Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 2/2001

Biedny sponsor
Poprzedni Następny

Szkielko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

W jednej z szacownych uczelni ktoś wpadł na zabójczy pomysł, żeby rozpisać konkurs poetycki. Oto jest czas konkursów, cała Polska się w to bawi, a nie mieć czegoś w rodzaju „rubinowej hortensji” czy „bursztynowego pióra” to obsuwa. Pojawił się sponsor, który chciał wydać duże pieniądze na jeszcze większą kulturę. Skoro zaś miała to być kultura, to na pewno jej wysokość musiała się lokalizować gdzieś w uniwersytecie, którego sponsorowi nie było dane ukończyć. A jeśli wysokość, to bez wątpienia wśród co najmniej adiunktów. Chodziło o pełne gwarancje, że nie dojdzie do pospolitego ruszenia niedouków i kloszardów. We wstępnych kalkulacjach poziomu artystycznego rozważano tworzenie różnych barier przeciwko zalewowi pospolitości.

W końcu postanowiono, ustalono. Sponsor przeznaczył sumę, organizatorzy sami się znaleźli, ulotki rozesłano i martwiono się, że wobec rygorystycznych ograniczeń nie będzie odzewu. Jednym z warunków konkursu była demokratyczna równość szans, to znaczy prace miały być opatrzone godłem, a nazwiska ukryte w kopertach. Powagę przedsięwzięcia miało potęgować również to, że do jury zaproszono poetów o znanych nazwiskach i umówiono się z jednym z czasopism, że nagrodzone prace będą w nim drukowane. Powołano radę programową (sic!) i komitet honorowy, przygotowano imprezę kończącą (z obowiązkową muzyką poważną w tle), wydrukowano plakaty, opracowano bankiet i spotkania autorskie z laureatami.

Jakież było zaskoczenie, kiedy na ręce sekretarza imprezy zaczęły napływać grube zeszyty, teczki pełne pięknie przygotowanych maszynopisów, a nawet domowym sposobem wykonane książeczki. Wrażenie trochę psuło to, że uczestnicy nie bardzo rozumieli, o jakie chodzi godło i zamiast podawania haseł słownych, na utworach umieszczali znaki graficzne, przemyślnie odnalezione na dnie komputera cliparty Microsoftu.

Jury miało ręce pełne roboty. Powstały gorące linie, za pomocą których poeci-decydenci wymieniali się uwagami na temat bieżącej lektury, podrzucanej im z sekretariatu konkursu w ciężkich paczkach. Nic tak bowiem nie waży jak papier. Rektor uczelni ze zdumieniem dowiedział się, że zrazu zlekceważona przez niego impreza ma tak duże wzięcie. Szybko zaprosił do siebie organizatorów, żeby wysondować, czy jest i dla niego miejsce, na przykład wśród wygłaszających laudacje pokonkursowe. Otrzymawszy solenne zapewnienie, uspokoił się, zaznaczając, że jeśli o jego uniwersytecie ma być mowa w całym kraju, to on musi jakoś dać temu wyraz osobiście: „nic o Nas beze Mnie”.

W miarę upływu czasu jury zaczęło pojmować, że sprawa jest naprawdę poważna. Powstały dwie partie: zwolenników i przeciwników. Jedni bowiem uznali, że nie wolno marnować cennych inicjatyw i że wśród tylu utworów musi się znaleźć kilka pereł, drudzy zaś, że nadmiar nadesłanych prac nie przesądza o ich wartości. Jak wiadomo, zajęcie jurorskie polega głównie na kilkuetapowej selekcji, po to, żeby wyłowić to, co się selekcji opiera. System ten, znany z innych konkursów masowych, w tym wypadku mógł się, o zgrozo, nie sprawdzić, bo niektórzy jurorzy już po pierwszym czytaniu mieli prace wyłącznie odrzucone. Nie pozostawało nic innego, jak zacząć wybierać z odrzutów wiersze zawierające jakąś cenną informację, dowcipną metaforę, no, choćby pół metafory albo puentę („co prawda bez początku, ale przecież koniec też się liczy”). Płacą za czytanie (rzecz rzadka w tych czasach), więc muszą mieć wybrane. „Nie trzeba nam w jury żadnych mizantropów” – sekretarz konkursu dwoił się i troił, a argumenty w postaci cytatów odpierał uwagami na temat wrażliwości ludzkiej, potrzeb ducha i przyziemności poetów-zawodowców, którzy są gotowi brać za jurorowanie z góry, nie dając nic w zamian z dołu.

Najlepszy uzyskany wiersz zaczynał się od strofy:

Dla uczelni mojej mam
rzecz płynącą z serca.
Ja jej rzecz tą całą dam,
rzecz to bardzo piękna.

Miny gremium podejmującego decyzję były nietęgie. Służba sponsora rozlewała napitki, podsuwała łososie, ale komisja jakoś nie kwapiła się z przyznawaniem pierwszej nagrody a nawet wyróżnień. Rozważano natychmiastową zmianę nazwy imprezy z „poetyckiej” na „estradową” albo wręcz „okolicznościową”, a przede wszystkim usunięcie liczebnika „pierwszy” sprzed słowa „konkurs”, żeby broń Boże nie sugerować, że to wszystko miałoby się powtórzyć za rok.

Przeważył rozsądek. Konkurs po rozstrzygnięciu odwołano. Zerwano plakaty, usunięto tabliczkę z drzwi sekretarza. Zawiadomiono wykonawców programu artystycznego, który miał zdobić wręczanie nagród.

Tylko jedna osoba nie mogła zrozumieć tego, co się stało. Trzeba było widzieć twarz poczciwego i Bogu ducha winnego ofiarodawcy. Skąd mógł wiedzieć, że tym razem źle trafił? Przecież już raz mu się udało, kiedy za swoje pieniądze wydał eseje znanego profesora, i to z sukcesem.

Biedny sponsor. Może jednak pocieszy go sentencja, że poszukiwanie pereł wymaga nabrania powietrza na długi bezdech?

e-mail: pmuldner@mp.pl.

Komentarze