 |
Teraz dopiero cenzura zaczyna być problemem. Pomyślmy bowiem:
całą literaturę publikowaną oficjalnie w PRL można uznać
za ocenzurowaną i byłoby zasadnym pytanie o to, jak wygląda oryginał
Leszek Szaruga
Tak naprawdę, jako autor miałem do czynienia z cenzurą raz tylko i to już w późnej fazie jej istnienia w PRL, w latach osiemdziesiątych, na łamach "Znaku", gdzie opublikowałem esej z pewną ilością myślników w nawiasach kwadratowych, którym to znakiem umówiono się oznaczać ingerencje. Przedtem cenzura nie dotknęła mnie nigdy, wyjąwszy oczywiście okresy, w których samo moje nazwisko obejmowane było "zapisem" - wtedy spadały całe teksty; nigdy jednak nie pokiereszowano mi tekstu.
Ów "zapis" na nazwisko dopadł mnie wiele razy, jeden wszakże wypadek zasługuje na odnotowanie. Otóż złożyłem swego czasu - mógł być rok 1974 - w redakcji "Nowego Wyrazu" obszerny poemat, na którego publikację co prawda nie liczyłem, lecz chciałem go pokazać kilku znajomym, a przy okazji, po drodze niejako, udając niewiniątko, jednak druku spróbować. Dlaczego nie? W końcu zdarzały się takie właśnie "niewiadomymi drogami" chodzące sukcesy w walce z cenzurą; do nich należy bez wątpienia fakt, że między Łabą i Kamczatką Polska była jedynym miejscem, gdzie udało się (co najmniej trzykrotnie, a to już nie był chyba ani przypadek, ani szczęśliwy traf)) wydrukować zakazany wiersz Bertolta Brechta Rozwiązanie w tłumaczeniu Ryszarda Krynickiego, w którym to wierszu radzono partii, by rozwiązała naród i wybrała sobie nowy.
SAMOWOLKA
Nie byłem jedynym, który liczył po cichu na zmęczenie cenzora, na osłabienie jego uwagi, na jego znudzenie tekstem poetyckim (jak informowano wtajemniczonych, zasady tropienia nieprawomyślności w lirycznych szyfrach wykładał cenzorom jeden z luminarzy ówczesnej polonistyki: ot, przyczynek do odpowiedzialności naukowców za konkretne działania wspierające komunizm - nie jakieś tam ideowe czy ideologiczne bełkotanie, lecz solidne, fachowe przygotowywanie kadry niszczącej polską myśl, wykłady dla cenzorów, ekspertyzy w procesach politycznych itp., itd.). Miałem więc - niewielką ale jednak - nadzieję, że mimo wszystko tekst poematu jakoś się przemknie, tym bardziej, że władzy zależało wtedy na jakimś ułożeniu się z młodymi pisarzami - może nawet myślano o ich "kupieniu", w każdym razie starano się "nie zadrażniać", co można było, przy odrobinie szczęścia, wygrać dla siebie.
Zupełnym przypadkiem wpadłem pewnego dnia do redakcji - ot, po drodze gdzie indziej, mały przystanek na pogaduchy. Siedzę, rozmawiam, wtem ktoś zagląda do pokoju i mówi: "O, jesteś, to może od razu zrobisz korektę swego tekstu". I daje mi tekst, a ja widzę, że to jakaś siekanina a nie mój poemat. No nie, pomyślałem od razu, ten numer nie przejdzie. I mówię, że jeżeli tak, to ja raczej wycofam całość, niźlibym miał tak pokancerowany utwór na świat wypuścić. Zrobiło się nieprzyjemnie, zaś nieprzyjemność polegała na tym, że ja przecież takiej decyzji podjąć nie mogłem, gdyż nie mogłem wiedzieć o ingerencjach cenzury, które to ingerencje wszak były tajne. A tu oto o tych ingerencjach wiedziałem i swą decyzją jakby je odtajniałem, co było tym bardziej głupie, że tekst ocenzurowanego poematu, uzgodniony z redakcją, został zatwierdzony przez cenzora i wszystko miało być tak, jakby nigdy nic nie było. Było po cenzurze, terminy goniły, w środku numeru zrobiła się dziura, którą trzeba było czymś cenzuralnym zapełnić, przesłać znów całość do urzędu na ulicę Mysią i uzyskać ponownie zgodę na druk tak przemodelowanego numeru. Jak widać, samowolka, na którą sobie pozwoliłem, uruchamiała całą machinę, wymagała ponowienia całego cyklu cenzorskiego. Dziś to rzecz niezrozumiała, niepojęta i niewyobrażalna. I tak niech już lepiej zostanie.
