Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 5/1999

Wielkie Xięstwo
Poprzedni Następny

Nasz dom był domem ciężkiej pracy.
Dzieci uczyły się na przykładach szanować czas i nie spędzać go byle jak.

Magdalena Bajer


Jerzy Niewodniczański
Fot. Piotr Kieraciński

Zaraz na początku spotkania z rodzeństwem Niewodniczańskich - dr Justyną z Niewodniczańskich Blinowską oraz prof. Jerzym Niewodniczańskim, prezesem Państwowej Agencji Atomistyki - okazało się, że nie zdołam przedstawić wszystkich znaczących postaci tego "uczonego rodu", gdyż jest on szeroko skoligacony, w wielu domach dawnego Wielkiego Xięstwa Litewskiego miał liczących się w historii Polski przedstawicieli. Do 1944 roku przechowywano patent oficerski Pawła Niewodniczańskiego, podpisany przez stolnika litewskiego, Stanisława Poniatowskiego, później ostatniego króla. Od tego przodka wywodzą się znane w rodzinnej tradycji osoby, pokolenia wojskowych i lekarzy, po inżyniera Wiktora Niewodniczańskiego, dziadka moich rozmówców, który wyspecjalizowawszy się w maszynach cukrowniczych rozpoczął pracę nad Wołgą, gdzie spotkał przyszłą żonę, córkę osadników niemieckich. Wiadomości o innej linii rodu, Jeśmanach, sięgają początku XVI wieku, kiedy Jakub Jeśman ożenił się ze swą daleką krewną, również skoligaconą z Niewodniczańskimi, "jak to nieraz w Wielkim Xięstwie bywało".

INTELIGENCI NA OBSZARACH IMPERIUM

Przodkowie rodzeństwa Niewodniczańskich po kądzieli, Prawocheńscy i Świętorzeccy, po powstaniu styczniowym wyzuci z rodzinnych majątków, zsyłani na Sybir, zostawali inteligentami dzięki studiom w rosyjskich uniwersytetach. Dziadek macierzysty, Roman Prawocheński, syn i wnuk lekarzy, studiował najpierw leśnictwo, później rolnictwo, by osiągnąć upragnioną specjalizację w zakresie zootechniki i zrobić, w przedrewolucyjnej Rosji wielką karierę jako założyciel oraz kurator hodowli koni w stadninach. Przed I wojną światową był pierwszy raz w Cambridge, skąd przywiózł awangardowe wówczas metody i techniki hodowlane. Wielką Brytanię odwiedzał, już jako profesor, także w latach międzywojennych.

W 1939 r. Niemcy aresztowali go w Sonderaktion Krakau, kiedy zaś w 1945 roku przyszli "trzeci bolszewicy" pozbawili prof. Prawocheńskiego prawa wykładania. Przywrócono mu je po tym, jak marszałek Budionny zapytał członków goszczącej w Moskwie polskiej delegacji naukowej o "tego, któremu zawdzięczamy nasze konie". Bydgoska Akademia Techniczno-Rolnicza nosi dzisiaj imię profesora.

Żona Romana Prawocheńskiego, Helena ze Świętorzeckich, córka inżyniera zesłańca, była pierwszą polską absolwentką Instytutu dla Dobrze Urodzonych Panien w Smolnym. Wiele lat później, już w Polsce, starsza pani pomagała wnukom, Jerzemu i Justynie, w nauce algebry. Jej brat, cioteczny ich dziadek, został profesorem ichtiologii w Lublinie.

Dalsze losy rodziny wpisują się w dzieje polskiej warstwy inteligenckiej, kumulując w tradycji - znanej dzisiejszym pokoleniom, żywej w ich domach - właściwe tej warstwie cnoty oraz zasługi: otwartość wobec świata i ludzi, poczucie powinności obywatelskich, inspirowane ciekawością świata przeświadczenie o tym, że wykształcenie i związane z tym awanse są najwłaściwszą legitymacją w społeczeństwie.

ROLNICTWO, DZIENNIKARSTWO, JĘZYKI

Prof. Niewodniczańskiego pytali nauczyciele w szkole, czy przypadkiem nie jest synem tej pani, która w radio prowadziła Dzienniki Rolnicze? Córka Romana Prawocheńskiego skończyła, jak ojciec, rolnictwo. Była asystentką prof. Tadeusza Vetulaniego w uniwersytecie w Wilnie, gdzie poznała swego przyszłego męża. Karierę naukową przerwała II wojna. Pani Irenie przyszło zarabiać lekcjami języków, w których była biegła. Po wojnie zapisała się na anglistykę, którą niebawem władze zamknęły. Pani Prawocheńska przeszła wtedy "z marszu" na rusycystykę, skończyła te drugie w życiu studia i wiele lat była lektorem języka rosyjskiego, a także tłumaczem. Pracowała w uczelniach Krakowa, który stał się nowym gniazdem rodzinnym i kolebką młodszych Niewodniczańskich, fizyków.

