Na zakończenie
Dogasające stulecie było świadkiem największych i najokrutniejszych wojen w dziejach ludzkości, ale też spełniło marzenia wielu państw i narodów o wolności i suwerenności. Najdobitniejszym tego przykładem jest pojawienie się na politycznej mapie globu tzw. Trzeciego Świata. Niestety, wiele innych narodów przez znaczną część XX wieku było tych podstawowych swobód pozbawionych. Ogromna ilość konfliktów lokalnych i powstań wewnętrznych, które przewaliły się przez wszystkie kontynenty, świadczy o tym najlepiej. A jak przedstawia się w dwudziestym stuleciu sprawa rozwoju nauki? Współcześni uczeni mają się zapewne czym pochwalić, niemniej jednak to poprzedni wiek pozostaje nadal niepobity pod względem ilości istotnych odkryć naukowych i rozwiązań technicznych. Nauka XX wieku udowodniła nam naszą małość i znikomość, poszerzyła granice naszej niewiedzy, zrelatywizowała wiele pojęć i teorii, zachwiała fizycznymi fundamentami znanego nam świata. Przy tym niewiele zaoferowała na pociechę. Osiągnięcia genetyki, biologii molekularnej i medycyny budzą raczej zgrozę niż nadzieję na dłuższe i zdrowsze życie. Ludzie niejednokrotnie już bowiem w swej historii udowodnili, że mają inklinacje do oddawania swych najszlachetniejszych dokonań w ręce nieodpowiedzialnych szaleńców. Przekonanie tzw. opinii publicznej, że tym razem może być inaczej, nie będzie łatwe, gdyż masowy odbiorca informacji ulega presji goniących za sensacją mediów. O właśnie! Niewątpliwą "zasługą" mijającego wieku jest informacyjno-komunikacyjny kokon, w jaki opleciony został nasz glob. Jak jednak osądzi tę sprawę "późny wnuk", trudno powiedzieć. Szybkość przekazu informacji i tempo, z jakim się dziś poruszamy, powoduje przenikanie wzorców kulturowych. Znakiem naszych czasów będzie z pewnością amerykanizacja kultury światowej. Jej nośnikami są: język angielski - współczesna łacina - amerykańska myśl techniczna, media oraz Hollywood. Dla rozprzestrzeniania się wzorców zza oceanu nieobojętna jest również pozycja USA jako mocarstwa gospodarczego i militarnego. Wiek XX był okresem nieznanego wcześniej w dziejach przełomu obyczajowego. Rewolucja seksualna zapoczątkowana w Zachodniej Europie, a przejęta i poniesiona na sztandarach przez amerykańskie dzieci-kwiaty, doprowadziła do zachwiania i wywrócenia na nice odwiecznych norm społecznych. Dlatego wchodzimy w kolejne stulecie z bagażem jednopłciowych małżeństw i zbrodni seksualnych. To wszystko wyczytać można na kartach najnowszego dzieła naszego słownikarza. I więcej jeszcze. Bo jest ta książka czymś w rodzaju syntezy - oczywiście, bardzo subiektywnej - burzliwych dziejów naszego stulecia. (mer) Władysław Kopaliński, Słownik wydarzeń, pojęć i legend XX wieku, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1999.
Historia bez dat
Historia pełna dat, opisów wydarzeń, które dziś przeciętnego czytelnika niewiele obchodzą, z których nie potrzebuje nic zapamiętać, jest zmorą studentów i uczniów przygotowujących się do egzaminów. Coraz częściej mówi się, że nie poszczególne fakty są ważne, ale zrozumienie relacji między nimi. Z tego założenia wyszli też autorzy pomysłu na serię książek. Realizacji podjęli się profesorowie Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Czy książka dotycząca historii, w której liczba dat ograniczona jest do niezbędnego minimum, może być interesująca? Jaką drogą powinno pójść przybliżanie historii? Bogusław Wołoszański, autor popularnych programów telewizyjnych, za trafną metodę popularyzacji historii uznał pokazanie dużej liczby szczegółowych, mało znanych faktów. Układa z nich, jak z klocków, wydarzenia. Wplata w tok opowieści własne domysły, stawia pytania i nie daje na nie odpowiedzi. Historia w jego wydaniu jest historią sensacyjną. Dobrze się ją przyswaja, pozwala zrozumieć poszczególne wydarzenia w dziejach, ale nie całe dzieje. Wydawnictwo Poznańskie wybrało inną drogę. Proponuje historię bez dat i szczegółów. Tomasz Schramm stara się podsumować nasze krótkie stulecie. Stulecie, które nie zaczyna się w 1901 roku i nie kończy w roku 2000. Podsumowania nie zawsze bywają barwne, czasami jednak przynoszą zaskakujące, odkrywcze wnioski i oryginalne interpretacje. Taki jest w końcu sens pisania syntez historycznych. W tym wypadku nie mamy jednak do czynienia z odkrywczą syntezą. Z naukowego punktu widzenia książka Schramma nie wnosi zbyt wiele. Natomiast posiada niewątpliwe walory popularyzatorskie i edukacyjne. I chyba o to autorowi chodziło. Przybliża historię i pomaga zrozumieć jej drogi nie poprzez nagromadzenie sensacyjnych faktów, ale przez systematyczny wykład, w którym pokazuje zależności między poszczególnymi procesami historycznymi naszego wieku. Uwzględnia przy tym, zgodnie z założeniami serii, uwarunkowania polityczne, społeczne, gospodarcze i kulturowe. Dlatego niektóre informacje powtarzają się w różnych rozdziałach. Jeżeli uznamy, że książka ta ma pomóc w zrozumieniu biegu dziejów, czyli uznamy jej walor edukacyjny, nie będzie to zarzut. Historia bez dat nie jest może bardziej interesująca i mniej niż historia sensacyjna wciąga czytelnika, ma jednak zalety, które pozwolą jej znaleźć krąg odbiorców. Będą to ci, których odstrasza widok opasłych tomów tradycyjnych historycznych syntez oraz studenci i uczniowie, liczący na to, że krótkie podsumowanie pozwoli im szybciej opanować materiał do egzaminów. (pik) Tomasz Schramm, Historia powszechna. Wiek XX, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1999, seria: Zrozumieć Dzieje.