MARKS W OŚWIĘCIMIU
Wtedy jednak za taką samowolę i nieprawomyślność poniosłem kolejną karę, polegającą na zablokowaniu pozostałych moich tekstów. Byłem jednak do tego przyzwyczajony - od chwili debiutu "podpadłem" i w związku z tym publikowano mnie falami: po zakazie nagle zwalniano mi teksty, pojawiała się ich cała masa, bo przecież leżały po redakcjach, a wtedy któryś z towarzyszy wściekał się na to, że jest jakiś "festiwal Szarugi" i znów blokowali. Ale kłopotów z wycinaniem mi tekstu, dopisywaniem doń rzeczy, których w nim nie było (a i takie wypadki wszak do rzadkości nie należały - praca cenzora to nie była żadna mechaniczna robota, lecz na swój sposób działalność twórcza, kreatywna!), nie miałem. Jak już coś szło, to szło w całości: albo tak dobrze mnie wytresowano, że umiałem się dopasować do istniejących możliwości, albo miałem szczęście, o tym trudno dziś przesądzać. Tylko w wypadku tego poematu poszło o wszystko. Przede wszystkim jednak poszło o refren.
Otóż bohaterowie tego utworu co pewien czas, maszerując ulicami miast, śpiewali pieśń, w której zderzone zostały dwa hasła:
Praca czyni wolnym.
Wolność to
Uświadomiona konieczność.
Ten refren, rzecz jasna, wyleciał z hukiem. Pomysł, by skojarzyć ze sobą napis z bramy obozu koncentracyjnego w Auschwitz z formułą wyjętą z pism Karola Marksa (wbijaną zresztą do głów na wszelkich zajęciach "z filozofii", a przez to powszechnie znaną), musiał się wydać cenzorowi co najmniej świętokradztwem, jeśli nie wręcz prowokacją. I prawdę mówiąc, byłbym poważnie zaskoczony, gdyby mimo wszystko udało się taką kompozycję wówczas oficjalnie opublikować. Ingerencja cenzora mnie nie zaskoczyła, a można powiedzieć, że mi pomogła, dlatego, że wyodrębniła całostkę, która zaczęła się "bronić" sama. Co prawda, nie opublikowałem dość rozbudowanego poematu, ale jest też prawdą, że niedługo potem "znielubiłem" długie poematy. W efekcie, z wyciętego fragmentu powstał odrębny, krótki wiersz o Arkadii, która zmienia się w Kolonię Karną - mieszkańcy jej śpiewają zdjętą przez cenzora piosenkę. Wiersz doczekał się kilku tłumaczeń i można powiedzieć, że "zrobił karierę". Otóż nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bez opisanej interwencji cenzury i mojej na nią reakcji, czyli interwencji na interwencję - co zresztą było czystym przypadkiem, gdyż moja wizyta w redakcji dzień wcześniej lub później pewnie by tego efektu nie przyniosła - otóż bez opisanego tu ciągu zdarzeń, mój dorobek liryczny byłby zapewne uboższy o wiersz, który przez pewien czas przynajmniej uważałem za ważny.
WKLĘSŁA MOWA CENZORA
Można z powyższej opowiastki wysnuć wniosek, że cenzura nie jest aż tak parszywym wynalazkiem, na jaki wygląda. Rzecz w tym, że to wniosek fałszywy i w dodatku głupi, nie mówiąc już o tym, że niebezpieczny. Oczywiście, zdarza się od czasu do czasu słyszeć opinie stwierdzające, że wszelkie utrudnienia, takie jak mniej lub bardziej wyszukane represje, szykany lub cenzura, mają zbawienny wpływ na kształtowanie środków artystycznego wyrazu, że gdyby nie system zakazów, nie powstałoby takie arcydzieło, jakim są bajki Ezopa, którego imię stało się zarazem określeniem dla "języka ezopowego", jako takiej właśnie metody wysławiania się, która pozwala przemycać zakazane treści w zespole chwytów omijających zakazy. Ezop, niewolnik opowiadający niewolnikom o ich własnym nieszczęsnym losie, nie powinien być brany za wzór przez ludzi wolnych, zaś arcydzieła, których niezbywalnym składnikiem musi być pieprzna przyprawa zniewolenia, niechby raczej nie powstały, niż miałyby być symbolem wzlotów ludzkiego ducha. Co, rzecz jasna, nie zmienia faktu, iż jeśli już są, arcydziełami pozostają, ale tylko wtedy, gdy dla ich zrozumienia nie jest konieczne doświadczenie okoliczności, w jakich powstały.
Wychodząc z tego założenia opublikowałem na łamach podziemnego "Pulsu" - od pierwszego numeru pisma poczynając - cykl felietonów o wspólnym nagłówku: Nie tylko przeciw cenzurze. Nie będąc w zasadzie przez cenzurę nigdy naznaczony, przyjmowałem, że nie może ona dla wychodzącej "poza zasięgiem cenzury" prasy opozycji demokratycznej stanowić punktu odniesienia, gdyż wówczas wszystko, co będziemy pisać, stanie się, jak to trafnie określił w jednym ze swych ówczesnych esejów Jan Prokop, "wklęsłą mową cenzora". Inaczej mówiąc, nie chciałem, by cenzor dyktował mi moje teksty, podobnie jak wcześniej starałem się w trakcie pisania nie brać pod uwagę jego istnienia, gdyż świadomość taka z pewnością skazałaby mnie na rodzaj, nazwijmy to delikatnie, pozy narracyjnej. Oczywiście, to, co pisałem, było skierowane także przeciw cenzurze, ale to niejako po drodze, przy okazji, a nie jako podstawa wypowiedzi. Kwestia cenzury wydawała mi się wówczas tak samo mało interesująca, jak sprawa upadku komunizmu - wiedziałem o tym, że prędzej czy później oba te problemy zostaną rozwiązane, istotne wydawało mi się raczej to, co będzie potem.
