|
Przykro stwierdzić, ale dzisiaj w coraz większym stopniu liczy się nie profesor,
czyli czynny nauczyciel akademicki, ale ci, którzy utrudniają
mu życie i pracę - przeróżnej rangi administratorzy nauki.
Zbigniew Żmigrodzki
W świadomości społecznej każdą szkołę utożsamia się z nauczycielem, jako jej reprezentatywnym czynnikiem osobowym. Podobnie ma się sprawa w odniesieniu do szkoły wyższej, w której profesor, jako nauczyciel akademicki o pełnych kwalifikacjach, stanowi najważniejszy wyznacznik jej funkcji. Jednak to, z czym coraz częściej mamy do czynienia w naszej (a może nie tylko polskiej?) rzeczywistości, stawia ten dotąd oficjalnie nie kwestionowany aksjomat pod znakiem zapytania. W szkołach podstawowych i średnich nauczyciel przestał się już właściwie liczyć. Administracja szkolna różnych szczebli, ukierunkowywana przez ideologiczne tendencje, podporządkowała sobie nauczycieli w sposób bezapelacyjny. W znacznym stopniu odebrano im niezależność w ocenianiu postępów i zachowania uczniów oraz poddano presji, wynikającej z narzucanego społeczeństwu jedynie słusznego światopoglądu. Z najwyższym niepokojem można zaobserwować, choć postępujące stosunkowo wolniej, podobne tendencje w uczelniach. Tyle że tutaj wciąż rosnąca w siłę zarówno administracja centralna (MEN i KBN), jak i uczelniana, skupia na razie swoje wysiłki na ustawicznym projektowaniu i nakazywaniu uciążliwych, formalnych procedur, które prowadzą nie tylko do utrudnienia pracy naukowej i dydaktycznej, ale też powodują - bezpośrednie bądź pośrednie - ograniczanie realnych zarobków.
Poważny profesor
O tym, w jak trudnych warunkach pracują dziś nauczyciele akademiccy - profesorowie, adiunkci oraz wszyscy inni - mówić chyba nie trzeba. Jak może bowiem rozwijać się pomyślnie działalność badawcza, a przy tym i odpowiadająca wysokim wymogom dydaktyka, gdy znaczna część pracowników szkół wyższych musi podejmować dodatkowe zajęcia, związane często z dojazdami do ośrodków odległych od miejsca zamieszkania? Kiedyś uzasadniano niskie wynagrodzenia lekarzy tym, że "i tak dorabiają sobie na boku". Niedawno przeczytałem, iż w Polsce "poważny profesor" ma co najmniej trzy etaty. Moim zdaniem, jeżeli ktoś ma być naprawdę "poważnym" profesorem, może pracować tylko w jednej uczelni - tyle obowiązków obejmuje to stanowisko, gdy traktować je serio. Są kraje, w którym profesor poprzestający na jednym etacie otrzymuje specjalny, wysoki dodatek płacowy. U nas odwrotnie: takiego pracownika nauki uważa się za reprezentującego niski poziom lub "nie umiejącego sobie radzić". W rzeczywistości profesorowie "wędrowni", których trudno studentom dopaść - niekiedy dostępni jedynie w drodze na korytarzu lub podczas obiadu - nie mają czasu ani na naukę, ani na dydaktykę; bywa, że odwołują zajęcia lub rozpoczynają je z opóźnieniem. Trzeba jednak ich rozumieć: oni sami i ich rodziny muszą się z czegoś utrzymać, a poza tym praca naukowa też wymaga pieniędzy, których ani borykająca się z trudnościami finansowymi uczelnia, ani instytucje wspomagające badania zapewnić nie mogą. W tych ostatnich znaczną część środków przeznacza się nie na ten główny cel, ale na utrzymanie samych placówek, a w dodatku wybór tematów do finansowania nie ma - i chyba mieć nie może - obiektywnego charakteru.
Triumfująca biurokracja
W numerze 12/98 "Forum Akademickiego" można znaleźć dwie, dość zdumiewające skądinąd, wiadomości. Jedna to informacja o żądaniu przewodniczącego KBN, prof. Andrzeja Wiszniewskiego, aby przyznać mu "jednoosobową odpowiedzialność", co oznacza odejście od kolegialnych decyzji. Drugą jest Regulamin organizacyjny Urzędu KBN oraz Struktura organizacyjna departamentów Urzędu - tymi dokumentami moglibyśmy, doprawdy, zaimponować najbardziej absurdalnym koncepcjom biurokratycznym świata...