Zanim zaczęła się opowieść o największym z rodu - Henryku, pytałam jego dzieci, co pośród dziedzictwa, jakie z domu wyniosły, pamiętają najlepiej i cenią najbardziej? Oboje stwierdzili zgodnie, że ten główny rys (może główny w całej rodzinnej tradycji), to "wierność prawdzie", której wszakże, nie zapytani, nigdy by tak nie nazwali. Dlatego, że owa wierność była po prostu w domowym powietrzu, którym oddychano, urabiały ją w dzieciach gesty dezaprobaty, uśmiechy zadowolenia na twarzach rodziców, nade wszystko zaś to, że przed dziećmi niczego nie ukrywano. - O Katyniu wiedziałem od pierwszego dnia - powiada prof. Jerzy. - O tym, że podczas wojny ukrywali się u nas Żydzi, dowiedziałem się po wojnie, ale fakt, że ojciec był wcześniej przeciwnikiem getta ławkowego, kształtował mój stosunek do innych.

CAMBRIDGE, GOŁĘBIA, BRONOWICE

Henryk Niewodniczański, urodzony w roku 1900, już przed wojną zasłynął ważnym w fizyce atomowej odkryciem tzw. dipolowego promieniowania wzbronionego ołowiu, za co otrzymał nagrodę od prezydenta Mościckiego i kupił kawałek ziemi nad Jeziorem Trockim. Miał za sobą studia w Uniwersytecie Stefana Batorego, poprzedzone udziałem w wojnie bolszewickiej, dalsze kształcenie w Tubingen, doktorat, habilitację, krótkie kierowanie katedrą w Uniwersytecie Poznańskim. To ostatnie zajęcie przerwało Henrykowi Niewodniczańskiemu zaproszenie lorda Rutherforda do jego laboratorium w Cambridge. Młody polski badacz znalazł się tam tuż po śmierci gospodarza, ale w słynnym laboratorium spędził dwa lata i tam zainteresował się fizyką jądrową. Pierwszego września 1939 roku objął katedrę w Wilnie, rozpoczynając działalność dydaktyczną na tajnych kompletach.

"Siedemnastym transportem emigracyjnym" rodzina Niewodniczańskich, a byli już dwaj synowie, wyjechała z Wilna, by znaleźć się na rok we Wrocławiu, gdzie profesor dostał pracę w uniwersytecie stanowiącym jeszcze wtedy całość z politechniką, wydziałem lekarskim, rolniczym itd. Niedługi to był epizod, gdyż w roku 1946 "ściągnął" Henryka Niewodniczańskiego Uniwersytet Jagielloński. Laboratorium fizyczne przy ulicy Gołębiej, jak i wszystkie inne, było po wojnie ogołocone. - Ojciec uzyskał możliwość naukowego szabru, jak to pobłażliwie nazywa prof. Niewodniczański junior, czyli wyprawiania się do fabryk i magazynów uczelnianych na terenie Niemiec, by tam rewindykować albo kupować, za słoninę czy inne doraźnie potrzebne towary, cenną aparaturę naukową. Wyprawy były, na ile się dało, trzymane w tajemnicy przed aliantami.

Niebawem zaczęło się tworzenie w Polsce atomistyki, do czego podstawą były dwa otrzymane od Związku Radzieckiego dary: reaktor oraz cyklotron. Oba urządzenia miały znaleźć się w Warszawie. Staraniem profesora Niewodniczańskiego drugie z nich otrzymał Kraków, zaś argumentem za taką decyzją był fakt, że to właśnie on zbudował pierwszy w Polsce mały cyklotron, który był wówczas urządzeniem oryginalnym, a pracuje już z górą 50 lat. Wokół nowego, dużego, wyrósł ośrodek fizyki jądrowej, bronowicki Instytut im. Henryka Niewodniczańskiego.

Patron, nieżyjący od roku 1968, pozostawił bogaty dorobek w publikacjach i liczne naukowe potomstwo, o którego umysły i dusze bardzo się troszczył. We wspomnieniach uczniów pozostały: wielka pracowitość mistrza, wielka troska o rozwój uczniów i współpracowników, skromność i udzielający się otoczeniu zapał w przenikaniu tajników materii.

POTOMSTWO

Do dziś uprawia fizykę średni z trójki rodzeństwa, mój rozmówca, prof. Jerzy Niewodniczański. Ojciec pragnął, żeby dzieci poszły jego śladem. Jerzy - zapalony turysta, przewodnik najpierw po Krakowie, potem po Tatrach - interesował się raczej naukami o Ziemi, a przede wszystkim chciał poznawać świat, podróżować. Kiedy w Akademii Górniczo-Hutniczej powstała sekcja geofizyki, przeczytał akurat książkę Edwarda Stenzla z podobnego zakresu i... został geofizykiem. Znał "zajęcia fizyka" z dziecinnych wspomnień, kiedy to rodzina mieszkała w obrębie instytutu przy ulicy Gołębiej, głównie tak fascynujące, jak dmuchanie szkła na rozmaite urządzenia, jakich wówczas nie można było kupić.

