Książki, książki...

 

DUŻO I MAŁO

EMPiK TV: Czy wiele debiutanckich utworów literackich trafia do wydawnictwa? 
Dorota Malinowska: 10 dziennie. 
EMPiK TV: Żartuje pani? 
Dorota Malinowska: Nie. No, może troszkę przesadziłam, żeby podkreślić, że bardzo dużo. 
EMPiK TV: Ile z tego nadaje się do druku? 
Dorota Malinowska: Bardzo mało. Ale coś się nadaje. Mówię oczywiście nie tylko o fantastyce, ale w ogóle o literaturze, i to o literaturze pięknej, i o literaturze faktu. Ilość osób, które chcą pisać, mają potrzebę pisania – jest ogromna. Obserwujemy pewne zadziwiające zjawisko – mniej więcej połowa to autorzy polscy mieszkający za granicą. Zatem albo jest taka jakaś specjalna potrzeba pisania nadal po polsku i opisania doświadczeń, potrzeba powrotu do języka i przedstawienia pewnych rzeczy w tym języku, który jest w środku, w nas, a ci ludzie nie mogą go używać w pracy zawodowej i nawet w kontaktach osobistych. Ta proporcja dziwi – tutaj mamy 40 milionów osób i jest ten sam odsetek ludzi przysyłających teksty. Może te ich doświadczenia są takie silne? 


(Z rozmowy Magdaleny Walusiak z Dorotą Malinowską, dyrektorem generalnym działu książek Wydawnictwa Prószyński i S-ka.)

DZIESIĘĆ LAT REBISU

Kiedy w czerwcu 1990 roku zakładałem z moim byłym wspólnikiem Tadeuszem Zyskiem REBIS, marzyłem o tym, że będzie to wydawnictwo, które przetrwa wiele dziesiątków lat. Poza tym miała to być firma o szerokim profilu wydawniczym, publikująca zarówno literaturę piękną (i tę ambitną, i tę bardziej komercyjną), jak i poradniki, książki naukowe oraz popularnonaukowe. Chciałem, by to wydawnictwo cieszyło się kiedyś zaufaniem czytelników, a także drukarni, papierni, agentów literackich, tłumaczy, redaktorów, wreszcie własnych pracowników..., czyli ludzi, dzięki którym książki REBISU powstają. I oto przebyliśmy pierwszy etap tej drogi. Co prawda, po trzech latach były wspólnik odszedł z firmy, a wydawnictwo od końca 1993 roku prowadzimy wspólnie z żoną Grażyną, ale te trzy główne cele REBIS realizuje cały czas. 

W tym roku planujemy wydanie ok. 220 tytułów (w tym ok. 140 nowości) w nakładzie ponad miliona egzemplarzy. 


(Tomasz Szponder o jubileuszu swojej firmy)

NIEZYCIOWE

Po przejrzeniu około 98 proc. książek dopuszczonych przez MEN do użytku szkolnego mogę powiedzieć, że w prawie każdej znajdują się jakieś uchybienia językowe, a nawet błędy. To jest, przy takim tempie wydawania podręczników, prawie nie do uniknięcia. Ale światły nauczyciel może powiedzieć uczniom, że na przykład osada w Biskupinie nie pochodzi z ok. 500 roku przed naszą erą, jak twierdzono przez dziesięciolecia, a sprzed około 750 roku przed naszą erą, jak wynika z najnowszych badań archeologów. Największy problem, gdy koncepcja podręcznika nie jest dostosowana do reformy. To niedostosowanie dostrzegane jest przede wszystkim w podręcznikach do biologii i geografii. Znaczna część autorów nie może uciec od encyklopedyzmu, od przekazywania niezliczonych pojęć, terminów, ich definiowania, a w przypadku nauk przyrodniczych od precyzyjnej systematyki. I zdarza się, że na jednej stronie książki jest kilka lub kilkanaście nowych terminów. Nie jest możliwe, by uczeń zdołał je opanować i zrozumieć. 

Przeładowanie książek nadmiarem informacji, nowych trudnych terminów wpływa na niespełnianie pozostałych funkcji. Gimnazjum jest szkołą masową. Tymczasem podręczniki gimnazjalne często sprawiają wrażenie, jakby były adresowane do niedawnych licealistów, a więc pewnej wyselekcjonowanej grupy. Jeśli książka na jeden etap edukacji (czyli trzy klasy) ma 450 stron, a poszczególne notatki, dotyczące jednej lekcji, obejmują kilkanaście stron podręcznika, to wiadomo, że dziecko z tego nie skorzysta. Umiejętność czytania ze zrozumieniem nie zawsze jest opanowana biegle przez ucznia, nawet na poziomie gimnazjum, a dziecko powinno przeczytać, by zrozumieć, wyselekcjonować to, co najważniejsze i uporządkować swoją wiedzę, dany fragment przynajmniej dwu-, a nawet trzykrotnie. Jeśli przemnożymy 10 stron książki przez pięć lekcji dziennie i trzy czytania, to uczeń miałby 150 stron do przeczytania. Spotkałem się z opiniami wydawców tak przeładowanych książek, że podręcznik jest bardzo dobry, bo jest dostosowany do możliwości bardzo dobrego ucznia, a uczeń przeciętny ma przecież na końcu każdego tematu, na kolorowym poddruku, wyczernione najważniejsze informacje i wystarczy, że on sobie te trzy zdania przeczyta. Moim zdaniem, jest to niezrozumienie istoty podręcznika. To zasadnicza część książki powinna być dostosowana do możliwości większości uczniów, a do ucznia bardzo zdolnego adresuje się jakieś dodatkowe informacje. Podręczniki o bardzo dużej objętości, przesycone terminologią, często nieżyciowe, nie motywują ucznia do nauki. Na dodatek, jeżeli w podręczniku wszystkie pojęcia są wyczernione i wyjaśnione z boku, nauczyciel odpytuje ucznia z tych terminów. 

Problem integracji przedmiotów nie wszystkim udało się szczęśliwie rozwiązać. Na przykład podręczniki do przyrody w szkole podstawowej piszą autorzy, którzy zwykle są z wykształcenia albo biologami, albo geografami. Stąd bardzo widoczna przewaga w jednych treści biologicznych, w innych – geograficznych. Bez całościowego postrzegania świata. 

Mówi się o tym, by szkoła przygotowywała do kolejnych etapów nauczania i do życia. A w podręcznikach jest naprawdę mnóstwo nieżyciowych wiadomości. 

(Tadeusz Mosiek, autor raportu 
Podręczniki 2000/01) 
(fig)

 

 

Uwagi

Powrót do strony głównej