Polityka rozsądku
Omawiana pozycja składa się z części poświęconej europejskiej i amerykańskiej myśli konserwatywnej oraz części dotyczącej Polski. W tej drugiej autor pokazuje drogę polskich konserwatystów poprzez ich stosunek do takich węzłowych punktów naszej historii, jak Konstytucja 3 maja, powstanie listopadowe, rewolucje 1846 i 1848 r., powstanie styczniowe, rewolucja 1905 r. i bolszewicka, aż po odzyskanie niepodległości w roku 1918, II wojnę światową i okres powojenny. Droga ta prowadziła wąską ścieżką między "otchłaniami wstecznictwa i przewrotu". Autor prezentuje bogactwo ugrupowań zachowawczych we wszystkich trzech zaborach i partii konserwatywnych po roku 1918, czasopisma, z którymi były one związane, różnice poglądów, jakie występowały między tymi środowiskami. Wyznacza też linię, która jest mu - jak się wydaje - najbliższa. Przebiega ona od stanowiska takich publicystów i polityków jak Wielopolski, Popiel i Helcel, poprzez warszawskie środowiska "Niwy" i "Słowa", po założone w roku 1919 Stronnictwo Prawicy Narodowej. Książka pokazuje nie tylko historię rozwoju myśli konserwatywnej od końca XVIII w. po lata 80. naszego stulecia, lecz także historię polityczną Polski z zupełnie odmiennego punktu widzenia. O tym, że utrwalona w naszej historiografii dychotomia: niepodległość i kultywowanie tradycji irredentystycznej albo narodowa apostazja i ugoda, jest zasadniczo błędna, wiedzieli konserwatyści połowy XIX w. - pisze Szlachta. Sprzeciwiali się oni "polityce uczucia", spiskom i rewolucjom, epatowaniu niepodległością, konstruktywizmowi, panslawizmowi, proponując "politykę rozsądku", obronę zasad, tradycji narodowych, podjęcie aktywności w instytucjach państw zaborczych, rozwijanie sił organicznych narodu. Mankamentem książki jest rozpatrywanie poglądów, wystąpień i działań politycznych konserwatystów w oderwaniu od poglądów i działań innych ugrupowań. Nie jest to zasadą. Omówiono np. ciekawie dyskusję publicystów "Niwy" z liberałami. Poza tym, kontekst ten daje się odtworzyć z obszernych przypisów. Drugi mankament to brak kulturowych konsekwencji działań zachowawczych. Autora interesuje niemal wyłącznie polityka. Mimo sygnalizowanych braków, ta dobrze napisana książka jest ważnym źródłem wiedzy o historii polskiej myśli zachowawczej, wiedzy, którą powinni posiąść współcześni konserwatyści. (fig) Bogdan Szlachta, Konserwatyzm. Z dziejów tradycji myślenia o polityce, Wyd. DANTE ARARAT, Kraków - Warszawa 1998.
Czy technologia może być piękna?
