Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum „Forum Książki” z roku 2001

Spis treści numeru 4(25)/2001

Wciąż jeszcze istnieją w naszej literaturze książki źle obecne, niezadomowione 
ani w świadomości czytelniczej, ani też w bilansach historycznoliterackich. 
Ukazało się pierwsze krajowe wydanie powieści Bogdana Madeja 
„Piękne kalalie albo dojrzewanie miłości”, która została napisana 
w końcu lat 60., a wydana w Instytucie Literackim w Paryżu w roku 1974.

Owocowa antyutopia

Grzegorz Filip

Od dawna uważałem, że ta książka powinna zostać wydana w Polsce. Jej edycja paryska słabo dotarła do kraju, przez co powieść ta nie zdołała sobie znaleźć miejsca w opisach prozy lat 70. Ma się jednak wrażenie, że musieli ją znać twórcy Pomarańczowej Alternatywy. Inaczej nie byliby w stanie wymyślić niektórych swych genialnych parodii.

OGRODNICY Z SEKATORAMI

Gdy mowa o Bogdanie Madeju i jego wizji rzeczywistości PRL, wymienia się przede wszystkim znakomity zbiór jego opowiadań Maść na szczury (Paryż 1977, Warszawa 1983), groteskowy, ale umieszczony w realiach trudnej Polski. Kalalie to natomiast rzeczywistość fantastyczna, która dzieje się w wyimaginowanym mieście, enklawie odseparowanej od reszty świata, rządzącej się swoistymi prawami. Znamy to przecież! Takie społeczności opisywali utopiści: Platon, More, Campanella, Bacon, Krasicki. Madej nie postępuje jednak tak, jak twórcy dawnych utopii, którzy budowali powieść na opisie poszczególnych elementów ustroju republiki, jej życia gospodarczego, zajęć i zwyczajów jej mieszkańców. On sprowadza całą inność „wyspy” do jednej właściwości: w mieście nie wolno jeść jabłek, bo na ich miejsce mają zostać wyhodowane owoce przyszłości – kalalie. Wizja ich stworzenia jest podstawowym elementem obowiązującej ideologii państwowej. Mieszkańcom nakazano żyć czasem przyszłym, w oczekiwaniu na nadejście spełnienia pragnień. Oczywiście, to co zakazane, staje się natychmiast najbardziej pożądane. Dzień, w którym dojdzie do wiekopomnego zaspokojenia, oddala się bowiem nieustannie. Wytyczony cel przesuwa się w nieokreśloność. Skoro nie ma kalalii, niech będą przynajmniej jabłka – myślą niektórzy. Nie jest to jednak takie proste. Trzeba by odstąpić od ideologii, a cóż wtedy pozostanie? Władza tworzy więc rozbudowany aparat policyjny, którego zadaniem jest egzekwowanie zakazu, podtrzymywanie iluzji siłą. Madej bliższy tu jest tradycji antyutopii, kojarzonej z powieściami Huxleya, Orwella czy – wydaną kilka lat po Kalaliach – Małą apokalipsą Tadeusza Konwickiego. Dyktatura, wszechobecny aparat policyjny i pozory demokracji w postaci odwoływania się do woli ludu, gdy przyjdzie moment kryzysu władzy. Wtedy zresztą tłumaczy się ludowi, jaka powinna być jego wola w jego (ludu) najlepiej pojętym interesie.

Świat powieści to przestrzeń byle jak utrzymanego ogrodu, w którym hoduje się jednak nie warzywa czy owoce, lecz społeczeństwo. Policją jest bowiem miejskie ogrodnictwo, zrazu powołane do hodowli kalalii, zaprojektowanych w utopijnej imaginacji. Z czasem, gdy okazuje się, że kalalii wciąż nie ma, władza ucieka się do manipulacji świadomością społeczną i wprowadza nadzór policyjny (przepustki, rewizje). Do utrzymywania społecznego posłuchu służą właśnie ogrodnicy. Chodzą z wielkimi sekatorami, w portkach na szelkach (po tym atrybucie się ich rozpoznaje) i czapkach z emblematem kalalii. Zarówno oni, jak też urzędnicy miejscy, są średnio rozgarnięci i przekupni, dzięki czemu szczelność systemu i jego represyjność staje się coraz mniejsza. Dochodzi do erozji władzy, wybucha dziwaczny protest społeczny. Książka Madeja staje się jakby dalszym ciągiem Orwellowskiego 1984 i zarazem dyskusją z tą powieścią. Pokazuje, co dzieje się dalej, gdy gorset rzeczywistości totalitarnej rozluźnia się.