Prof. Jerzy Niewodniczański ma duży dorobek naukowy, jest członkiem towarzystw międzynarodowych, od roku 1992 kieruje Państwową Agencją Atomistyki. W roku 1980 związał się z krakowską "Solidarnością", później z Unią Demokratyczną.

Najstarszy brat Tomasz chciał być budowniczym okrętów. Poszedł jednak na fizykę, zrobił doktorat w Zurychu i, powróciwszy na krótko do kraju, uciekł za granicę. Przez rok pracował w Heidelbergu, następnie trzy lata w Darmstadt, gdzie prowadził budowę akceleratora ciężkich jonów, urządzenia wielce cenionego przez fizyków. Kiedy po ukończeniu budowy zaproponowano mu, żeby był eksploatatorem, "takim lepszym hydraulikiem", on skorzystał z propozycji swego teścia, właściciela browaru w Niemczech i zajął się tym przedsiębiorstwem. Jeden z synów jest już "browarnikiem z wykształcenia". Dzisiaj dr Tomasz Niewodniczański "jest w pewnym sensie naukowcem", mówi najstarsza z rodzeństwa, pani Justyna. Kolekcjonuje dawne mapy polskie i posiada ponoć największy ich zbiór, a także inne polonica. Uczestniczy w zjazdach kolekcjonerów wygłaszając referaty "czysto naukowe". Jest badaczem, tego co zbiera i nawiązuje do rodzinnej tradycji zainteresowania Ziemią, górami, a także do humanistycznych pasji matki.

Pani Justyna urodziła się po wojnie. Kiedy rozważała studiowanie prawa, ojciec się oburzył: - W kraju bezprawia nie możesz. Kiedy indziej mówił, że skoro jeden syn jest fizykiem, drugi geofizykiem, trzecie dziecko mogłoby być... astrofizykiem. Córka zrobiła w Uniwersytecie Jagiellońskim doktorat z fizyki ciała stałego. Pracowała naukowo w Warszawie i Austrii, kiedy jednak przyszła na świat trójka dzieci, coraz trudniej było godzić wielogodzinne pomiary w laboratorium z domowymi obowiązkami. Dzisiaj jest znacznej rangi urzędnikiem Fundacji im. Stefana Batorego. Mąż pani Justyny, Jan Blinowski, jest profesorem fizyki w Uniwersytecie Warszawskim. Sporo poszlak wskazuje, że fizykiem może zostać jeden z synów państwa Blinowskich. Wśród dzieci starszych braci także pewnie znajdują się kontynuatorzy rodowych karier akademickich. Większość najmłodszego dziś pokolenia dziedziczy miłość do Tatr. Prof. Henryk Niewodniczański zbudował w górach dom, dokąd jeździli wszyscy w wolne dni, choć nie było ich wiele. - Tam ojca mieliśmy dużo, jakkolwiek fizyce nie zamykano wstępu, owszem, bywali koledzy, uczniowie, niejeden laureat Nobla.

- Nasz dom był domem ciężkiej pracy, to zgodna opinia rodzeństwa. Ojciec chodził do instytutu rano i po południu. Matka prawie zawsze pracowała na dwu lekarskich etatach. Dzieci uczyły się na przykładach szanować czas i nie spędzać go byle jak. Do Jerzego, który czytywał powieści, ojciec mawiał, że winien oddawać się raczej lekturom książek popularnonaukowych, gdy na naukowe było jeszcze za wcześnie.
Nie żałowano czasu przyjaciołom, a ci rektrutowali się z krakowskich kręgów intelektualnych. Jednym z najbliższych był Antoni Gołubiew, bywający u państwa Niewodniczańskich wraz z żoną. - Imieniny ojca - wspomina prof. Jerzy - odbywały się na trzy raty. Jednego dnia przyjaciele Wilnianie i Wilnianie "przysposobieni". Drugiego dnia część fizyków, która z inną ich częścią nie najbardziej sympatyzowała. Wreszcie rodzina, a kiedyś jeszcze owa druga część kolegów naukowych.

Henryka Niewodniczańskiego pamięta świat nauki oraz ludzie, którzy go spotykali. Syn wzrusza się nieraz oznakami tej pamięci, zastanawiając się, jakie cechy ojca utrwaliły tak mocno jego postać. Myślę, że cały splot rysów charakterystycznych dla tamtej generacji uczonych, urodzonych w początkach wieku, wychowanych w aurze niepodległości, tak ogromnie cenionej, doświadczonej przemocą nieludzkiej utopii i zawsze gotowej stanąć do walki, do pracy, do działania dla innych, do każdego zadania, jakie postawi historia. Znaczenia poszczególnych nici owego splotu mogą się przesuwać, lecz rysy dominujące w postawach ludzkich trwają.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadawanej cyklicznie w Programie I Polskiego Radia SA, sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej.

Uwagi.