Z OKOPÓW
W przestrzeni, w której sam tkwiłem - konkretnie: w przestrzeni literatury - obie te sprawy, komunizmu i cenzury, należały w drugiej połowie lat siedemdziesiątych do przeszłości. Nie znaczy to, że nie liczyłem się z realiami życia w systemie "realnego socjalizmu" (odmowa paszportu, zakazy druku, mniej lub bardziej uciążliwe szykany), bo nieliczenie się z rzeczywistością świadczy o uwiądzie wyobraźni, ale owe realia nie miały - przynajmniej od momentu powstania "drugiego obiegu", a tak naprawdę to dobrych parę lat wcześniej - wpływu na to, o czym i jak pragnę pisać. Wdając się w roku 1980 na łamach "Polityki" w polemikę z Adamem Krzemińskim, który namawiał pisarzy do wyjścia z "okopów" drugiego obiegu, pisałem: Nie należę do "nieprzejednanych". Lecz, póki co, poczekam. Nie dlatego, że mi dobrze w moim "okopie". W okopie w ogóle dobrze być nie może i to porównanie Krzemińskiego nie jest najszczęśliwsze. Poczekam dlatego, że mogę tu być sobą. Wybierając ten zawód człowiek i tak ryzykuje całym swoim życiem. Tym bardziej, iż zgoda na ingerencje cenzorskie w teksty poetyckie byłaby dla mnie czymś zgoła tak dziwacznym, jak zgoda na wycinanie fragmentów wywodu logicznego. Porównanie o tyle wtedy dla mnie istotne, że właśnie po raz drugi podpisywałem umowę z Wydawnictwem Literackim na wydanie zdjętego już raz przez cenzurę, debiutanckiego (z punktu widzenia "legalności" publikacji) tomu wierszy, zatytułowanego Dowód osobisty - nie godziłem się na modelowanie przeprowadzanego tu dowodu przez czynnik od osobistego raczej daleki.
Tom zresztą się nie ukazał. Podobnie nie ukazał się tom szkiców poświęconych socrealizmowi, a złożony w WL w roku 1977. Czujny recenzent wewnętrzny, jakim był wówczas Jacek Kajtoch, pracownik UJ zresztą, ostrzegał wydawcę: Zmierzam zatem do konkluzji: realizm socjalistyczny w naszej literaturze z pewnością zasługuje na rzetelne, udokumentowane studium historyczno-literackie. Z wielu przesłanek wnoszę, że jeszcze nie nadszedł czas przychylny dla rzeczowego przedstawienia problemu. Trzeba byłoby przecież pokazać społeczny kontekst rewolucji kulturalnej w Polsce, poglądy przywódców, np. Bieruta i Bermana, konsekwencje dla literatury walki z tzw. prawicowym odchyleniem, politykę kulturalną państw ościennych. To jedna przyczyna ostrożności przy podejmowaniu takich tematów. A druga: realizm socjalistyczny jest doktryną nadal obowiązującą we wszystkich państwach RWPG z wyłączeniem Polski, interpretacja tej doktryny jako kultury epoki totalitaryzmu ma konsekwencje wykraczające poza granice naszego kraju, mogłaby spowodować niebezpieczne reperkusje. Mogłem, rzecz jasna, zaproponować książkę "podziemiu", ale wtedy były to początki, nie miałem śmiałości wpychania się między Andrzeja Kijowskiego i Stanisława Barańczaka. Potem o tych szkicach zapomniałem - życie pobiegło dalej, a lukę w badaniach nad socrealizmem wypełniają teraz liczni profesorowie, z Jackiem Trznadlem i Wiesławem Pawłem Szymańskim na czele, i mogą to czynić nie ograniczani, na szczęście, żadnymi zakazami cenzury.
Ale tak naprawdę, gdy się nad mymi cenzuralnymi doświadczeniami pochylam, nie mogę dojść do żadnych budujących wniosków. Po prostu cenzura nigdy dla mnie nie istniała, a jej oficjalne zniesienie nie było tym samym żadnym powodem do świętowania. Stało się, co stać się musiało. Teraz dopiero cenzura zaczyna być problemem. Pomyślmy bowiem: całą literaturę publikowaną oficjalnie w PRL można uznać za ocenzurowaną i byłoby zasadnym pytanie o to, jak wygląda oryginał.
|