PUSTY TRANSPARENT

Powieść powstała przed grudniem 1970 roku. Wkrótce potem istotą środkowoeuropejskiego systemu władzy przestał być terror i centralne planowanie. Rozluźniono nieco kontrolę ludzkich działań, złagodzono cenzurę. Istotą systemu pozostała ideologia i dziwaczne jej funkcjonowanie w społeczeństwie. Władza mrugała okiem do obywateli, ci udawali, że przejmują się oficjalną ideologią. Dwójmyślenie i hipokryzja stały się jawnym emblematem życia zbiorowego. Metafora kalalii znakomicie oddaje tę rzeczywistość. W tym sensie można mówić o profetycznym znaczeniu książki Madeja, napisanej, przypomnę, w latach 1969-70.
Wizja rozwiniętego społeczeństwa kalalijnego jest w utworze Madeja niepokojąca. W ludziach dokonały się trudno odwracalne, być może nieodwracalne zmiany. Tylko 11-letniego chłopca stać na krytyczną refleksję i wynikającą z niej próbę przeciwstawienia się złu. Pozostali poruszają się wokół małego bohatera powieści jakby w chocholim tańcu. Społeczeństwo zdaje się składać wyłącznie z egoistycznie nastawionych jednostek, które interesują się tylko zaspokojeniem własnych potrzeb. To system nakazów i zakazów sprowadza zbiorowość do takiego stanu. Intrygująca jest postać bezimiennego brodacza, który rozpoczyna antysystemową demonstrację, wychodząc na ulicę z pozbawionym jakiegokolwiek napisu transparentem. Można ten gest interpretować w duchu późniejszej niż powieść Madeja Pomarańczowej Alternatywy, która lubowała się w karnawałowych zagrywkach na opak. System zostaje wystawiony na próbę. Władza nie wie bowiem, jak zareagować na bunt brodacza („stać można tyko za albo przeciw”, „niejasność zamiarów jest zabroniona”). Wydaje się jednak, że brak haseł wynika raczej z braku koncepcji, niedowładu alternatywnej myśli i beznadziei. Antysystemowa opozycja upostaciowana w brodaczu z pustym transparentem to być może aluzja do postaw intelektualistów wobec zjawiska, które określono mianem nowej wiary.

CZARNA DZIURA AHISTORYZMU

Znamienna dla warstwy myślowej powieści jest rozmowa w sadzie między Agnieszką, która przenosi ze wsi do miasta jabłkową kontrabandę, a sadownikiem. Ten zastanawia się nad złożoną mu przez kogoś propozycją, aby pozbył się wszystkiego co ma i poświęcił nowemu niebu, które właśnie gdzieś jest zakładane. Pozbądźcie się wszystkiego i idźcie za mną – nauczał Jezus z Nazaretu. Bogdan Madej wpisuje się tu więc w dyskusję na temat religijnego czy quasi-religijnego charakteru ideologii. Teza o religijnej naturze ideologii upowszechniana była swego czasu przez filozofów liberalnych, np. Bertranda Russella, Raymonda Arona czy Leszka Kołakowskiego. Dziś takie myślenie jest jeszcze praktykowane (patrz: książka Marii Hirszowicz Pułapki zaangażowania), choć inni, np. Alain Besançon, wolą mówić raczej o nowej gnozie, czyli mieszaninie religii, nauki i filozofii. Historia pokazała, że religia jest raczej przeciwieństwem ideologii. Kościół przyczynił się w dużej mierze do zrzucenia jarzma totalitarnego w Polsce. Tymczasem w potocznym myśleniu oraz publicystyce ufundowanej na postmodernistycznym przekonaniu o opresywnym charakterze wszelkich instytucji teza o religijnej naturze ideologii odżywa.

