1,79 zł

Leszek Szaruga

W pierwszym półroczu mijającego powoli roku 2000 statystyczny Polak wydał na książki – pomijając podręczniki – zaiste zdumiewającą kwotę 1,79 zł. Jeszcze 5 lat temu wydawano na ten cel 10,56 zł, co i tak trudno uznać za sumę oszałamiającą, zważywszy iż rzadko trafia się dziś książka kosztująca mniej niż 20 zł. Ponad 50 proc. naszej społeczności zmierzającej dziarsko ku Europie czy czemuś, co się owej społeczności Europą wydaje, czyta poniżej jednej książki rocznie. Te dane dają się przełożyć także na rozpaczliwe wyniki, jakie osiąga Polak w testach sprawdzających jego zdolność rozumienia czytanych, prostych z zasady, tekstów gazetowych – zajmujemy w tej konkurencji jedno z niższych miejsc w europejskiej tabeli. To, co nazywa się wtórnym analfabetyzmem, jest zjawiskiem coraz bardziej powszechnym. I przyznam, że mnie to już nawet nie porusza, bo naprawdę nie wiem, czy jest z tego jakieś wyjście i czy wyjścia takiego w ogóle poszukiwać należy. Być może trzeba się pogodzić z faktem, że odsetek ludzi czytających będzie ulegał systematycznemu kurczeniu, zaś grupa ludzi zdolnych i zarazem chętnych do lektury tworzyć pocznie ekskluzywną elitę, do której należeć będą już tylko nieliczni... humaniści.

Nie żartuję i do żartów mi daleko. Przekładam po prostu na ludzki język moje doświadczenia zgromadzone w czasie niemal już 10 lat pracy uniwersyteckiej. Przy czym od razu chciałbym podkreślić, iż są to nie tylko moje doświadczenia, spostrzeżenia poczynione w trakcie pracy konfrontowałem ze spostrzeżeniami koleżanek i kolegów z różnych uczelni. Ogólnie rzecz biorąc można powiedzieć, że student pobierający nauki uniwersyteckie w specjalności filologia polska „na dzień dzisiejszy”, „w miesiącu październiku” roku 2000, przeznacza na lektury tekstów nie będących w programie „zero godzin czasu” (pomijam już ten oczywisty fakt, że lektur programowych też nie jest w stanie przeczytać). Kandydaci na polonistykę – poza naprawdę nielicznymi wyjątkami – nie są w stanie wymienić ani jednego tytułu pisma literackiego, zaś pytani (pytanie mające być „kołem ratunkowym”) o to, co mieli ostatnio przed oczyma, nie umieją podać ani jednego tytułu, który by zaświadczał ich samodzielne, wykraczające poza obowiązki szkolne, zainteresowanie literaturą. Co zresztą interesujące, powtórzenie tych testów po czterech latach studiów przynosi wyniki niezmiernie zbliżone. Można się z dużym prawdopodobieństwem wygranej założyć o to, iż losowo wybrany student piątego roku polonistyki nie będzie w stanie podać nazwiska ostatniego laureata Nagrody Nobla, nie będzie wiedział, kto i za co dostał w tym roku Nagrodę Nike, nie będzie wiedział, co to takiego Nagroda Fundacji Kościelskich. Ten sam student nie odpowie na pytanie o to, z jakimi aktualnymi dyskusjami literackimi mamy dziś do czynienia, nie będzie w stanie wymienić 5 nazwisk aktualnie działających krytyków literackich, nie wymieni nazwisk 3 piszących dziś dramaturgów.

Nie dramatyzuję i nie rozpaczam, bo to przecież nic nie zmieni – staram się być rzeczowy i obiektywny. Nie oskarżam też ani systemu oświaty, ani wysiłków pracowników nauki zmierzających do przekazywania studentom polonistyki wiedzy. Wydaje mi się po prostu, że wraz z przyrostem absolwentów polonistyki nie zmienia i zmienić się nie może liczebność grupy aktywnie uczestniczącej w życiu kulturalnym – wraz ze wzrostem liczebności społeczeństwa grupa ta będzie stanowić coraz mniejszy owego społeczeństwa odsetek. I być może po prostu tak być musi. A musi tak być i dlatego, że dla rosnącej ilości uczniów szkół podstawowych i ponadpodstawowych musimy, chcąc nie chcąc, „produkować” nauczycieli, czyli absolwentów uniwersytetów. By ich wyprodukować, trzeba będzie zaniżać kryteria egzaminacyjne. Przepraszam, niepotrzebnie wprowadzam czas przyszły. Już to robimy. I nie dlatego, że jesteśmy do tego zmuszani, lecz dlatego, iż takie są realia, z którymi dyskutować nie sposób. Ciśnienie „oddolne” nakłada się na ciśnienie „odgórne”, zaś ich suma oznacza, że podnoszenie poprzeczki traktowane jest jako sprzeniewierzanie się interesom uczelni, społeczeństwa i państwa – wszystkie te instytucje wszak zainteresowane są „podnoszeniem efektywności studiów”.

I znów: nie narzekam. Żywiołowi przeciwstawić się nie sposób, tak jak nie da się przeciwstawić trzęsieniom ziemi, tajfunom, wybuchom wulkanów i innym podobnym katastrofom. Zaczynamy być społeczeństwem niekulturalnych specjalistów, których wspólny język ustala się na poziomie tekstów disco polo czy serialu o Kiepskich (cha, cha, jakie śmieszne!). W tym społeczeństwie ci, którzy są skłonni wydawać na książki równowartość 5 piw czy – by podnieść wymagania – jednej półlitrówki „poloneza”, spychani będą na margines życia nie tylko społecznego, lecz także uniwersyteckiego, zwłaszcza jeśli uniwersytet próbuje się traktować jako wspólnotę obejmującą zarówno nauczycieli akademickich, jak i studentów. Tyle, że uniwersytetu tak się nie traktuje. Jest on miejscem robienia „karier naukowych” (to wersja pozytywna), w większości zaś wypadków po prostu urzędem, w którym odrabia się swoją „szychtę” za nędzne wynagrodzenie (ale dopełnione ubezpieczeniem), by jak najprędzej pognać do prac zarobkowo bardziej interesujących.

Miłosz napisał kiedyś o ludziach kultury, przede wszystkim o poetach, iż „żyją na wyspach”, porównywał przy tym ich sytuację do intelektualistów żyjących w amerykańskich campusach uniwersyteckich. Rzecz w tym, iż my takich zamkniętych, „wyspiarskich” społeczności nie mamy. A tym samym nie mamy obowiązujących w nich zasad, jakiegoś „wyspiarskiego” etosu, poczucia, iż przynależność do takiej społeczności do czegoś zobowiązuje. Moim biednym studentom powiadam od czasu do czasu, iż są intelektualną elitą świata. Po krótkim szoku, który mija, gdy im uświadamiam, że niewielki procent spośród 6 miliardów ludzi zamieszkujących tę planetę osiąga trzeci rok studiów, przechodzą nad tym do porządku dziennego. Rzecz w tym, że ta elita w polskim wydaniu na elitarną nie wygląda. 

 

Uwagi

Powrót do strony głównej