrektorzy szpitali, ordynatorzy, nauczyciele medycyny. A przede wszystkim protestujące pielęgniarki.
I jeszcze kilka słów do mojego sąsiada z tych szpalt, Leszka Szarugi. Pamiętasz, Leszku, jak w stanie wojennym drukowaliśmy w podziemiu dramatyczne teksty o złym traktowaniu umierających? Wierzyliśmy, że przyjdzie nowy ustrój i wszystko się zmieni.
e-mail: pmuldner@mp.pl
|