W swoich rozważaniach Gelernter wybiega także w przyszłość. Opisując Lifestream, skomplikowany i wszechmocny projekt informatyczny, który powstał w Yale, uznaje, że tylko kilka lat dzieli nas od podporządkowania całego ludzkiego życia wirtualnemu technopolowi: Wszystkie dokumenty, z jakimi kiedykolwiek miałeś do czynienia, widzisz przed sobą w uporządkowanym chronologicznie strumieniu, sięgającym od tej właśnie chwili do momentu twojego urodzenia. (...) Możesz podróżować w przeszłość lub kierować się w przyszłość, by zobaczyć, co musisz zrobić w przyszłym tygodniu lub za dziesięć lat. Masz przed oczyma całe swoje cybernetyczne życie. Niezwykle istotny dla Gelerntera jest - pomimo wszystko - jego dystans do technologii jako takiej. Naukowiec z Yale nie powiela na szczęście "umysłowych wypocin" nowoczesnych technokratów, stawiających komputer na piedestale współczesnego życia. Wnioskuje raczej, aby w edukacji przyszłych inżynierów, architektów, programistów nie zapominać o solidnych podstawach artystycznych. Prawie każda instytucja umieszcza w swym centrum elektronicznego Forda T, niezgrabny kształt taniej konstrukcji, czcząc go niczym świętość. Nawet, gdy trafi się w tym towarzystwie niezwykła forma - np. iMac, wyglądający wśród "pecetów" jak dzieła Caravaggia pomiędzy pejzażami landszafcistów z rynku w Kazimierzu Dolnym - pozostaje ona jedynie opakowaniem narzędzia służącego do wykonywania konkretnych, wcale nie najważniejszych, czynności. Pomimo wszystko, przyjemniej pracować na iMac'u niż na ZX Spectrum i to niezależnie od ich możliwości. Tak samo, jak przyjemniej jest pisać Parkerem niż chińskim wyrobem pióropodobnym. Nie da się jednak zastąpić zielonego, wiosennego krajobrazu trójwymiarową grafiką, a skalistych gór plastikową ścianą dla wspinaczy. Technologia jest użyteczna, może także i piękna, ostatecznie jednak jej miejsce w społeczeństwie uzależnione jest od dominującego modelu kultury. A to już temat na całkiem inną opowieść. (kpuch) David Gelernter, Mechaniczne piękno. Kryterium estetyczne w informatyce, tłum. Alek Radomski, Wydawnictwo CiS & Wyd. W.A.B., Warszawa 1999, seria: Masterminds.
Ideału nie ma
Połowa sukcesu (no, może to trochę przesada), to nakreślenie pola badawczego i postawienie problemu. Druga to realizacja badań i ich podsumowanie. Tę pierwszą połowę w stu procentach wykorzystali socjologowie, którzy w ramach kilkuletniego, finansowanego przez Komitet Badań Naukowych grantu zajmowali się studiami dotyczącymi obrazu kultury polskiej - traktując ją jako kulturę dominującą, a zarazem obcą - w świadomości zbiorowości mniejszościowych. Ale tu nie obejdzie się bez uwagi, że ta kategoria została potraktowana w książce bardzo niejednorodnie. Obok mniejszości narodowych i grup etnicznych (Białorusini, Ukraińcy, mieszkańcy Śląska Opolskiego, Górnoślązacy; wyraźnie brakuje Żydów, Litwinów, Kaszubów), badano także grupy permanentnego ubóstwa i kontestującą młodzież subkulturową, ale także środowisko ludzi tworzących tzw. teatr alternatywny. To już chyba przesada bądź próba włączenia do grantu badań ciekawych, ale cokolwiek na inny temat. Z drugą połową jest też dobrze, ale i tu trzeba zgłosić kilka uwag. Książka jest dziełem naukowym, podsumowaniem badań, więc takim też posługuje się językiem. Ale przy czytaniu niektórych artykułów z westchnieniem przypomina się umiejętność Władysława Tatarkiewicza pisania o sprawach trudnych (a nawet o wiele trudniejszych) językiem prostym i zrozumiałym. W socjologii takie talenty też się trafiają, żeby wspomnieć tylko klasyczne prace Bronisława Malinowskiego. Kolejna rzecz to refleksja, kiedy zamiast zwrotu "przeprowadzono badania" czytamy, że przeprowadzono 20 wywiadów (oczywiście, pogłębionych) i na dodatek tylko z młodymi kobietami. Czy to zatem były badania, czy tylko poprzedzający je pilotaż? Trudno powiedzieć. Ale cóż, o ideał trudno, a dla zrozumienia relacji międzykulturowych i takich przykładów jak choćby ten o starym Ślązaku - w czasie wojny został on wcielony do Wehrmachtu, a po wielu latach pojechał do Niemiec starać się o przyznanie za to renty, ale kiedy dowiedział się, że musi zamieszkać tam jakiś czas powiedział: - U was nie zostanę - które pozwalają zrozumieć jak skomplikowana to materia i jak subiektywnymi rządząca się odczuciami, po książkę sięgnąć warto. (as) Janusz Mucha (red.) Kultura dominująca jako kultura obca. Mniejszości kulturowe a grupa dominująca w Polsce, Oficyna Naukowa, Warszawa 1999.
Książki nadesłane
|
|
|