 |
Autocenzura weszła nam głęboko w krew i w nawyk. Dziś niezmiernie
trudno o prawdziwą niezależność intelektualną i badawczą
Tomasz Wituch
Redakcja "Forum Akademickiego" zaprosiła mnie do zabrania głosu w sprawie funkcjonowania cenzury politycznej w środowisku akademickim w czasach PRL. Rzecz jest trudna do zreferowania. Jednocześnie stanowi kwestię życiowo ważną dla atmosfery intelektualnej polskich środowisk humanistycznych. To prawda, że minęło już dziesięć lat od zniknięcia z naszego życia intelektualnego tej tkanki rakowej, jaką była cenzura polityczna państwa komunistycznego, jednak mimo upływu lat panuje w tej sferze zastanawiająca i wymowna cisza. Milczenie to jest zwiastunem niepokojącym, chorobowym. Powściągliwość środowisk akademickich świadczy, że wciąż nie jesteśmy intelektualnie wolni. Można odnieść wrażenie, że epoka transformacji z lat 1989-1991 nie została jeszcze zamknięta, przezwyciężona.
Margines swobody
Historia była i jest nauką polityczną. W czasach komunistycznych zawodowi historycy byli na "pierwszej linii frontu ideologicznego". Nadzór partyjny nad naukami społecznymi był teoretycznie bardzo ścisły. W praktyce decydowały jednak względy ludzkie. Mojemu środowisku zawodowemu muszę oddać sprawiedliwość i stwierdzić, że pozostawiało bardzo znaczny margines swobody - zwłaszcza młodszym adeptom. Nie tu miejsce na szczegóły. Wystarczyło omijać "niebezpieczną", tematykę badawczą. Ja świadomie, z tego właśnie powodu, wybrałem specjalizację w historii powszechnej, obcej. Tam luzu było najwięcej i rzadkie bywały okazje do wejścia w kolizję z oficjalnymi wykładniami. W moich doświadczeniach dydaktycznych nie ma żadnych ostrych konfliktów sumienia. Zawsze - nawet jako młody asystent - miałem znaczną swobodę wypowiedzi. Odczuwałem to trafnie, jako przywilej i zasługę części starszej kadry. W moim środowisku byli fanatycy marksistowskiej ortodoksji i ludzie o mentalności politruków. Stanowili oni jednak mniejszość. Obstawali przy zadekretowanych fałszach i powtarzali brednie w rodzaju "faszyzacja Polski po 1926 roku", ale nie byli już w stanie tych tez narzucać kolegom. Takie próby spotykały się z milczącym, ale skutecznym oporem większości (także partyjnych) kolegów. Kręgi te zresztą po roku 1966 (podkreślam 1966, a nie 1968, jak to się dziś zwyczajowo przedstawia) zajęte były generowaniem opozycji wewnątrz obozu marksistowskiego - "dysydentów" i "rewizjonistów".
Wątek ten wydaje się ważny, bo przypomina o konieczności rzetelnego, a więc mocno zróżnicowanego szacowania lat PRL. Zazwyczaj mamy skłonność do traktowania wszystkich tych lat en bloc, a to poważny błąd. Rządy komunistyczne przed i po roku 1956 to dwie bardzo różne rzeczywistości. Jak wiadomo, także lata 1970 i 1980 zmieniały istotnie sytuację. Mówiąc zatem o funkcjonowaniu jakiegokolwiek elementu tamtego systemu trzeba pamiętać, że kolejne fazy tej "epopei" różniły się znacznie.
Będąc historykiem mogę jedynie postawić kwestię funkcjonowania nauk humanistycznych w PRL, jako jeden z najpilniejszych postulatów badawczych stojących obecnie przed zawodowymi historykami. Należy tę przeszłość badać, ale i dokumentować. Ja mogę świadczyć o zakresie i formach politycznej presji na badania historyczne w latach stosunkowo późnych, bo od połowy lat sześćdziesiątych. Z pewnością moje spojrzenie na te sprawy ukształtowane zostało przez wyraźną specyfikę mojego najbliższego środowiska zawodowego - Uniwersytetu Warszawskiego i Instytutu Historycznego.
