Wątpliwy biznes

Dotacje powinny być przyznawane wydawnictwom znanym 
z dobrego poziomu edytorskiego.

Jan Kiryjow

W numerze 3/99 „Forum Książki” ukazał się felieton Pana Henryka Dudy Zostanę wydawcą książek naukowych!, sugerujący Czytelnikom, jakoby wydawnictwa naukowe robiły kokosy na swoich publikacjach, nie dbając przy tym zupełnie o ich kolportaż (Zarabiają pieniądze drukując książki i posyłając okazowy egzemplarz do KBN, a obowiązkowy do Biblioteki Narodowej). Czy tak jest rzeczywiście? Działalnością wydawniczą zajmuję się od kilkunastu lat, od dziesięciu lat jestem dyrektorem dużego wydawnictwa uczelnianego, czuję się więc uprawniony do polemiki.

Dystrybucja książki naukowej

Nie ma racji Pan H. Duda, pisząc, że kolportaż książki naukowej w Polsce właściwie nie istnieje. Istnieje i coraz prężniej się rozwija, o czym niech świadczą poniższe przykłady. Od 5 lat z inicjatywy Stowarzyszenia Wydawców Szkół Wyższych jest wydawana Ogólnopolska dysponenda wydawnictw uczelnianych, zawierająca informacje o kilku tysiącach nowych tytułów. Jej egzemplarze są rozsyłane nieodpłatnie praktycznie do wszystkich polskich bibliotek naukowych i większości bibliotek publicznych. Poza tym, corocznie organizujemy kilkanaście dużych wystaw i targów (np. WTKN, ATENA w Warszawie, Kraków, Poznań, Bydgoszcz, Olsztyn) promowanych w radiu, prasie i telewizji. Liczne informacje o nowościach i ich recenzje ukazują się w prasie fachowej (np. „Forum Książki”, „Notes Wydawniczy”, „Wydawca”, „Nowe Książki”) i w pismach branżowych. Większość liczących się na rynku wydawców przygotowuje własne katalogi i foldery, systematycznie aktualizowane i regularnie wysyłane do większości bibliotek, uczelni i szkół (aż dziw, że Autor felietonu nie zetknął się z tą formą promocji. Coraz więcej oficyn ma własne strony w Internecie z pełną ofertą (proszę np. zajrzeć na stronę http://press.umcs.lublin.pl). Egzemplarze obowiązkowe, oprócz Biblioteki Narodowej, trafiają też do 15 innych bibliotek (wykaz w DzU z 1997 r., Nr 29, poz. 161). Ponadto, wiele uczelni o podobnym profilu (np. rolnicze) wymienia się wszystkimi swoimi publikacjami. Większość wydawców ma własne księgarnie i prowadzi sprzedaż wysyłkową (na koszty opłat pocztowych – obecnie ok. 9,0 zł/egz. – nie mamy, niestety, wpływu).

Czy w świetle powyższego ma rację Autor felietonu, twierdząc, iż kolportaż książki naukowej w Polsce nie istnieje?

Habilitacja w księgarni

Prawdą jest, iż rzadko w księgarniach można kupić niskonakładową książkę naukową, zwłaszcza zaś rozprawę habilitacyjną. W swoim wydawnictwie opublikowałem ok. 60 habilitacji, które promuję tak samo, jak pozostałe książki. Tylko jedna z nich cieszyła się jako takim zainteresowaniem, sprzedałem jej bowiem aż 20 (!) egz. Brak zainteresowania księgarza i czytelnika jest w tym wypadku dla mnie oczywisty. Ile np. osób w kraju może kupić, wartościowe skądinąd, opracowanie Analiza procesu szlifowania wybranych materiałów drewnopochodnych nowo opracowaną ściernicą? Najwyżej kilka, bo kilkanaście to już przesada. Wydawca znający rynek doskonale wie, iż 95 proc. rozpraw habilitacyjnych powinien drukować w nakładzie do 200 egz., tyle bowiem potrzeba na wymianę z bibliotekami i współpracującymi instytucjami naukowo-badawczymi.