Jakby tego wszystkiego nie dość było, nie ma tygodnia, by na biurku dyrektora instytutu czy kierownika katedry lub zakładu nie znalazły się kolejne, nowe pisma z poleceniami wykonania kłopotliwych i pracochłonnych czynności typu administracyjnego. Ich inicjatorzy nie liczą się zupełnie z tym, że nie ma ich kto w wyznaczonym, z reguły bardzo krótkim terminie, przeprowadzić, że zabierają czas przeznaczony na podstawowe zadania pracowników nauki. Nawet tradycyjne, rutynowe sprawy obrosły w mnogość formularzy, wielość punktów sprawozdawczych i informacyjnych. Pisanie wniosków o tzw. granty jest prawdziwą udręką, a składanie sprawozdań z ich realizacji, kto wie, czy nie jeszcze większą. Ponadto złożone wnioski, nawet przy wysokich ocenach recenzentów, nie są zwykle "przyjmowane do finansowania", bez żadnych uzasadnień.
Doszło teraz do tego "punktowe" ocenianie publikacji i ich autorów, na podstawie przyjętej - jako wyrocznia poziomu - bibliografii amerykańskiej Science Citation Index, nie mówiąc już o przeróżnych obliczeniach związanych z kategoryzacją uczelni w ramach "rankingów". Co sądzić o tej "zarazie etykietowania", jak ją określają co rozsądniejsi zagraniczni uczeni, miałem już sposobność napisać. Ściągnęło to na mnie nie tylko niechęć, ale wręcz wrogość ze strony szanownych kolegów, dla których tego rodzaju zabawy ważniejsze są od prawdziwej nauki - powstającej zawsze jako "działanie w ciszy" - i od rzetelnej dydaktyki akademickiej, z którą jest dziś stawnowczo nie najlepiej. Doszło tu i ówdzie do wprost patologicznych postulatów, względem pracowników uczelni, aby uczyli się specjalnie angielskiego i publikowali po angielsku, bo jedynie to zapewnia wysoką punktację w świetle kreowanego na wyrocznię SCI. Są już w Polsce wydziały i instytuty, gdzie takie wymagania stają się obligatoryjne. Czy winę za to ponoszą wyłącznie kierujący nimi ludzie? Sądzę, że jednak przede wszystkim ci, którzy na podstawie fikcyjnego w istocie wyznacznika "poziomu" układają tabele "najlepszych szkół" i od tego uzależniają przydział środków budżetowych. W pewnym stopniu można to zrozumieć, bo akurat właśnie ich uczelnie, mimo wielu oczywistych i znanych środowisku nauki słabości, wychodzą w "rankingach" na czoło. Dobrze to i zręcznie wykalkulowali...
Balans na łódce
Przykro stwierdzić, ale dzisiaj liczą się w coraz większym stopniu nie profesorowie, czyli czynni, normalni nauczyciele akademiccy, ale ci, którzy utrudniają mu życie i pracę - przeróżnej rangi administratorzy nauki. Z żalem należy też powiedzieć, że ich znaczną część stanowią sami naukowcy, ulokowani na różnych poziomach zarządzania nauką. Owładnięci pasją promowania "nowych metod" i wzrowanego na przejętych od "czołowych społeczeństw zachodnich" wzorach "postępu", przestali dostrzegać rzeczywistość i to, że ich beztroskie poczynania coraz bardziej przypominają nieopanowane ruchy na łódce, chwiejącej się na niespokojnych falach oceanu. Nic więc dziwnego, że oni sami i spora część ich administrujących podwładnych zaczynają postrzegać nauczyciela akademickiego jako niesforne i w gruncie rzeczy nie bardzo potrzebne stworzenie, które trzeba za wszelką cenę "spłaszczyć" i zdyscyplinować.