Symbol cenzora
Pytanie o rolę cenzury politycznej w naukach humanistycznych w Polsce przed rokiem 1989 uważam za źle postawione, a raczej za nieścisłe, mało precyzyjne. Cenzura instytucjonalna w postaci organów kontroli wydawnictw zawsze funkcjonowała w PRL, ale nie ona stanowiła zagrożenie. W każdym razie nie największe. Interwencje cenzury były ostatnim ogniwem skomplikowanego łańcucha kontroli prac badawczych. Nie odgrywała też ona niemal żadnej roli w procesie fałszowania dziejów, zwłaszcza najnowszych dziejów Polski. Działo się tak, ponieważ publikacja trafiająca pod lupę cenzora była dziełem kontrolowanym i modelowanym na sto rozmaitych sposobów w znacznie wcześniejszych fazach powstawania. Trzeba też przypomnieć, że pewien rodzaj opracowań historycznych nie miał w ogóle szans powstać. Do tego wcale nie była potrzebna cenzura. Pewne kategorie osób eliminowano z prac naukowych, usuwano na margines, skazywano na jałową wegetację. Nie było szans na podejmowanie badań w pewnych dziedzinach - wykluczały to gremia akademickie i nieosiągalność materiału źródłowego. Pewne wątki tematyczne, których nie sposób było konsekwentnie eliminować, oddawano w ręce osób specjalnie wybranych przez odpowiednie czynniki partyjne.
Przykładów można podawać tu wiele. Klasycznym przypadkiem były dzieje Narodowej Demokracji i wszystkich fenomenów z nią powiązanych. Historycy, którzy mogli się zajmować tymi sprawami, byli imiennie do tych zadań wyznaczani. Uzyskiwali polityczną (partyjną) licencję, a często i monopol. Bez tego nie było mowy o dostępie do źródeł ani o tolerowaniu tego typu badań w ramach uczelni. Podobnie wygląda sytuacja w historii ruchów lewicowych, np. historii PPS. W takich dziedzinach i kręgach tematycznych nie mógł funkcjonować nikt spoza zaklętego kręgu zaufanych politycznie. Gdzież tu rola dla cenzury?
Cenzurowanie z reguły zaczynało się już na egzaminach wstępnych, a także przy zatrudnianiu i awansach młodych pracowników nauki. Dobrą ilustracją tych mechanizmów mogą też być badania nad początkami państwa polskiego, podjęte i prowadzone z rozmachem z okazji obchodów milenijnych. Większość prac musiała odpowiadać zasadniczym, z góry ustalonym tezom. Chodziło, najogólniej mówiąc, o możliwie jak najdalej idące zatarcie roli Kościoła i katolicyzmu w kształtowaniu się państwa i narodu. Badacze odrzucający ten zamysł nie mieli żadnych szans: nie byli włączani do badań, nie zlecano im recenzji, nie otrzymywali dotacji itp. Urząd cenzorski nie miał tu żadnej roli do odegrania.
Powyższe uwagi czynię, aby stwierdzić, że warto mówić o roli cenzury politycznej raczej jako o pewnym symbolu, skrócie myślowym, streszczającym położenie takich nauk, jak historia. Wypaczanie i fałszowanie historii dokonywało się innymi metodami. Ingerencje cenzorskie działały czasami, ale raczej rzadko i w kwestiach drugorzędnych (powiedziałbym, kosmetycznych). Były to interwencje późne i doraźne, w przypadkach awarii systemu prawdziwej degeneracji nauki. Czasami wstrzymywano przez lata publikację pewnych prac, ale najczęściej działo się tak nie dlatego, że autor tekstu pozwolił sobie na jakieś "nieprawomyślne" interpretacje, ale np. z tego powodu, że odpowiednie organa PZPR uznały w ogóle publikację książki za niepożądaną, ze względu na tematykę bądź "bohatera" dzieła.
