Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 6/1999

Po co kończyłem te studia?
Poprzedni Następny

Piotr M?ldner-Nieckowski


Fot. Stefan Ciechan

Podkowa Leśna. Niedaleko mnie, dosłownie trzy przecznice dalej mieszka znany znachor N. Jego liczni klienci przejeżdżają obok mojego domu i nieraz się zatrzymują. Nie bacząc na wyraźną tabliczkę, informującą, że jestem lekarzem, dzwonią do furtki, żeby zapytać: "Jak dojechać do doktora N.?"

Doktora N.! Mój Boże. Pamiętam szczęście w oczach moich rodziców, kiedy przyszła wiadomość, że dostałem się na medycynę. Ojciec, który wcale nie był sentymentalny ani przesadny w ocenach rzeczywistości, ale za to troszkę staroświecki, zamówił dla mnie wizytówki z napisem "student medycyny". Mam je do dzisiaj w pudełku zawiązanym czerwoną tasiemką.

To była duża sprawa. Ziściły się marzenia rodziny, a jeden z kuzynów, któremu egzaminy na studia jakoś się nie udawały, powiedział z nutką złośliwości: "Podołasz, stary, podołasz". Nikt nie brał pod uwagę, że czeka mnie trzydzieści ciężkich lat dorabiania się tego, co mój sławny sąsiad osiągnął w ciągu miesiąca. Dwustu kolegów z mojego roku miało podobne nastawienie. Nikt nie liczył na to, że będziemy się schylać po pieniądze leżące na ulicy. Pewnie dlatego na co dzień przekonywaliśmy się wzajemnie, że medycyna daje nam otwarcie na świat niedostępny dla innych, w dużej mierze hermetyczny i jednocześnie bardzo ludzki. Sposób myślenia o człowieku, zaszczepiony już na zajęciach z anatomii, tak dalece różnił się od tego, z jakim wchodziliśmy na uczelnię, że czuliśmy się wyróżnieni.

Po trzecim roku studiów, kiedy miałem za sobą pierwsze urzekające doświadczenia z kliniką, po raz pierwszy boleśnie zetknąłem się ze znachorem. Żona chorego znajomego zabrała męża ze szpitala i zawiozła na Saską Kępę do pana, który leczył kolorową wodą. Ja, student z mizerną wiedzą i słuchawkami jako wyposażeniem, miałem stanowić osłonę lekarską, bo pacjent był w ciężkim stanie. Na drzwiach "gabinetu" widniała kartka: "Za leczenie pieniędzy nie przyjmuję". Wkrótce okazało się, że uzdrowiciel pieniądze przyjmuje, ale za wodę z kranu. Chory nie przetrzymał tej kuracji, choć miał szansę na wyleczenie chirurgiczne, z którego świadomie i za zgodą otoczenia zrezygnował na rzecz wyimaginowanej siły wyższej. Wiem, miał tylko cień szansy, ale szeptana propaganda zabrała mu nawet i to. Młody nadwrażliwiec musiał odebrać tę historię jako pierwszą w życiu, powalającą klęskę, z którą nie pogodził się do dziś.

Od tamtej pory w mojej bibliotece rozrastała się półka z publikacjami na temat znachorstwa, medycyny niekonwencjonalnej, lecznictwa ludowego i niedostatków sztuki lekarskiej. Powiedziano i napisano o tym już tyle, że właściwie nie ma dziś żadnych problemów ze zdefiniowaniem odpowiednich pojęć czy określeniem stosunku do licznych zagadnień szczegółowych, w tym prawnych. Powtarzanie tego po raz kolejny może wydawać się bezsensowne, a jednak wciąż istnieje kwestia, z którą lekarze nie do końca dają sobie radę, cóż dopiero pacjenci, nagle wyrwani ze schematu codzienności. Chodzi o pytanie, jakie pacjent zadaje lekarzowi: czy warto "z tym" (to znaczy z chorobą) iść na przykład do doktora N.?

Doktora N.! Mój Boże. Przecież po pierwsze nie jest doktorem, po drugie jest doktrynerem, głoszącym, że potrafi leczniczo namagnetyzować wodę (także za pośrednictwem telewizji), po trzecie może odciągnąć od leczenia, po czwarte zmusza do zachowań niebezpiecznych, po piąte zmniejsza zaufanie do medycyny, a także bierze pięć razy tyle, co lekarz. W dodatku, jeśli pacjent tak stawia pytanie, to znaczy, że już dawno postanowił iść do healera albo już nawet u niego był. Co robić, co odpowiedzieć?

Rzecz polega na tym, że nauka na szczęście dobrała się i do znachorów. Mamy w tym względzie wiele do zawdzięczenia między innymi psychologowi L. Mellibrudzie i socjologowi M. Sokołowskiej, którzy podali znaczące wnioski z badań pacjentów leczonych przez uzdrowicieli. Okazało się, że wyniki oddziaływania znachorów są co prawda krótkotrwałe, ale niekiedy istotne. Mogą poprawić samopoczucie pacjentów akurat na taki okres, jaki jest potrzebny lekarzowi i jeśli nie skłaniają do wyrzeczenia się usług medycyny, to nie powinny być szkodliwe.

A więc jest odpowiedź: dobry lekarz potrafi to wykorzystać. Wiadomo - nastawienie pacjentów do choroby odgrywa nieraz kluczową rolę w zdrowieniu, dlatego nie należy, a czasem wręcz nie wolno rezygnować z możliwości poprawienia stanu ich ducha i uruchomienia nadziei w chorobie, bez względu na przyjętą metodę. Wiara w przyszłość jest nieoceniona.

Niech zatem chodzą do znachorów, ale, uwaga, do mnie przede wszystkim, bo to ja mam tym kierować, a nie uzdrowiciel. Po to kończyłem studia, żeby kiedyś tego właśnie się nauczyć. Postulat niemiłego kuzyna został spełniony: przynajmniej z tym się uporałem.

e-mail: pmuldner@mp.pl

Uwagi.