Dotacja dla odbiorcy

Nie bardzo rozumiem, o jakich „grantach wydawniczych” Pisze pan H. Duda. Granty są przyznawane na prace badawcze pracownikom naukowym lub ich zespołom i tylko czasami podsumowaniem wyników badań bywa publikacja w formie książki. Dysponentem środków przyznanych na grant jest jego kierownik, który może dowolnie wybierać wydawcę. Stąd bierze się problem oficyn tworzonych ad hoc, w celu wydania jednej czy dwóch książek o żenującym częstokroć poziomie edytorskim. Na taką sytuację dobrzy wydawcy książek naukowych nie mają żadnego wpływu. A szkoda!

Jeśli chodzi o dotacje budżetowe, wydawnictwa naukowe mogą ubiegać się o środki w zasadzie tylko z dwóch źródeł: tzw. działalności ogólnotechnicznej KBN (DOT) i dotacji MEN do podręczników akademickich. Mija się z prawdą Pan H. Duda, pisząc: Im więcej tytułów drukują, tym większy strumień gotówki płynie do kasy. Środki z ww. źródeł są przyznawane wydawcom raz w roku na określone tytuły i pokrywają zaledwie 40–60 proc. kosztów ich wydania. Pozostałe koszty to wartość nakładu, który wydawca musi sprzedać, aby wyjść na zero, nie mówiąc już o symbolicznym choćby zysku. Aby nie być gołosłownym, podam, iż w 1999 r. na ogólną liczbę 108 wydanych tytułów miałem tylko 14 dotowanych (13 proc.).

To prawda, że dotowane książki nie są tanie, należy jednak mieć na uwadze fakt, iż są to publikacje niskonakładowe, a tym samym jednostkowy koszt ich produkcji jest bardzo wysoki. Większość kosztów to koszty stałe, niezależne od nakładu (recenzje, redakcja, skład, korekty, grafiki itp.). Jako prosty przykład podam, iż samo honorarium autora w wysokości 1 500 zł przy nakładzie 300 egz. odpowiada w kosztach książki 5,0 zł/egz. Ile zatem powinna kosztować taka książka? Dodam, iż stawka dotacji do podręczników na rok 2000 nie wzrosła w porównaniu z rokiem poprzednim (a inflacja w 1999 r. wyniosła prawie 10 proc.), rzadko który wydawca otrzymuje 100 proc. stawki dotacji (zwykle 70–90 proc.), w kosztach doszedł ZUS od części prac wydawniczych, studenci zaś są coraz ubożsi. Czy przy tych uwarunkowaniach można mówić, iż wydawcy książek naukowych są w stanie zarabiać duże pieniądze?

Absurdalny jest pomysł Autora felietonu dotyczący dotowania bibliotek i pracowników naukowych – potencjalnych czytelników. Po pierwsze, biblioteki otrzymują środki na zakupy książek i czasopism z różnych źródeł (DOT, uczelnie, samorządy itp.) i same decydują o tym, u których wydawców i co kupować. Po drugie, jak w praktyce dotować potencjalnych pojedynczych czytelników? Czy np. w KBN i MEN powołać zespoły pracowników, którzy będą wertować Informator nauki polskiej i przesyłać zapowiedzi o przyszłych publikacjach do kilkudziesięciu wybranych na chybił trafił osób, aby oczekiwać na zgłoszenia i przyznać zainteresowanemu 10–15 zł dotacji (bo tyle ona wynosi na 1 egz.)? Moim zdaniem, obecny system dotowania książek naukowych i podręczników należy utrzymać, poddając go jedynie nieznacznym modyfikacjom. Dotacje powinny być przyznawane wydawnictwom znanym z dobrego poziomu edytorskiego, w żadnym wypadku oficynom tworzonym doraźnie, chyba że będą miały referencje od wydawców z przyzwoitą marką.

Znane przysłowie mówi, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Życzę zatem Panu Henrykowi Dudzie samych sukcesów w planowanej przez Niego działalności wydawniczej.

Jan Kiryjow jest dyrektorem Wydawnictwa SGGW.
jmw_wyd@alpha.sggw.waw.pl  

 

Uwagi

Powrót do strony głównej