Przejawy takiej strategii i taktyki, na szczęście nie wszędzie w jednakowym stopniu realizowanej, bywają różne, ale z reguły dotkliwe. Kłopoty finansowe uczelni i jej poszczególnych jednostek prowadzą np. do takich pomysłów, aby cały obowiązkowy wymiar godzin zajęć realizować na studiach stacjonarnych (zmniejsza to konieczność większych wypłat za godziny na studium zaocznym). Proponuje się, aby profesor emerytowany mógł pobierać wynagrodzenie tylko w wysokości liczonej w momencie jego przejścia na emeryturę, bez uwgzlędniania podwyżek i waloryzacji. Oczywiście, że wszelkie dążenia kwestorów i dyrektorów administracji, aby utrzymać jaką taką równowagę finansową w sytuacji, gdy nawet na płace nie otrzymuje się potrzebnej kwoty z budżetu, można zrozumieć - czy jednak powinno się to odbywać kosztem płac nauczycieli akademickich? Już w grudniu ubiegłego roku okazało się, że szumnie zapowiadane zwiększenie środków dla szkół wyższych nie tylko stopniało maksymalnie, ale i z tego, co otrzymują uczelnie, prawie wszystko przewidziano na cele inwestycyjne. Tymczasem słychać, że już od początku roku przyznano podwyżki administracji państwowej, a w samorządach, dopiero co powołanych, ustala się - na wysokim stosunkowo poziomie - diety, wynagrodzenia itp., choć nie ma za co utrzymać bibliotek publicznych.
Przedmiot eksperymentu
W ostatnich latach zmniejszyły się także możliwości uzyskiwania nagród za osiągnięcia naukowe czy dydaktyczne. Mówi się, że powinniśmy się cieszyć z tego, iż one w ogóle jeszcze istnieją. Czy przyznaje się je stosownie do rzeczywistych zasług? Zależy to, oczywiście, od bezpośrednich przełożonych, występujących z odpowiednimi wnioskami, ale powszechnie wiadomo zarówno o braku zainteresowania niektórych dyrektorów bądź kierowników wyróżnianiem podwładnych, jak i o tym, że skuteczność wniosków wiąże się z pozycją wnioskującego - niekoniecznie naukową. Mam w pamięci fakt, gdy z dwojga pracowników, równocześnie otrzymujących nagrody i równych mniej więcej stażem oraz osiągnięciami, jedna osoba powiedziała z radością: "To moja pierwsza nagroda", druga zaś dodała z satysfakcją: "To moja dwunasta".
Jeżeli nasze szkoły wyższe mają naprawdę dobrze funkcjonować i na wysokim poziomie kształcić, trzeba zwrócić uwagę na kondycję nauczyciela akademickiego, a nie poszukiwać pseudośrodków, w których upatruje się cudownego przyspieszenia rozwoju nauki - jeżeli nie w rzeczywistości, to przynajmniej w statystyce wyrażonej imponującymi tabelami. Zapewnić mu czas na badania i doskonalenie zajęć, a nie prześladować go wciąż nowymi administracyjnymi udrękami i wszelkiego rodzaju biurokratycznym koszmarem. Hołdowanie hasłu "publikować lub umrzeć", uzupełnionym jeszcze "twórczo" poprzez wyrażenie "publikować w języku angielskim", jest kompletnym nonsensem. Profesor, jako posłuszny wykonawca kolejnych dziwacznych pomysłów, koncypowanych bezustannie przez entuzjastów "nowoczesności" za wszelką cenę, nie jest w stanie realizować swobodnie swoich projektów naukowych, nie ma też czasu, aby swoją wiedzę rozwijać i pogłębiać stosownie do wymogów rzetelnej dydaktyki akademickiej.
Czy zatem profesor jest potrzebny? Oczywiście tak, bo gdyby go zabrakło, nie byłoby na kim przeprowadzać imponujących naszym administratorom nauki eksperymentów, które mają nam rzekomo przynieść jakiś "nowy, wspaniały świat" osiągnięć i sukcesów. Sądzę wszak, że gdyby czas, nakłady pracy i pieniądze tracone na to "zarządzanie poprzez (wydumane) cele" przeznaczyć na normalne działania, osiągnięcia i sukcesy nastąpiłby wcześniej i byłyby przynajmniej realne.
Prof. dr hab. Zbigniew Żmigrodzki, bibliotekoznawca, jest kierownikiem Zakładu Bibliografii i Informacji Naukowej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. |