Rachunek sumienia
Polityczną kontrolę nad badaniami w zakresie humanistyki można ogólnie nazwać cenzurowaniem tych dyscyplin naukowych. Trzeba jednak bardzo wyraźnie zaznaczyć, że instytucjonalna cezura nigdy nie była w PRL głównym instrumentem tych manipulacji. Można chyba nawet uznać, że była niejako ostatnia w kolejce, najmniej groźna, stosunkowo najmniej szkodliwa. Mechanizm był o wiele bardziej złożony. Sięgał głębiej, angażował badaczy - choćby w minimalnym stopniu - i niemal wszystkich czynił zakładnikami systemu. To najdrażliwszy punkt całego zagadnienia, ale i najważniejszy - moralnie i intelektualnie. Uważam, że z tego powodu wlecze się do dziś za polskimi naukami humanistycznymi długi cień przeszłości. O cenzurze jako instytucji bądź strukturze PRL warto mówić, ale nie jej historia stanowi istotę problemu. Cenzura polityczna tkwiła w ludziach i przez konkretnych ludzi działała na naukę. Jest to prawda gorzka, prawda z którą nie wszyscy naukowcy chcą się pogodzić, a tylko nieliczni gotowi są jej śmiało sprostać. Takie podejście implikuje oczywiście daleko idące i poważne skutki moralne. W tej sferze jednak rachunek musi być indywidualny, a co ważniejsze - dokonywany przede wszystkim przez każdego z naukowców osobiście. Sporządzanie rachunków sumienia za innych skrywa zazwyczaj samousprawiedliwienie.
Kadry naukowe poddawane były politycznej presji, jak sądzę, w siedmiu sferach - ważniejszych niż sama instytucjonalna cenzura.
Najogólniejszą ramą tego zniewolenia był typowy dla wszystkich totalitarnych dyktatur Gleichschaltug. Uczelnie i inne ośrodki nauki poddane był całkowicie i w każdej dziedzinie kontroli państwa-partii. Uniformizacja nauki polskiej dokonywała się od dyspozycji środkami materialnymi, poprzez programy badawcze i programy kształcenia, aż po "dozwolone" dziedziny badań, tak aby komunistycznej monopartii ułatwiać nadzór nad środowiskami naukowymi.
Niezwykle ważnym elementem tego systemu była też cała sfera idei i pojęć. Narzucono prostackie schematy marksizmu-leninizmu i cały system pojęć, jako jedynie dopuszczalne. Było to niszczące zwłaszcza dla nauk humanistycznych. Nauki historyczne były rujnowane przez dogmaty materializmu dialektycznego. Każdy, nawet najbardziej niezależny badacz, musiał - choćby biernie i milcząco - przyjmować do wiadomości dominację tego zabobonu. Tezom tym towarzyszył cały zespół fałszujących rzeczywistość pojęć.
Z powyższymi okolicznościami stale i na każdym kroku musiały się liczyć naukowe gremia opiniodawcze. Rady naukowe, rady wydziałów, zespoły badawcze, seminaria - wszystkie one zmuszone były uznawać aksjomaty marksistowskie. Obowiązywała "jedynie słuszna" interpretacja rzeczywistości. Tolerowani bywali badacze nie-marksiści, ale pod warunkiem konsekwentnego milczenia w sferze metodologicznej i ideowej. Niezależność w ustalaniu planów badawczych i weryfikacja merytorycznych była w takiej sytuacji zazwyczaj fikcją. Równie wielkim restrykcjom podlegała polityka kadrowa. W niektórych środowiskach udawało się utrzymywać i promować młodych pracowników "nieprawomyślnych", ale stanowili oni dość izolowane grupy. Ich wegetowanie na marginesie życia naukowego gremia akademickie musiały okupić licznymi kompromisami moralnymi, a przede wszystkim gotowością promowania poprawnych politycznie miernot. Te ostatnie zresztą zazwyczaj rządziły swymi środowiskami.
Promocje naukowe dokonywane są w skomplikowanym procesie opiniodawczym. Cały system recenzji był nadzorowany bardzo rygorystycznie. Pewne prace nie mogły liczyć na pochlebne oceny, ale też pewnym uczonym opiniowania nie zlecano.