Przedstawiony przez Madeja świat, to rzeczywistość, w której zamiast dawnego życia (nie wiemy, jakie ono było, jakie miało mankamenty, czy zasługiwało na odrzucenie) zaproponowano mistyfikację, sfabrykowane oszustwo. Budowa nowego lepszego świata zdaje się nie mieć końca. Sadownik ma więc dylemat, bo sad jest konkretem, a nowego nieba jeszcze nie ma. Rozważania te oddają dobrze potoczny charakter rozumienia napięcia między materializmem doktryny wielkiego eksperymentu a irracjonalizmem jej projektów społecznych. Pokazują też w udany sposób czarną dziurę bezczasowości, ahistoryzmu, w jakiej tkwiliśmy wszyscy w tym okresie.

WIELKIE SKAŻENIE

Fot. Grzegorz Filip

W książce Madeja nie ma świętych. Mamy tu do czynienia z powszechną demoralizacją, będącą wynikiem eksperymentu na żywym organizmie społecznym. Ogrom skali korupcji poraża, nie są od niej wolne nawet dzieci. Emblematem owego zepsucia jest w powieści woń fermentujących jabłek. Czasem mówi się o zgniliźnie. Odory te dają się szczególnie we znaki prezesowi zarządu miasta, człowiekowi, który chciałby dokonać oczyszczenia, ale nie jest w stanie wydostać się z ciasnego gorsetu ideologii. Proponuje jedynie wymianę nieuczciwych urzędników, możliwość publicznego wyrażenia krytyki, byle nie tknąć programu kalalii, który jest poza dyskusją. Groteskowość niektórych przejawów życia społecznego pokazuje Madej w scenach wiecu, na którym dochodzi do puczu. Dokonuje go znany wszystkim przygłup Franek, ale jedyne, co jest w stanie „załatwić” dla ludzi, to reglamentacja jabłek. Zezwolenie na sprowadzanie jabłek oznacza jednak odejście od ortodoksji. Okazuje się, że od ideałów ważniejsze jest utrzymanie władzy. Zmienia się prezes, faktycznie jednak przy władzy utrzymuje się nadal ogrodnictwo. Policyjny charakter państwa nie zostaje naruszony.

Czy jest to książka aktualna? Dzisiejsze czasy nie obfitują w nadmiar rozważań na temat eksperymentu, który nie tak dawno przeżyliśmy. Nikłość i miałkość takich roztrząsań jest zastanawiająca w sytuacji, gdy uświadomić sobie, że danie świadectwa prawdzie to najważniejsze zadanie naszego pokolenia. Nową Polskę zbudują nasze dzieci i wnuki, my musimy się rozliczyć z tego, co im przekazujemy. Piękne kalalie to literackie świadectwo czasów wielkiego skażenia. Aktualność takich książek nie może budzić wątpliwości.

O ile „Maść na szczury” ukazywała mechanizmy działania na dość niskim szczeblu, o tyle „Piękne kalalie” były parodią samego systemu, próbą obejrzenia całego tego absurdalnego socjalistycznego interesu. Myślę nie tylko, że to mi się udało, ale jestem zdania, że to książka nadal w politycznej sferze aktualna, spadek po PRL jest niezwykle żywotny – powiedział kilka lat temu pisarz w wywiadzie prasowym.

Kalalie zaprojektowano dla człowieka, chciano go nimi uszczęśliwić. Zarówno wprowadzona przez ambasadorów marzeń praktyka, którą znamy z własnych doświadczeń, jak też i będąca jej zwierciadłem historia opowiadana przez Madeja pokazały, jak ta humanistyczna idea obraca się przeciwko człowiekowi.

Bogdan Madej, Piękne kalalie albo dojrzewanie miłości, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001.

 

Uwagi

Powrót do strony głównej