Należy wspomnieć też o rozległej dziedzinie wydawniczej, która stanowiła bardzo skuteczny filtr. Poziom merytoryczny nie miał zazwyczaj wiele wspólnego z kwalifikacją prac do druku. Tu, lepiej niż na innych polach, widać było uplasowanie cenzury instytucjonalnej. Każdy tekst kierowany do druku musiał mieć akceptację cenzorską, ale nim do cenzury był skierowany, musiał przejść cały ciąg ostrych selekcji. Decyzja cenzora była ostatnim etapem. Kierownictwa wydawnictw, zespoły redaktorskie i grona stałych opiniodawców, współpracujących z wydawnictwami, miały za zadanie wykonać znaczną większość zabiegów cenzorskich.
Identyczny mechanizm obowiązywał w redakcjach czasopism naukowych. Tu rolę cenzora spełniały kolegia redakcyjne i rady naukowe.
Należy także wspomnieć o wyjazdach zagranicznych i - ogólnie - kontaktach z nauką światową. Nad sprawą tą zatrzymywać się nie będę, bo stan rzeczy jest dostatecznie znany. Przypomnę tylko, że nawet dostępność pewnego rodzaju literatury fachowej bywała problematyczna. Nie sprowadzano niepożądanej politycznie literatury, a ta, która się pojawiała w naukowych bibliotekach, zamykana była w specjalnych działach i udostępniana w specjalnym trybie.
Autocenzura
Przypomnienie tych faktów wydaje się ważne, gdy przystępujemy do dyskusji na temat roli cenzury w naukach humanistycznych w Polsce przed rokiem 1989. Cenzura miała niezliczone wcielenia i formy. Instytucjonalna, jako sito ostatnie, nie była narzędziem najważniejszym w fałszowaniu rzeczywistości. Dziś wspomnienie o niej może mieć raczej wymiar symboliczny. Zatrzymywanie uwagi na jej działaniach grozi spłyceniem obrazu. Istota zła tkwiła w zniewalaniu umysłów i charakterów ludzi nauki. W tej sferze trzeba koncentrować ozdrowieńcze analizy. Autocenzura weszła nam głęboko w krew i w nawyk. Dziś niezmiernie trudno o prawdziwą niezależność intelektualną i badawczą. Myślę, że najwymowniejszy jest fakt, iż nie świętujemy likwidacji cenzury instytucjonalej. Jej zniknięcie nie było przełomem ani wyzwoleniem. Dziś o niesławnej pamięci nieboszczce już mało kto pamięta. Jak w całym życiu narodu, tak i w naukach humanistycznych pozostałości starego systemu trzymają się mocno - tkwią w ludziach.
Stawienie czoła tej sytuacji jest palącą potrzebą naszego życia intelektualnego i naukowego. Nie mam tu na myśli żadnych "czystek" w środowiskach akademickich ani "polowań na czarownice". Takie podejście jest nierealistyczne, a w wielu przypadkach także niewykonalne. W odniesieniu do części polskich kadr naukowych byłoby też pewnie krzywdzące. Idzie o zmierzenie się z dziedzictwem przeszłości. Bez tego nigdy nie przezwyciężymy zła i zniweczymy przyszłość polskich dyscyplin humanistycznych. Droga do przyszłości prowadzi wyłącznie przez odrzucenie starych fałszów. Sprawa jest ważna także i z tego powodu, że obecnie mamy do czynienia z recydywą wypaczonego myślenia. Wynika to nie tylko z presji zdeprawowanych kadr nauki polskiej. Rzadko przypomina się fakt, że koszmarne zmory przeszłości zyskały niespodziewaną odsiecz z Zachodu. Ośrodki zachodnie, które komunizm znały tylko z teorii, zostały nim zainfekowane w stopniu bardzo poważnym. Dziś dokonuje się swego rodzaju "reeksport" koncepcji, pojęć, schematów, tyle że atrakcyjnie konfekcjonowanych.
Warunkiem niezbędnym każdej kuracji jest trafna diagnoza i chęć wyzdrowienia. Znacznej części środowisk naukowych w humanistyce brak i jednego, i drugiego.
Prof. dr hab. Tomasz Wituch jest kierownikiem Zakładu Historii XX wieku w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego.
|